Myrkur – Mareridt (2017)

myrkur

Pamiętam, jak pisząc z pewną złośliwością o epce “Mausoleum”, doczekałem się kąśliwego komentarza, którego treść brzmiała mniej więcej “no proszę, poeta, a taki dowcipny”. Przy czym muszę zastrzec, że kąśliwość nie zawierała się w wyzywaniu od poetów, tylko we wskazaniu dowcipności, a złośliwie pisałem nie o samej epce, która była cudowna, więc na upartego zasłużyłem, by mi odpowiedzieć. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że nie ma to najmniejszego znaczenia, ale przynajmniej przebrnąłem przez wstęp. A to już połowa drogi.

Gdyby coś mnie rok temu nie podkusiło – i nie mam na myśli tego wbijania szpil(ek) ponad ogólnym rozumieniem – to nie czekałbym na “Mareridt”. Debiut Myrkur był bowiem sięgnięciem do chlubnych tradycji, właściwie próbą odtworzenia legendarnej płyty “Bergtatt” Ulvera (“Onde Børn” to “Capitel I – I Troldskog Faren Vild” w wersji 1:1), co oczywiście można policzyć Amalie Bruun na plus, ale reszta, jak się wydaje, to już robota speców od marketingu z Relapse. Sprzedać się pewnie sprzedało, szum był, ale trudno pozbyć się wrażenia, że do podobnego przedsięwzięcia można by zaangażować dowolną popową gwiazdeczką.

Tylko że kobieta miała talent. I świetne piosenki. Dotarło to do mnie, gdy zdjęto z nich blackmetalowy płaszczyk, odsłaniając tym samym to, co piękne. Nie wiedziałem, czy był to sygnał, że po tamtej epce kierunek będzie zgoła inny, i że dostaniemy coś na kształt wspólnej płyty Vàli i Kari Rueslåtten, która nigdy przecież nie zostanie nagrana, ale przynajmniej można było mieć oczekiwania. I oczekiwać.

No ale nie zacząłem nawet o “Mareridt”. A więc… Po czterech pierwszych utworach można odnieść wrażenie, że przez pomyłkę sięgnęło się po jakąś dziwną, eklektyczną składankę, bo po eterycznym wstępie, który mógłby otwierać jakąś na poły baśniową powiastkę o leśnym runie i lichu, snutą w ogranej stylistyce lo-fidelity, a drugi utwór, czyli znany zainteresowanym już wcześniej “Måneblôt” nie wyprowadza – z jak się okaże – błędu, bo wściekłe partie, pełne jadowitych prawdziwków, powinny być bólem głowy plujących dotychczas na ten projekt prawdziwków, a subtelne folkowe potupajce nie są zbyt przaśne. Ale “The serpent” to już taka mroczna rockowa piosenka. Kto nie zrobi głośniej, słysząc refren? Ja próbowałem niejednokrotnie. Bez powodzenia. Kończąc akapit o tej czwórce, wspomnę, że “Crown” mogłaby zaśpiewać Lana Del Rey. Co więcej, przy zwrotkach można odnieść wrażenie, że faktycznie tak jest. Na jej ostatniej płycie byłaby to pewnie najlepsza rzecz. Tutaj też się wyróżnia.

Dalej mamy pewna echa i ślady tego, z czym możemy kojarzyć Myrkur. Ale Amalie – chyba celowo – porzuca i gubi własne tropy. Pod koniec prowadzi to do tego, że zaczyna błądzić, aż w końcu się gubi (karczemne “Kætteren” i przede wszystkich bóg-wie-jakie “Børnehjem”), ale chwała za to, że poszukuje. W pewnym sensie dostajemy głównie to samo, czyli w pewnym uproszczeniu mieszankę folku i black metalu, ale wszystko jest takie… bogatsze. Może to jedynie swoiste badanie rynku, próba szukania gruntu pod coś bardziej zdecydowanego, ale całkiem – przynajmniej we fragmentach – satysfakcjonująca i udana. Ba, nawet zaskakująca!

“Mareridt” pokazuje, że obcujemy z artystką, nie z produktem. Z artystką, która może nie dojrzała jeszcze w pełni, ale próbuje się rozwijać. Nie pokazuje – być może całkowicie umyślnie – pełni swojego talentu, ale niewątpliwie zasługuje na to, by jej chociaż, tak bez uprzedzeń, posłuchać. Dobra płyta.

Aha, w utworze “Funeral” pojawia się gościnnie Chelsea Wolfe. Zdaje się, że ma ona sporą rzeszę fanów, więc warto ów fakt odnotować. I tyle.

Advertisements

Z ręką na pulsie (#28): Angelo Badalamenti, Septicflesh, The National

Angelo Badalamenti – Twin Peaks (Limited Event Series Soundtrack)
angelo badalamenti

Twin Peaks. Nie wiem, jak sam serial, ale jeśli trzeci sezon ma się tak do pierwszych dwóch, jak ta ścieżka dźwiękowa do tej… kanonicznej, to… No wtedy może się okazać, że jest dość nudny, ale przynajmniej z momentami. Pomijam powtórzenia (“Audrey’s dance”, “Laura Palmer theme”, “Twin Peaks theme”), ale niektóre utwory brzmią jak wariacje na temat tych sprzed ćwierć wieku (“Grady groove”, “Deer meadow shuffle”). W pozostałych chyba nie słyszę tego, co zdają się słyszeć inni, ale być może to kwestia odbioru poza kontekstem. Niemniej są momenty (“Night”, “Heartbreaking”, w tym polski akcent w postaci “Threnody for the victims of Hiroshima” Krzysztofa Pendereckiego). Jak nadrobię nowe odcinki, to najwyżej odwołam te słowa.

Septic Flesh – Codex Omega
septicflesh

Nie nastawiałem się na nic wielkiego. I słusznie. Tak sobie myślę, że właściwie panowie z Dimmu Borgir mogliby nagrać coś nowego. To już tyle lat… Albo… albo nie. Ot, symfoniczna naparzanka, na szczęście w wykonaniu zespołu, który jest na scenie dostatecznie długo, by robić to z głową. Mimo wszystko nie dla mnie. Gdyby jeszcze zostawić tylko czyste wokale, których jest tu jak na lekarstwo, ująć nieco patosu, zwolnić… Kto lubi Septicflesh, temu pewnie “Codex Omega” podejdzie. Kto ich nie kojarzy, ten pewnie nie ma czego na tej płycie szukać.

Posłuchać można w tym miejscu.

The National – Sleep Well Beast
the national

Nie powiem, że najbardziej podoba mi się tytuł, choć byłaby to prawda. Panowie z The National, czyli ponoć najsmutniejszego zespołu na świecie, nagrali smutną płytę. Nie, nie należy tego określenia rozumieć dwojako. Mimo że za każdym razem, kiedy jej słucham, mam chęć zatrzymać się na cudnie pulsującym “Nobody else will be there”. Reszty za nic nie potrafię sobie przyswoić. W głowie zostaje jeszcze refren “Day I die”. Tak jakoś. Reszta kojarzy mi się, nie tak dosłownie, z “Moon Shaped Pool”. Skoro do krążka Radiohead po czasie się przekonałem, a przynajmniej odnajduję na nim fragmenty, do których lubię wracać (“Present tense”!!), to może tutaj stanie się podobnie. Na razie jestem nastawiony sceptycznie.

Korzystając z okazji, chciałem pozdrowić sleep well, beast albo nie, już nic.

Z ręką na pulsie (#27): Brand New, Kari Rueslåtten, Pagan Altar

Brand New – Science Fiction
brand new
Pierwszy utwór wciąga w otchłań. Tak się powinno zaczynać płyty. Później może nie tyle się rozjaśnia, ile źrenice rozszerzają się na tyle, by dało się cokolwiek dostrzec w ciemności. No ale wszyscy już pewnie słyszeli, ja właściwie mogę powiedzieć tylko tyle, że płyta jest dobra, ale może trochę za długa, i że muszę jeszcze nadrobić wcześniejsze. Indie dla nieumiarkowanych smutasów. Kilka refrenów można zanucić. Właściwie to jest takich niemało. Byle nie robić tego wesoło.

Kari Rueslåtten – Silence Is the Only Sound
kari rueslatten

Od razu zaznaczam, że kocham Kari. W ogóle nie wyobrażam sobie, że można jej nie kochać- nawet będąc kobietą. To, że zanim rozpoczęła karierę solową, lśniła w takich zespołach jak The 3rd and the Mortal i Storm (w tym drugim przyćmiewając Satyra i Fenriza), to jeszcze nic. Kluczowe jest wydane w 1995 roku demo. Mroczne. Delikatne. Piękne. Banalne określenia, ale nie chcę układać na potrzeby notki jakiejś prozy poetyckiej. Przez kolejną dekadę nagrywała rzeczy poprawne. Później nastąpiła długa przerwa (dopiero teraz sobie to uświadomiłem, bo tak to zakładałem, że cykl wydawniczy był raczej regularny, a przecież dziewięć lat milczenia trochę odchyla się od normy), a dwóch kolejnych płyt (“Time to Tell” z 2014 i “To the North” 2015) nie słuchałem, najwyraźniej przyjąwszy, że wiem, co usłyszę, i że w związku z tym wolę wracać do wspomnianej demówki. Ale tym razem coś mnie podkusiło, żeby sprawdzić “Silence Is the Only Sound” i… Ta płyta mogłaby pewnie zostać nagrana piętnaście lat temu, ulubienicą hipsterów Kari nie ma najmniejszych szans zostać, pewne pomysły są dość… dyskusyjne (choćby refren “Gone” rodem z Evanescence), nie podążą za nią tabuny naśladowczyń, w dodatku większość atutów prezentuje w taki sposób, że nie pozostaje – przynajmniej takie można odnieść wrażenie – wiele do odkrywania, ale… Napisałem ostatnio, że w popie rządzą w tym roku trzy panie: Julie Byrne, Nadia Reid i Susanne Sundfør. A teraz nie wiem, czy Kari Rueslåtten… nie pogodziła tej trójki. Choćby dlatego, że jak to ktoś kiedyś z najgłębszym żalem ujął, podoba mi się wszystko to, co niedoskonałe. Jest tu trochę folku, ogólnych odniesień do natury, ale płyta wydaje się tak jednoznacznie smutna, tak osobista… Nie spodziewałem się, tym bardziej że wnioskując ze zdjęć, jakie czasem wyświetlały mi się na Facebooku, Kari to prawdopodobnie najbardziej pogodna i dobroduszna istota na świecie. A teraz, chociażby oglądając klip do “Chasing rivers” przypomina mi się pewna osoba, która umiała się uśmiechać, tak zupełnie naturalnie, ale ból, jaki się w tym uśmiechu zawierał, był ogromny. Jakby w ten sposób dało się go wyrazić – zupełnie nieumyślnie – najpełniej. Widzę, że nici z mojej krótkiej notki, więc… Najwyraźniej stara miłość nie rdzewieje, tak to ujmę. Mogę jeszcze, posługując się tytułem najbardziej porażającego utworu na “Silence Is the Only Sound”, dodać adnotację “music you should hear”.

Pagan Altar – The Room of Shadows
pagan altar

Przedziwna sprawa z Pagan Altar. Pierwsza płyta została wydana szesnaście lat po nagraniu. Drugą zespół dokończył po dziewiętnastu latach nieistnienia. Czwarta ukazuje się na rynku dwa lata po śmierci wokalisty, Terry’ego Jonesa. Osobną kwestią jest to, że nigdy nie cieszyli się taką popularnością, na jaką niewątpliwie zasługiwali. Trudno to zrozumieć. Żaden popularny muzyk nie dał się sfotografować w ich koszulce? Zabrakło głośnych nazwisk w składzie? Szkoda, bo ta historia wydaje się wyjątkowo smutna. A zespół żegna się z fanami być może najlepszą płytą w dorobku. Dostojną, wysmakowaną, pełną niespotykanej nie tylko w metalu elegancji. Bez przymilania się i tanich sztuczek. Tak kiedyś rozmawiałem z kolegą, dzięki któremu poznałem tę muzykę, że na każdej “pozycji” mają lepszego muzyka niż Black Sabbath, o wokaliście nawet nie mówię, a mimo to… No nic, szkoda. Kto nie przepada za heavy metalem, koniecznie powinien rozważyć sięgnięcie po “The Room of Shadows”. Podobnie jak każda osoba, która w muzyce szuka… muzyki. Jeśli nie będzie kupiona po pierwszym utworze, to ja już nie wiem.

A posłuchać można tutaj.

Fantomowa Erekcja – Z Nietzsche na betonie (2017)

fantomowa erekcja

Fantomowa Erekcja. Nie jest to nazwa osobliwej jednostki chorobowej. A może jest? Trudno bowiem powiedzieć, czym jest. Ale możemy sprawdzić “Z Nietzsche na betonie” i jakkolwiek spróbować się rozeznać w temacie.

Po “Śmierci i innych zjawiskach pogodowych” można było podejrzewać, że to, co właściwie nie miało prawa się udać już wtedy, na pewno nie uda się po raz kolejny. Limit farta wyczerpał się na przestrzeni pięciu tracków i tyle. Można było, gdyby się nad tym zastanawiać. Hołd dla wszystkich klasyków, które nie mogły szerzej zaistnieć, bo w tamtych czasach nie było Facebooka i jego wirusowych zasięgów, a to, co działo się na Youtubie, nie nastręczało trudności w rozumieniu. “Nawąchawszy”. “Pansofia”. Bardziej rozproszona twórczość dwóch wielkich Mistrzów Ceremonii, Błażeja i Terminatora. Ta sama nonszalancja. Ten sam dar do wersów, które równie celnie uderzają w słuchacza co w ich autorów. Mieliśmy już emo rap – teraz mamy miksturę emo i rapu. Mieliśmy mistrza dissów (“Żurom, elo, zabiję cię”) i gangsterki (“ze spożywczaka zawinąłem kilo krówek / FBI posadziło mnie do poprawczaka na półdupek”), mieliśmy mistrza bragga (“B-Ł-A-Ż-E-J – spell it”) i coachingu (“może z czasem dasz się namówić na wizytę w klubie fitness / ale nic nie osiągniesz, jak w ch… przytniesz”) – teraz mamy to samo, ale w negatywie. Jest ich trzech (Młody π, Tej-Z, Esperal), w każdym z nich – jak się zdaje – jedna krew. Może nawet wspólnie ją sobie upuszczają. Ale napsuć jej innym nie napsują. Ale mogą dotknąć. Weteranów to nawet tak, by poczuli przyjemność. Choćby tych forumowych, bo i panowie są ze Ślizgu. Nie będę wyłapywał follow-upów, punchów i czego tam jeszcze.

Powyliczam ścieżki, żeby zrobić wszystko na odwrót. Zaczyna się od swoistej powtórki – nie wierzę, że używam tego słowa, ale takie prawo frazeologizmów – z rozrywki. Od razu widzę, że określenia użyte do opisu materiału na RYM-ie (LGBT, sad, suicide) są jednocześnie niepoważne i nie podważenia. “A L P H A” to bez wątpienia jeden z najmocniejszych ciosów w tym roku. Zaczyna się od trzęsienia ziemi, a każda kolejna zwrotka okazuje się lepsza od poprzedniej. Spokenwordowe cudo, kryjące się pod numerem ósmym (prawie jak “Delirium tremens” Kata), z wersami w rodzaju “najlepsza decyzja w moim życiu to zakup mikrofonu – tylko dzięki temu ktokolwiek ze mną rozmawia; nagrywam swój głos i potem mu odpowiadam”, wraz z późniejszym jednoczesnym zaoraniem samego siebie i pewnego posła Ruchu Narodowego to taka dawka geniuszu, że za pierwszym razem musiałem często pauzować, by móc się jakoś… pogodzić z tym, co właśnie usłyszałem. “Na Facebooku jest bardzo samotnie” przypomina mi oddający dobrze pewien stan rozproszenia wiersz (“Obiecałem, że się nie zakocham” Michała Kozłowskiego) i ogólnie słuchając, czuję się tak, jakbym scrollował w nieskończoność posty na wallu w tamtym portalu. Koniec znów jest (tym, co słyszeli epkę) bliski.

Nie spodziewałem się tego materiału. Na nic nie liczyłem i nie czuję się rozczarowany. Jestem ciekaw kolejnego kroku. Jeśli panom się będzie chciało nie chcieć i nie będzie chciało żyć. Świata nie zbawią, samych siebie może też nie uratują, ale bez nich… Nie, właściwie to bez różnicy. “Z Nietzsche na betonie” (btw, kapitalna okładka, znowu!), głównie dzięki różnorodności i niewypaleniu, to rzecz jeszcze lepsza od udanej “Śmierci i innych zjawisk pogodowych”. Nie dla każdego, prawda. Dobrze, że w 2017 nadal tak można.

Grałem w grę: Batman: Arkham Asylum Game of the Year Edition (2010)

batman

To zdanie głupio zabrzmi, bo piszę o produkcji mającej swoje lata, ale swego czasu przyjęło się, że z grami na filmowych (czy komiksowych) licencjach jest tak jak z filmami na podstawie gier. Czyli najogólniej rzecz ujmując, nie najlepiej. Aż tu nagle, za sprawą Rocksteady Studios, pojawił się Mroczny Rycerz.

ShippingPC-BmGame 2017-08-30 21-09-44-75

Jako swoisty kontekst, skoro z grami niekoniecznie byłem na bieżąco, przyjmuję drugą część Nolanowskiej trylogii o Batmanie, którą obejrzałem, by lepiej odnaleźć się w świecie przedstawionym. W obu przypadkach kluczową jest postać Jokera, ekscentrycznego psychopaty, który w filmie został sportretowany bardzo udanie, a zagrany jeszcze lepiej. Siłą rzeczy w grze nie jest on postacią tak złożoną i niejednoznaczną, staje się bardziej oczywisty i uproszczony, bo inaczej jeszcze byśmy zwątpili, czy nasza walka odbywa się w słusznej sprawie i czy na pewno gramy tym dobrym. Ale znów jest to ktoś kluczowy. To na nim opiera się oś fabuły, mimo że po drodze spotykamy całą galerię złoczyńców, on jest głównym złym. To się sprawdza, działa, choć fabuła nie jest szczególnie zajmująca, nie zaskakuje, a już bez wątpienia nie można jej nazwać wybitną. Sprawdza się, bo aktorzy użyczający swoich głosów spisują się świetnie, wszelkie przerywniki filmowe są naprawdę udane, a sam Joker wytrwale nam “towarzyszy”, dzięki czemu nie ma tu istotnych przestojów, snucia się bez sensu, a klimat – jak to często bywa – nie siada po otwierającej sekwencji.

ShippingPC-BmGame 2017-08-30 16-16-25-35

Świat jest w najlepszym – lub najgorszym – razie półotwarty. Nikt nam nie broni poganiać po całym kompleksie szpitala psychiatrycznego, pozwiedzać wyspę, na której się znajduje, ale motywacją do tego, poza ewentualną chęcią poszwendania się, są jedynie znajdźki Człowieka Zagadki. Jakiekolwiek znaczenie dla zrozumienia świata gry mają jedynie wywiady z pacjentami, zarejestrowane na porzuconych tu i ówdzie taśmach, ewentualnie kroniki Arkham. Reszta to zbieranie pytajników, zagadki polegające na tym, by spojrzeć w określone miejsce i nacisnąć przycisk (dostajemy specyficzną podpowiedź słowną)… Czasem gra nagrodzi nas za trud odblokowaniem misji-wyzwań (polegają one albo na uporaniu się z czterema falami przeciwników tak, by zdobyć jak najwięcej punktów dzięki efektownym i złożonym combosom, albo na cichej, możliwie szybkiej eliminacji wrogów na danym obszarze, czyli niewiele wnoszą) lub kartą postaci, która pozwoli nam dowiedzieć się więcej o konkretnej napotkanej postaci. Tylko ze o ile nierozbudowane dialogi w samej głównej fabule czy wszelkie wypowiedzi postaci, jakie wówczas przeczytamy i usłyszymy trzymają poziom, o tyle to, co dodatkowe, czasem wygląda jak wprawki z wypracowań dwunastolatka (vide charakterystyki z kart postaci), czasem budzi efekt odwrotny od zamierzonego (wywiady z pacjentami, które straszyć mogą wspomnianych dwunastolatków). W ogóle gra wydaje się dziwnie ugrzeczniona. Może dlatego, że mam w pamięci Punishera (choć tam twórcy także pękli, tylko że zanim pękli, to mocno przegięli), a także Chronicles of Riddick: Escape from Butcher Bay. Mrok sprowadza się do głównie do oprawy wizualnej. Choć zapewne ma to uzasadnienie nie tylko w chęci uniknięcia oznaczenia PEGI +18 (jest +16). Zatem nikt nie zginie z naszej ręki (to akurat rozumiem), a najgorsze szumowiny w kwiecistych oracjach nie będą rzucać mięsem.

ShippingPC-BmGame 2017-09-02 15-39-24-10

No ale narzekam, a przecież… Nie bardzo jest na co. Gra bowiem wciąga od początku, a to, co w niej najistotniejsze, czyli sama rozgrywka, wydaje się dopracowana z godną podziwu dbałością o szczegóły (wystarczy przyglądać się pelerynie Batmana). Fabuła, niezależnie od jej skomplikowania i oryginalności, jest prowadzona umiejętnie, w bardzo filmowy sposób, a Jokera – podobnie jak u Nolana – ogląda się i słucha z ogromnym zainteresowaniem. Kapitalne są animacje. Starcie mają lepszą choreografię niż w niejednym filmie z Jackie Chanem, a przy tym wydają się – gdy spojrzeć z boku – naprawdę proste (często w istocie takie są), ale też nie mogłem się napatrzeć na tak proste czynności jak wyrywanie kratek prowadzących do szybów wentylacyjnych, podciąganie się na ustępy skalne czy platformy (te elementy uproszczono do tego stopnia, że wystarczy trzymać spację, biegnąc w kierunku przepaści, by wylądować bezpiecznie tam, gdzie chcemy, co wydaje się dobrym pomysłem, bo nie skopano tego, który łatwo było zepsuć), ogłuszanie przeciwników po cichu, szybowanie i eksplorację lokacji z pomocą drogą powietrzną, z pomocą wystrzeliwanego haka… Co do gadżetów, skoro o nich zacząłem, to oprócz wspomnianego haka, którym w dalszej części gry możemy także niszczyć kruche i niedosiężne ściany, mamy także wybuchowy żel (wysadza ściany i podłogi, do których jesteśmy w stanie się dostać), batarang o głównie bojowym zastosowaniu, urządzenie do obchodzenia elektronicznych zabezpieczeń (czyli znów umożliwiające głównie dostęp do zamkniętych pomieszczeń), a każdy z nich otrzymujemy wraz z postępem w rozgrywce, potem opcjonalnie ulepszamy, dysponując według uznania punktami zdobywanymi przy awansach na kolejne poziomy doświadczenia (to już chyba nieodłączny element nie tylko erpegów). Sprawia to, że lokacje, które odwiedziliśmy wcześniej, możemy odwiedzić ponownie, by dostać się tam, gdzie wcześniej dostać się nie mogliśmy. Mnie 68% ukończenia gry po napisach końcowych (i nieco mniejszy procent zdobytych steamowych osiągnięć) wystarcza, ale jak ktoś lubi, to ma co maksować, a sam zabieg nie wydaje się próbą sztucznego wydłużenia rozgrywki (w tej materii chyba nigdy nie zapomnę Obliviona i tych nieszczęsnych wrót).

ShippingPC-BmGame 2017-08-31 21-41-39-45

Wydaje się, że to, co Batman: Arkham Asylum, ma do zaproponowania, to niewiele, bo rozgrywka sprowadza się do walk z grupami przeciwników, które mogą sprawić jakąś trudność, gdy trafi się w tłumie ktoś z nożem (najpierw trzeba takiego niemilca ogłuszyć – pytanie dlaczego) albo pałką elektryczną (wymagany atak od tyłu). Albo gdy przeciwnik ma większe gabaryty i przynajmniej po części trzeba go wziąć sposobem, zachowując cierpliwość. Niebezpieczni są wrogowie z bronią palną, bowiem wystarczy dwóch czy trzech, by po chwili bezpośredniej konfrontacji być zmuszonym do wczytania ostatniego zapisu stanu rozgrywki. Na takich więc czaimy się w ukryciu, na jednego po drugim, a byśmy się nie nudzili, możemy posłuchać, jak rośnie ich niepokój, często potęgowany przez komentarze samego Jokera, który nie omieszka ich informować o kolejnych ofiarach Batmana. Łatwo gubią czujność, więc nawet dla kogoś tak nieobytego w skradankach, kogoś, kto woli mniej wysublimowane rozwiązania, te fragmenty nie stanowiły wyzwania. Czasem nie szło, ale to tylko kwestia pośpiechu. Do tego dochodzi zmierzanie po śladach (tryb detektywa, z którego możemy korzystać bez przeszkód w każdym momencie, przynoszący takie ułatwienia jak np. informacje o rodzaju uzbrojenia wrogów i ich liczbie, a także pozwalający ich dostrzec przez ściany), urozmaicone (choć stojące na różnym poziomie) starcia z bossami, nieco psychodeliczne (i naprawdę świetne) etapy ze Strachem na Wróble (w tym mocne sekwencje “wprowadzające”)… Rozczarowujący jest właściwie tylko sam finał.

ShippingPC-BmGame 2017-08-30 16-15-47-00

Batman: Arkham Asylum to bardzo dobra gra. Dopracowana, praktycznie pozbawiona bugów (raz zdarzyło się, że po wczytaniu zapisu nie działała myszka, mimo że w menu było ok – pomogło ponowne wczytanie), odpowiednio długa (ukończenie jej zajęło mi piętnaście godzin – zejście poniżej dziesięciu za pierwszym razem pewnie byłoby trudne), satysfakcjonująca w każdym elemencie. Może zbyt wiele ułatwia, choć ułatwia opcjonalnie (podpowiedzi po porażkach, tryb detektywa), może w grach opowiedziano lepsze historie, może to produkcja bez ambicji bycia czymś więcej niż tylko produktem, ale… Jest to produkt naprawdę wysokiej jakości.

(8/10)

+ animacje;
+ oprawa graficzna;
+ grywalność;
+ voice acting;
+ Joker (i Harley Queen);

– taka sobie fabuła;
– liniowość;
– końcówka, w tym finał.

Hańba – Będą bić! (2017)

hańba

Nie lubię w muzyce opiewania dawnych bohaterów. Nie lubię poezji śpiewanej. Nie lubię odwołań – jakkolwiek rozumianych – do tradycji. Nie lubię zaangażowania, które nie jest zaangażowaniem czysto muzycznym. Nie lubię kierowania się trendami i cynizmu. Z reguły nie lubię nawet wokali w folkowych utworach. Nie lubię tego wszystkiego z różnych powodów – czy to czysto ludzkich, czy też wynikających z osobliwych osobistych preferencji. Lubię Hańbę.

Przenieśmy się do przedednia wybuchu II wojny światowej. Pooddychajmy tamtym powietrzem, poczujmy, co się w nim unosiło. Albo nie. To stanie się samo, choć nie wyrwie nas z obecnej rzeczywistości. Zresztą to zespół wydaje się przeniesiony żywcem z lat 30. ubiegłego stulecia. I tak gra. Ale czy – jak zapytałaby młodzież – da się tego słuchać w 2017 roku? Ano, da się jak najbardziej. Wprawdzie można mówić, że grupa Lao Che zrobiła przy okazji “Powstania Warszawskiego” to samo (z sierpniem roku ’44), ale po pierwsze, to był tylko jednorazowy “wyskok”, po drugie, muzycy nie sięgali bezpośrednio do literackich źródeł, tj. do poezji tamtego czasu (a jeśli już, to po fragmenty wierszy, zmieszane z wtrętami Spiętego i słownymi “samplami” zewsząd, co czyniło album [po]nowoczesnym, niekoniecznie naturalnie stylizowanym, a sam nieznośny patos sprawia, że w moim odczuciu płyta po latach nieszczególnie się broni, w dodatku, o czym się przekonałem, jest łatwa do “przejęcia” przez jednostki o dość niebezpiecznych przekonaniach). Jednak Hańba idzie o krok dalej. Ba, żeby tylko o krok! Nie przywołuje ducha czasu międzywojnia – wskrzesza go. Wydaje się autentyczną podwórkową kapelą sprzed osiemdziesięciu lat. Wystarczy obejrzeć choćby pojedynczy klip zespołu (wróć! film muzyczny!), przeczytać jeden wywiad, posłuchać uważnie tekstów (wśród autorów Jurandot czy Tuwim), by przekonać się, że oddanie ówczesnego niepokoju jest… pełne. Użycie instrumentarium (banjo, akordeon, tuba), jakie mogło zostać użyte równie dobrze w ’37, nie czyni z Hańby osobliwej ciekawostki ani nie sprawia, że kapela jest mniej punkowa od tych wszystkich kapel ideologicznie – nieważne, w którą stronę – i ideowo zaangażowanych. Poza tym wspomniane wiersze, jakie tworzą warstwę literacką “Będą bić!”, dobrze przylegają także do obecnych czasów. Anachronizmów brak. Żywe słowo, żywa muzyka. Nie żadna grupa rekonstrukcyjna.

Podoba mi się sumienność i bezstronność. Trudno posądzić zespół o tendencyjność w doborze autorów czy tekstów, zarzucić jakiekolwiek “odchylenie”, granie na jakichś uczuciach czy zmyślną próbę ugrania czegokolwiek. Hańba po prostu… gra. Aż huczy! I jak nigdy nie byłem punkiem, a folk wolałem melancholijny, bliższy naturze niż odrapanym, brudnym podwórkom, tak teraz mogę zacząć rozważać, czy się aby nie nawrócić. Niespełna dwa lata temu, poznając z istotnym opóźnieniem “Gumę i gówno”, nie sądziłem, ze… wytrwają. Może nie zdołali mnie wtedy całkowicie przekonać, ale najważniejsze, że sami byli przekonani i pewni. Teraz również ja dostrzegam prawdę. A ono bez cienia wątpliwości jest najważniejsza.

Dobre darmowe płyty (wrzesień 2017)

Andromeda Space Ritual – Satelite (ep) (space rock) (2017) (7/10)
andromeda space ritual.jpg
Prawdę mówiąc, myślałem, że się rozczaruję. I… rozczarowałem się. Jakkolwiek to brzmi, brakiem rozczarowania. Zespół przez nieco ponad pół godziny proponuje taką muzykę, że nie ma się wrażenia, iż po prostu usiedli razem w studiu, grali co bądź, a potem z tego, co zostało zarejestrowane, udało im się wybrać kilka “bloków”. Te dźwięki może nie tyle prowadzą dokądś, ile przekonujące oprowadzają po jakimś (wszech)świecie, pozostawiając sporo miejsca dla zmysłów i domysłów. Naturalna przestrzeń pozwala muzyce i słuchaczowi oddychać. Wprawdzie krótkie momenty, w których wyraźnie pobrzmiewają klimaty stonerowe, mogą sprowadzić na ziemię, chyba niepotrzebnie, ale z drugiej strony, pozwala to złapać grunt. Dobra rzecz dla osób, które są w tych klimatach, ale i dla takich – o czym mogą zaświadczyć – które teoretycznie za nimi nie przepadają.

POBIERZ (Bandcamp)

DJ Nabuchodonozor – boje sie dziewczyn (ep) (vaporwave / sound collage) (2016) (7/10)
dj nabuchodonozor
Lepiej traktować poważnie to, co wydaje się śmieszne niż to, co śmieszne się okazuje. A już najlepiej, gdy żadna ze stron się nie spina. Mam szczęście stosunkowo często trafiać na podobne do “boje sie dziewczyn” materiały, co wcale nie umniejsza wysiłkom (czy to aby odpowiednie słowo?) artysty, a efektów tychże nie czyni mniej wyjątkowymi. Chciałoby się powiedzieć, że każdy utwór jest inny i każdy o czymś (czy to o pewnych czipsach, czy o niedookreślonej solniczce), i że każdy opowiada swoją własną historię. Tylko że lepiej, by przemawiała sama muzyka.

POBIERZ (Bandcamp)

Pensjonat – Lato w mieście (ep) (2017) (noise rock / shoegaze) (2017) (8/10)
pensjonat
Odnoszę wrażenie, że co pojawi się u nas kolejny zespół z kręgu noise rocka / shoegaze’u (ew. dream popu), to jest jeszcze fajniejszy od poprzednich. Nawet jeśli pewne nazwiska często się w nich powtarzają. “Lato w mieście” to jeden z najlepszych polskich materiałów ostatnich miesięcy. Dobre, pozbawione prostactwa i napuszenia teksty (mój ulubiony do ten w utworze “Słowiańska zajezdnia tramwajowa”), niekiedy umiejętnie poruszające – o zgrozo – czułe struny duszy pojedyncze linijki (“na dnie czekaj, ściągnij mnie”) i przede wszystkim mnóstwo godnej uwagi muzyki, zamkniętej w dwudziestu minutach. Szkoda, że tytułowe “Lato w mieście” nie pohula po tych wszystkich rozgłośniach, mieniących się alternatywnymi, bo mógłby to jeszcze być przebój końca lata. Całość zaś nie ma daty ważności.

POBIERZ (Bandcamp)

nieznane / zapomniane: Milkshop – Milkshop (2004)

milkshop

Zacznę z grubej rury. W końcu najlepsze żarty wychodzą mi wtedy, gdy nie żartuję. A zatem: “Milkshop” stawiam wyżej niż dwie pierwsze płyty Portishead, których nie lubię i nie rozumiem. Z trzecią to już co innego. Nie są od siebie odległe. Choć nie wiem, czy po dzieło krakowian powinni sięgnąć ci, którym szczególnie odpowiada twórczość – niech stracę – mistrzów trip hopu. Zresztą co mnie zastanawia, gdy tylko próbowałem wskazać komuś fragment – na przykład któryś ze zjawiskowych coverów, oba przewyższające oryginały (“Nigdy się nie dowiesz” Czesława Niemena i “Wonderful life” Black) – to dowiadywałem się, jakie to słabe i daremne, a opinie były tak zajadłe, jakby któryś z członków zespołu sprawił tej osobie wielką przykrość, nadepnął w przeszłości na odcisk czy zrobił coś innego, czego nie można mu (bądź jej) zapomnieć. Nie wiem, jak było, ale jeśli o mnie chodzi, to raczej żal można kierować w moją stronę, bo za płytę zapłaciłem tyle, że w podobnej sytuacji pewien znany poeta był(by) się nabawił rozterek moralnych. I nic, że tam chodziło o Pilcha. Tak jak bez znaczenia jest swawolna spontaniczność tej notki. Mnie się podoba. I nie mam na myśli swojego pisania. Teksty utworów nie są pozbawione uroku, melancholijna aura potrafi wcale nie gorzej, a Izabela Tomczyk przekonuje bardziej niż pewna niska, przygarbiona, kopcąca szlugi blondynka.;) Przynajmniej mnie. No ale nikogo nie przekonam, nie podburzę, ale może chociaż rozbawię. Wiadomo, że zawsze da się coś wypunktować, wytknąć. Tylko że wszelkie niedostatki formalne, jakie da się dosłyszeć na płycie Milkshop, pozostają bez znaczenia. Znam osobę, która potrafiła kupić książkę, wiedząc, że jest słaba, bo decydującym kryterium okazała się… jakość papieru. Nie bądźmy jak ona. Chwalmy cudze, pewnie, ale znajmy swoje. I może na tym zakończę, bo zaczynam pisać jak ktoś, kim w żadnym razie nie jestem.

Zostawiam pojedynczy utwór. Przyjemnie kłujący. Łatwy do zapętlenia.

Z ręką na pulsie (#26): Drudkh / Paysage d’Hiver, Susanne Sundfør, Vulture

Drudkh / Paysage d’Hiver – Somewhere Sadness Wanders / Schnee (IV) (ep)
drudk paysage d'hiver
Pierwszą stronę splitu pominę. Kto jaki ma stosunek do tych Ukraińców, taki będzie mieć po tych dwóch utworach. Mój pozostaje ambiwalentny. Ciekawsze podejście, co nie jest żadnym odkryciem, prezentuje Paysage d’Hiver. Wizja black metalu snuta przez Tobiasa Möckla jest mi bardzo bliska. Kolejne dwadzieścia minut śnieżnej nawałnicy od mistrza lo-fi to miód na moje uszy. Wprawdzie “Schnee IV” nie dorównuje “Schnee” ze splitu z Vinterriket, ale oba zespoły są w formie, co trzeba uczciwie przyznać. Samo wydawnictwo to rzecz raczej dla fanów któregoś z nich. Niezaangażowanym emocjonalnie słuchaczom może bardziej przypaść do gustu strona A, bo na niej coś tam przynajmniej słychać.;) Ale w obu przypadkach lepiej zacząć od pełnych płyt.

Susanne Sundfør – Music For People In Trouble
susanne sundfor
Jejku, tak! Susanne Sundfør kombinowała i kombinowała, a jak się okazało na “Music For People In Trouble”, piękno tkwi w prostocie. Cóż za niespodzianka! Zastanawiałem się, czy nie sięgnąłem przypadkiem po nową płytę Kari Rueslåtten, a takie wątpliwości to spory komplement. Piosenki odarto ze wszystkiego, co niepotrzebne, do samych kości, a folkowy szkielet, na którym wspiera się cała misterna i delikatna konstrukcja, wydaje się nie do ruszenia. Wreszcie to jest MÓJ pop. Oszczędny, intymny, piękny. Wreszcie słyszę, że to Norweżka, a nie kolejna Amerykanka czy Brytyjka (do których naturalnie nic nie mam, bo nie w tym rzecz).  Wreszcie Susanne Sundfør przestaje być dla mnie artystką jednego przeboju.😉 Razem z Nadią Reid i Julie Byrne rządzą w tym roku.

Vulture – The Guillotine
vulture

Mimo wszystko rozczarowanie. Uwielbiam debiut Slayera, po latach to bodaj moja ulubiona płyta w ich dorobku, więc takie granie, jakie proponują Niemcy z Vulture, jest dla mnie dość interesujące. Duch thrashowców z Bay Area jest tutaj wyraźnie obecny. Fakt, że oba albumy dzielą trzydzieści cztery lata (!!), pozostaje w zasadzie bez znaczenia. Problem, bo jest jeden zasadniczy, leży gdzie indziej. Debiutancka epka (“Victim of the Blade”, 2016) okazuje się czymś w rodzaju niespełnionej obietnicy. Dostajemy wprawdzie więcej tego samego, ale choć w tym graniu jest ikra, to brak iskry. Dlatego “The Guillotine” (nawiasem mówiąc, świetna, jakże niedzisiejsza okładka) nudzi, a nie porywa. Poprawne poruszanie się w konwencji i sprawny warsztat to podstawa, a nie istota. Tym bardziej że prochu tutaj wymyślić nie sposób, a wachlarz pomysłów jest siłą rzeczy wąski i ograniczony. Brakuje jakichś chwytliwych melodii, nośnych refrenów, luzu i polotu. Jest pęd na złamanie karku. Imponujący, owszem, ale niestety jakże nużący.

Ostatnia rodzina (2016)

KINÓWKI.pl

Beksińscy. W ostatnich latach temat – być może niestety – chodliwy i nośny, więc nie dziwi fakt, że korzystną koniunkturę zapragnęli wykorzystać także fimowcy. Jan P. Matuszyński nakręcił “Ostatnią rodzinę”, kojarzoną przeze mnie do tej pory jako swoisty “zaczyn” Weissowskiej biografii Tomasza. Czy ów redaktor miał powód, by tak się zaperzać, by chcieć “odkłamać” postać młodego Beksa?

Może odpowiedź na to pytanie nie stanowi zasadniczej częsci moich własnych rozważań, ale przystępowałem do seansu, mając w zasadzie za jedyną wskazówkę właśnie taką recepcję. I świadomość, że powszechny odbiór jest skrajnie odmienny i pozytywny. A co ja mógłbym powiedzieć? Cóż, film nie wydaje się ani wybitnie dobry, ani wybitnie zły (czy zły w ogole), ale wiem i rozumiem, że można go skrajnie ocenić. Nie nazwałbym reżysera czy aktorów… nieuczciwymi. Co najwyżej zauważyłbym, że zarówno sposób sportretowania poszczególnych członków rodziny (nie tylko sławnej dwójki, ale także Zosi, czyli żony i Zdzisława, i matek obojga małżonków), jak i to “prześlizgiwanie się” po bografii wydaje się dość płytkie. Z drugiej strony, gdy wygłosiłem tego rodzaju osąd, to w odpowiedzi usłyszałem retoryczne i niegłupie pytanie, jak długo w takim razie ten film miałby trwać. Niegłupie, ale “zbywające” jedynie po części. Problem w tym, ze trudno oglądać tę biografię bez znajomości… biografii. I to myślę, że najlepiej pogłębionej znajomości. Logicznego powiązania między wieloma scenami w pierwszej części filmu nie będzie (później stanie się nim pewien logiczny i łatwy do odgadnięcia “refren”), a postaci to banda dziwaków: ojciec zboczeniec i ohydny cynik, matka pozbawiona charakteru i osobowości, syn kwalifikujący się z miejsca do stałego pobytu w specjalistycznym, zamkniętym ośrodku, a na dokładkę dwie nieszkodliwe staruszki. Z tym Tomaszem – że wrócę do książki naczelnego Teraz Rocka – jest najgorzej, to prawda. Wprawdzie po lekturze tamtej książki jedynie utwierdziłem się w przekonaniu, że to niesłychanie antypatyczny typ, niestety niebezpiecznie podobny do mnie, ale tutaj… Trochę można zrzucić na karb kreacji aktorskiej Dawida Ogrodnika, bo już sam sposób mówienia naprzemiennie śmieszy i irytuje, ale podejrzewam, że to naprawdę nie był ktoś taki… No ale rozumiem, że trzeba upraszczać, a to co wyjściowo zwyczajne, czynić atrakcyjnym, więc mamy gościa, który potrafi tylko rozwalać sprzęty domowe, traktować członków najbliższej rodziny jak śmieci, skupiać na sobie w stopniu, który jest nie do wyobrażenia nawet dla mnie i raz na jakiś czas podjąć próbę samobójczą. No a jego poczucie humoru sprowadza się do hajlowania.

Można jednak spojrzeć inaczej, wykazując się przy tym rozwagą i zrozumieniam, której być może zabrakło twórcom. Bardzo podoba mi się myślenie i obrazowanie za pomocą statycznych, ascetycznych kadrów. Często patrzyłem na nie tak, jakby postaci były jedynie jednym z elementów, niekoniecznie szczególnie istotnym. Proste, bardzo często statyczne ujęcia, w którym pozornie nie zawiera się nic istotnego. Świetnie kontrastują ze sprzężeniem napięć wewnętrznym, jednocześnie je potęgując. Potęgują także napięcie u widza. Był taki film. Nosił tytuł “Miłość”. Nakręcił go Michael Haneke. Można powiedzieć, że jeśli chodzi o samą opowieść, której znaczenie chyba w obu przypadkach jest marginalne (albo sam je marginalizuję, bowiem nieszczególnie zajmują mnie historie), to produkcje naturalnie bardzo różne, ale równie intymne, w pewnym sensie wysmakowane i wywołujące wyraźny dyskomfort. Taki, o który naprawdę trudno. I właśnie to uczucie zbliża je do siebie. Drugą część “Ostatniej rodziny” ogląda się z zainteresowaniem, mimo że wiadomo, dokąd to wszystko zmierza. I może właśnie o ukazanie tego “zmierzania”, tego zmierzchu chodziło… Jeśli tak, to się udało.

Nie wiem, czy mogę z czystym sumieniem polecić lub odradzić “Ostatnią rodzinę” tym nielicznym, którzy jeszcze filmu nie obejrzeli. Wszystko zależy od tego, co chcą zobaczyć. Bo jeśli pragnę poznać rodzinę Beksińskich, to lepiej zacząć od równie(ż) niedoskonałej reportażowej książki Magdaleny Grzebałkowskiej. Można nawet bez większej straty na niej skończyć. Tym zaś, którzy pragną rozrywki, zalecałbym raczej spacer po parku. Właściwie pozostają ci, którzy chcą sięgnąć głębiej, ewentualnie spojrzeć inaczej, z wyrozumiałością i uwagą. Jak przełkną Ogrodnika, to pozostali aktorzy ani to, co dzieje się na ekranie, nie powinno im szczególnie przeszkadzać. Naprawdę dobra i wartościowa produkcja. Jednakże pod pewnymi warunkami. Albo wręcz mimo wszystko.