Rosk – Miasma (2017)

rosk

Udało się podsumować ubiegły rok, co jako sama informacja jest bez znaczenia, ale w związku z tym doniosłym faktem można przyjrzeć się nowościom, zamiast zestawiać, nadrabiać i porządkować. Pierwszą płytą wydaną już w 2017, po którą sięgnąłem, jest wydana w styczniu “Miasma” postmetalowców z Rosk. Czy będę o niej pamiętał z innych powodów niż ten wzmiankowany?

Zacznijmy od tego, że nieco ponad pół roku wcześniej ukazał się minialbum, demo. Całkiem dobry, trzeba zaznaczyć, z pewnością obiecujący, choć z wyraźną… rezerwą, która kazała przypuszczać, że to nie szczyt możliwości warszawiaków. Pełny album to w sporej mierze powtórka z rozrywki, bo mamy to całościową powtórkę z tamtej surowej epki i jeden – trwający ponad dwadzieścia minut – nowy utwór. Jeśli chodzi o to, co już znamy i powinniśmy lubić, to słychać, że teraz skończyły się żarty, że to wyjście z podziemia i próba zaprezentowania się w pełnej krasie. Brzmi to inaczej, ale muzyka pozostaje tak wartościowa jak wcześniej. Jedynie okrzepła, nabrała ostatecznego kształtu w odpowiedniej brzmieniowej formie. A premierowy kolos… Dość powiedzieć, że nie jest kolosem na glinianych nogach.

“Miasma” wymaga cierpliwości, bowiem sam zespół nie gra… nerwowo, impulsywnie. Napięcie jest budowane konsekwentnie, z uporem, bez oznak zniecierpliwienia, co oznacza, że odbić się dość łatwo, nietrudno nie przebić, bo nikt tu nam nie ułatwia zadania, ale początkowe przedzieranie się przez te dźwięki nie okaże się szukaniem igły w stogu siana. Teoretycznie, jeśli uprościć, pierwszy moment, który może przyśpieszyć akcję serca i chwycić za pierwszym razem, pojawia się po jakimś kwadransie, ale z drugiej strony, i w nim samym, i w budowie kompozycji objawia się potencjał drzemiący – bo z pewnością nierozbudzony jeszcze do końca – w zespole.

Ktoś użył w odniesieniu do tego, co ośmieliłem się popełnić i pokazać, sformułowania, iż <em>widać rozwój, ale jeszcze nie dojrzałość</em>. Wprawdzie nie mam podobnego rozeznania w muzyce jak owa osoba w literaturze, ale przytoczone słowa można przyłożyć do debiutu Rosk. No właśnie: debiutu. Zatem to żaden zarzut. Zresztą cieszy, że to tak szybko, i że bez falstartu, bo tak na dobrą sprawę nie było kiedy wyczekiwać pełnej płyty – po prostu się pojawiła. Mimo pewnych melodyjnych i (za)śpiewanych fragmentów (klasa, niech sobie twardogłowi twierdzą inaczej!) rzecz wymagająca uwagi. I bez wątpienia na nią zasługująca. Konkurencja na tym pol(etk)u jest w kraju spora, bo postmetalowych kapel nie brakuje, ale… dlaczego nie? Przynajmniej Rosk ma się z kim mierzyć. I wcale nie jest powiedziane, że stoi na straconej pozycji.

Posłuchaj można tutaj.

———-

Tekst jeszcze z poprzedniego blogu.

nieznane / zapomniane: Za Siódmą Górą – Rogalów – Piosenki ku pokrzepieniu serc (2008)

za siódmą górą

Troszkę śmieszkowałem, wspominając w tym zaimprowizowanym cyklu płyty nagrane przez takie tuzy polskiej piosenki jak Cezary Pazura czy Klaudiusz Ševković (w przypadku Janusza Rewińskiego byłem zupełnie poważny), więc dobrze by było coś, czego słucha się z zachwytem, nie nastawiając się uprzednio w odpowiednio ironiczny czy zdystansowany sposób. Dlatego choć mogę nudzić bardziej uważnych czytelników, to muszę polecić ostatnie jak do tej pory wydawnictwo Za Siódmą Góra, “Rogalów – Piosenki ku pokrzepieniu serc”.

By jakoś poszło, bo o arcydziełach pisze się naprawdę ciężko, przywołam dwa akapity sprzed pół roku. Notkę apologetyczną.

Wojcek Czern, założyciel niezaprzeczalnie ważnej wytwórni Obuh Records, nagrał ze swoim flagowym projektem płytę wyjątkową. Intymną, głęboką (także poprzez głębię… czasową, głębię odniesień, sięgających wczesnego dzieciństwa), będącą apologią małej, maleńkiej wręcz ojczyzny autora, odmalowanej z uczuciem i po mistrzowsku (“w Rogalowie życie płynie / wujek Irek na kominie” to najlepsze dwa wersy, jakie usłyszałem lub przeczytałem w minionym roku), pełną rzeczywistych (czy też urzeczywistnionych) i mitycznych postaci, wielobarwną, niejednoznaczną, naznaczoną tęsknotą i… dobrą. Nie myślę o poziomie muzyki, bo ten zasługuje na jeszcze wyższą ocenę, tylko o jej… duchu. To niezwykła opowieść zawieszona między rzeczywistością a baśnią. Naprawdę może pokrzepić.

Ulubiony utwór: Co drugi jest wybitny. Nie, to nie za duże słowo. “W Rogalowie”, jak kolegę chwyciło, słyszałem parokrotnie w dawkach po co najmniej kilkanaście odtworzeń. “Anioł”, choć nie pada w nim choćby jedno słowo, faktycznie opowiada o aniele. “Niech to licho!” zawiera w sobie niezawieralne, opisuje stany, które nie poddają się opisowi (zasługuje na druk jak mało który tekst piosenki). Nie będę wyliczał dalej. Wybieram “Koło źródła”, bo jak napisałem na Facebooku, to najbliższy mi i najpiękniejszy utwór, jaki usłyszałem po raz pierwszy w minionym roku.

Zdania nie zmieniłem. Co więcej, jeśli to w ogóle możliwe, mój stosunek do tych dźwięków jest jeszcze bardziej pozytywny. Łatwo się od nich odbić, zarzucając piosenkom banał, a tekstom – pretensjonalność, ale bardzo proszę mi wskazać – już nie mówię, że ograniczając się jedynie do folku – płytę nawet nie lepszą, tylko piękniejszą, która została nagrana w Polsce w XXI wieku i śpiewają tam w naszym języku. W tym, co słyszymy, nie tkwi żaden haczyk. Co więcej, nie ma tu żadnych sprytnych chwytów, także marketingowych, a prezentowana przez artystę wrażliwość jest tak osobna, a przy tym nie ma w niej cudaczności, że jeśli kogoś nie ujmuje, to… Jeśli przyjąć, że wyrabiamy sobie zdanie o danym muzyku jako o człowieku jedynie na podstawie tego, co stworzył, i wcale nie chodzi o poziom owej twórczości, to trudno byłoby mi znaleźć kogoś, o kim miałbym zdanie (wyobrażenie?) lepsze niż o panu Wojtku. A samej płyty, co niejako się z tym wiąże, mógłbym wykorzystywać do swoistej “weryfikacji” osób, które zdarzy mi się poznać, by sprawdziwszy ich reakcję, wiedzieć, czy wszystko z nimi w porządku. Bo jeśli ta muzyka nie jest w stanie kogoś wzruszyć, zachwycić, przybić, dodać otuchy, to coś z taką osobą może być nie tak. A niestety wiem, że należy w przypadku pierwszych niepokojących symptomów uciekać, czego niestety nie robiłem.

A do “Rogalowa…” wracam. Nawet jeśli to dla mnie podróż trudna i bolesna. Wracam, bo to jedna z najlepszych – i to kilku, nie kilkudziesięciu – płyt nagranych w Polsce za mojego życia. Po prostu.

Z ręką na pulsie (#21): Ars Magna Umbrae, Freezing Blood, Nyctophilia

Ars Magna Umbrae – Through Lunar Gateways (ep)
ars magna umbrae
Taka mieszanka starego z nowym. Szkoda, że raczej brak tutaj eksploracji kosmicznych galaktyk i takich tam, a całość jest raczej pełna dysonansów i… rozmodlenia. Gdzieś tam zabrzmi Burzum, gdzie indziej – i częściej – Deathspell Omega i im podobni (nie moja bajka), na plus trzeba zaliczyć żeńskie wokale (czyżby ta sama pani, która udzielała się w Duszę Wypuścił?), mimo że są takie, jakie są i nie ma ich zbyt wiele. Summa summarum, dwadzieścia dwie minuty, które potrafią wymęczyć, ale black metal to nie rurki z kremem czy jak to tam szło. I za tę swoistą bezkompromisowość szanuję.

Posłuchać można tutaj.

Freezing Blood – Baal (ep)
freezing blood.jpg
To war metal, więc żartów nie ma. Wiadomo, perkusja brzmiąca jak serie wystrzałów z karabinów maszynowych, kanonady riffów, niosące pożogę wokale… Nie jest to muzyka dla osób szukających głębokich wzruszeń, metafizycznych uniesień czy intelektualnych podniet, co nie znaczy, że jeśli schlebi naszym gustom, to będzie to powód do niepokoju.

Posłuchać można tutaj.

Nyctophilia – Gdzie noc jest najczarniejsza (ep)
nyctophilia
Spojrzawszy na same tytuły utworów, pomyślałem, że ktoś tu lubi Wędrujący Wiatr. No ale nie dziwota. Kolejna refleksja była taka, że to zabawne, iż żadna rodzima blackmetalowa horda (jednoosobowa, hihi) nie nazywa się Dziwota. Co do samej muzyki, to najpierw skonstatowałem, że rzecz jest dla koneserów, co oczywiście nie oznacza, że cokolwiek z nią nie tak. Po prostu od takich dźwięków z pewnością nie ma sensu zaczynać przygody z gatunkiem. Zaraz jednak dotarło do mnie, że aura zaokienna, niekoniecznie typowa dla tej pory roku, świetnie pasuje i przydaje dźwiękom, jakie proponuje Nyctophilia. Jest szaro, nieco mgliście, chłodnawo. Melancholijnie, ale nie przytłaczająco smutno czy ponuro. Nadal polecałbym tę epkę co najmniej średnio zaawansowanym, ale nie wykluczam miłego zaskoczenia w każdym jednym osobnym przypadku. Dobry materiał.

Posłuchać można tutaj.

Lana Del Rey – Lust for Life (2017)

lana del rey

Ukazała się nowa płyta Lany Del Rey, zatytułowana “Lust for Life” – rzeknie ktoś. Na co druga osoba, całkiem rozsądnie, może zadać pytanie, jaki mamy rok. Staram się być gdzieś pośrodku, zanim zdecyduję się na krok w którymś kierunku. Albo tam, skąd przybyłem, czyli ze swoistej ekscytacji, albo w drugą stronę, gdzie nie dotrą do mnie wieści o kolejnych poczynaniach artystki. A nawet jeśli dotrą, to pozostanę na nie głuchy.

Można powiedzieć, że są takie gwiazdy, które owszem, świecą jasno i potrafią przykuć uwagę, ale już w chwili, gdy je dostrzegamy, spadają z firmamentu. Z perspektywy czasu nie wiem, czy w przypadku panny Lizzy Grant najlepsza nie byłaby szufladka “novelty”, choć muszę przyznać, że najciekawsze rzeczy nagrały jeszcze wtedy, gdy nie wyciągnęli je skądś spece od mediów, marketingu i sprzedaży, nie opakowali odpowiednio i nie upchnęli złaknionej gawiedzi. Wtedy całą fejkowość osoby wokalistki, którą różne osoby usiłowały mi wskazać, wypunktować i wpoić, bym wyciągnął z tego wnioski i może posłuchał jakiejś prawdziwej muzyki, nagrywanej przez prawdziwych artystów, ale doszedłem do przekonania, że to JEST prawdziwa muzyka. A jak się uprę… Zresztą wydana przed pięcioma laty płyty “Born to Die” była w ogólnym rozrachunku niezła, mieszały się na niej utwory świetne i dramatycznie złe. Drugą jakoś odpuściłem, mimo że pojawiała się w rozmaitych wyprzedażach, uznawszy, że skoro single są całkiem przeciętne, to nie ma co, bo nic lepszego tam się pewnie nie znalazło. Z trzeciej nie słyszałem być może nic. A przynajmniej nie pomnę.

Słucham sobie “Lust for Life” i dość szybko pojawia się pytanie, czy to Lana jest bardziej zmęczona wydmuszkową stylistyką retro, czy ja. A może tylko udziela mi się jej zblazowanie, zresztą też będące częścią całej szopki? Wprawdzie najważniejsze są piosenki, ale tutaj ich nie słyszę. Podejrzewam, ze gdyby w tym wszystkim kryła się jakaś prawda – proszę mnie źle nie zrozumieć – to albo obserwowalibyśmy, jak wokalistka stacza się na dno, albo dotarłby już do nas komunikat o jej smutnym końcu. Tu nie tylko przydałoby się odświeżenie, bo pojawiające się tutaj wtręty (t)rapowe czy nieśmiałe flirty z r’n’b na niewiele się zdają, tylko wymyślenie siebie na nowo. I to nie przez sztab specjalistów, dla których muzyka to towar jak każdy inny.

Sztuczka, która działała za pierwszym razem, nie działa już wcale. Fakt, są artyści, którzy mogą nagrywać wciąż jedną i tę samą płytę, co jest przyjmowane z radością, ale oni mają indywidualny charakter. Lana Del Rey wydaje się kimś w rodzaju postaci z taniej powieści obyczajowej, której kolejne części są taśmowo produkowane, całość zaś dumnie nazywa się sagą, bo to modne. Głębi w tym większej nie ma, wyuczone rzemiosło autora nie może zastąpić talentu, a jeśli czytamy dalej, to z przyzwyczajenia. Albo z wygody. Można posłużyć się inną, równie banalną metaforą i przyrównać tę płytę do sztuki mięsa (hah), które wprawdzie jest już nieco nieświeże, ale jeśli się je odpowiednio przyprawi i wyeksponuje w dziale jak trzeba, to klient się nawet nie kapnie.

“Lust for Life” to dla mnie taka spóźniona o lata, niepotrzebna i wyprana ze wszystkiego, co do tamtej płyty przyciągało lub odrzucało od niej (mogło się to dziać jednocześnie), wersja “Born to Die”. Miałka, nudna i pretensjonalna. Przypominam sobie, jak ktoś przeczytawszy w skupieniu jakiś mój dawny blogowy tekst, spojrzał na mnie i spokojnie zapytał: no dobrze, ale co to wnosi? Obawiam się, że kolejne płyty będą podobnie… bezpieczne. A szkoda, bo gdyby to smętne zawodzenie inaczej opakować, najlepiej w jakiś psychodeliczny odjazd, okroić do samych wokaliz, przenieść z lat 50. XX wieku (powiedzmy) do końcówki dekady następnej, to mógłbym się zakochać ponownie. “Tomorrow never came”, chyba jedyny JAKIŚ utwór, podpowiada, że kierunek na horyzoncie czasowy byłby odpowiedni. A tak to wszystko się wzięło wypaliło. Nie będę wracał. Tak jak nie wracam do niczego, co ta pani nagrała wcześniej. Przeciętność i nieprawda to najcięższe przewiny w sztuce.

Aha, lojalnie uprzedzam, że płyta trwa przeszło siedemdziesiąt minut. Wprawdzie pod koniec forma wyraźnie zwyżkuje (utwory 13-15, finałowy to niestety autoparodia), ale i tak jest to swoista perwersja.

happysad – Ciało obce (2017)

happysad

Stwierdzenie, że happysad jest zespołem, który można albo się kochać, albo nienawidzić, nie będzie szczególnie odkrywcze. Jakkolwiek patrzeć, to spore osiągnięcie, nawet jeśli grono niechętnych jest większe. Oczywiście istnieje trzecia możliwość, to znaczy można nie słuchać, ale dlaczego odmawiać sobie tej – choćby i perwersyjnej – przyjemności? No właśnie. Dlatego sięgnąłem po “Ciało obce”.

Prawdę mówiąc, było jeszcze kilka innych powodów. Przede wszystkim chęć napisania jakiejś recenzji, a jeszcze nie pozwalam sobie na wydawanie opinii bez słuchania. To po pierwsze. Po drugie, spodobał mi się tytuł, który sam w sobie – już w oderwaniu od okładki i zawartości muzycznej – jest cudnie niejednoznaczny. Poza tym poprzednia płyta, “Jakby nie było jutra”, stanowiła dla mnie miłą niespodziankę (tzn. dało się ją przesłuchać bez bólu). I staram się nie być uprzedzony.

Wygląda na to, że tym razem jest jeszcze lepiej, choć podejrzewam, że część osób, które są z zespołem od początku i pokochały happysad za wczesne nagrania, może kręcić nosem albo obrócić się na pięcie, machnąwszy ręką na to, co chłopaki grają teraz. Jeśli nie zrobili tego poprzednim razem. Postawić krzyżyk. Bo dojrzeli. Albo co więcej, zmężnieli. Bo wydaje się, że grają to, co chcą, a nie to, czego chcieliby najwierniejsi fani (a oni wiedzą, czego tamci chcą, z pewnością wiedzą, więc mogliby, ale…). Za to plus. Grają praktycznie zupełnie bez nachalnej, taniej przebojowości, bez tekstów, przy których człowiek chciałby nie rozumieć, o czym to właściwie (może “Czwarty dzień” jest lekko nieprzekonujący pod tym względem, ale ten nadrealny klawisz, spinający większość tego, co złe, sprawia, że jestem w stanie wybaczyć te wszystkie “miłości” i “kochania”). “XXM” też nie do końca mi leży, co nie oznacza, że leży tak po prostu, ale też nie lubię upałów, więc za to mały plusik, a poza tym to tylko takie moje “mogliby tak, żeby nie słyszał, że to oni”. Najlepiej tak mrocznie i nieoczywiście jak przez większość płyty. A tu tak… prosto i do przodu.

Stonowanie jest dobre. I tony poważniejsze, mniej pompatyczno-wesołkowate. Tutaj szeroko rozumianej dobroci nie brakuje. I widać, że mają jeszcze sporo luzu, rozumianego jako niewykorzystany potencjał, który może się jeszcze ujawnić. Jeśli tylko pozwolą sobie odpłynąć i odlecieć, zaufają wyobraźni i wrażliwości własnej, grając – jak to banalnie i śmiesznie deklarują różni tkwiący, niekoniecznie mimowolnie w podziemiu artyści – dla siebie. Bo słychać, że to nie są byle grajkowie, naprawdę. I proszę uznać mnie nawet za antyfana zespołu, by było jasne, że to na tyle obiektywne stwierdzenie, na ile można być obiektywnym, wypowiadając się o muzyce. Albo nic nie uznawać, tylko włączyć taką singlową “Heroinę” chociażby, posłuchać i odpowiedzieć sobie na pytanie, co tu właściwie mogłoby drażnić. No bo jeśli sam Kuba Kawalec, to już nic się nie poradzi – można tylko westchnąć z bezsilności.

Podoba mi się “Ciało obce”. Może to nic wielkiego, żadne wybitne dzieło, ale wieszanie psów na zespole “bo to happysad” wydaje się już nie tylko głupie, ale i nieuzasadnione. To całkiem dobra płyta, choć rozkręca się (a w zasadzie hamuje) dłuższą chwilę. Prawdopodobnie hipsterów nią nie kupią, a optyka wielu nieprzychylnie nastawionych osób się nie zmieni, zresztą tak wygodniej, ale chłopaki zrobiły kolejny krok w dobrą stronę, co uczciwość i przyzwoitość nakazują docenić. A czy we właściwą, to już sami ocenią.

———-

Tekst z poprzedniego blogu.

Linkin Park – One More Light (2017)

linkin park

To smutne, że sięgam po “One More Light” Linkin Park w tak smutnych okolicznościach. Robiąc to, mam jak najbardziej czyste intencje. Rzecz w tym, że płyta czekała w kolejce kilka miesięcy, ale w związku z moją własną kondycją psychofizyczną, co nie jest w najmniejszym stopniu istotne (także dla mnie), przesłuchanie jej stanowiło problem, jaki zresztą stanowi przesłuchanie jakiejkolwiek płyty, której jeszcze nie znam. Gdy pisałem jeszcze gdzie indziej, potrafiłem się w ten sposób “zaciąć” całkowicie na długie tygodnie, mimo że miałem chęć poznać coś nowego. Ale nie. Zapętlałem w kółku kilka płyt, które znam na pamięć.

Z twórczością grupy Chestera Benningtona było mi nie po drodze w takim sensie, że te drogi jakoś nigdy się nie zbiegły. W czasach – powiedzmy – gimnazjalnych, kiedy moje zainteresowanie muzyką było jeszcze dość płytkie, ale zacząłem sięgać po dźwięki teoretycznie cięższe, wybór padał raczej na takie grupy jak Slipknot czy System of a Down. To raczej dzieło przypadku niż wynik faktycznych preferencji. Jeszcze wcześniej, ale niewiele, podobały mi się pojedyncze single grupy, promujące pierwsze dwie płyty, które znałem z radia i możliwe, że nawet któryś utrwaliłem sobie wówczas na taśmie, co by oznaczało, że naprawdę mi się podobał.

Ostatnio w prasie, przy okazji recenzji “One more light”, wyczytałem, że “In the end” to jeden z najpiękniejszych utworów wszech czasów (przytaczam z pamięci). Byłem zdzwiony tym, że dziś, w 2017 roku, ktoś, kto w dodatku pisze o muzyce, może tak uważać, w końcu to takie… niepopularne, ale to też dla mnie osobiste rozgrzeszenie. Skoro ktoś wyjątkowo ceni taki utwór, o czym informuje dziesiątki tysięcy czytelników, to i ja mogłem jakieś piętnaście lat temu…

Później, jak mogę ocenić na podstawie bardzo pobieżnego kontaktu z twórczością Linkin Park, muzycy okrzepli i dojrzeli, ale też ich muzyka stała się chyba nieco mniej wyrazista. Nie wiem, czy wolta, jakiej na ostatniej (czyżby definitywnie?) płycie dokonali, to próba uporania się z tym stanem rzeczy. Nie posądzałbym zespołu o cynizm, bo cynicznie to mogliby wrócić do korzeni, kiedy zapewne sięgali szczytu popularności. Od nu metalu, a nawet od alternatywnego rocka, do electropopu jest… kawałek. Tak samo nie uważam, by “One More Light” było tak złą płytą, jak wynika z jej odbioru. Dziwnie używać teraz określeń, jakie oddawałaby jej charakter, bo “lekka” czy “wakacyjna” naprawdę brzmią… ponuro. Właściwie gdyby nie charakterystyczny głos Chestera Benningtona, trudno byłoby poznać, że to Linkin Park. To samo w sobie jest raczej zaletą niż wadą, bo cenię artystyczne nieskrępowanie, wolność wyrazu, która powinna być motorem twórczego działania. Wiadomo, że nie usprawiedliwia to prób ewidentnie nieudanych, ale mimo wszystko, jak wspomniałem, nie uważam, by ta płyta odstawała chociażby od tego, co możemy usłyszeć w komercyjnych rozgłośniach radiowych. Może dlatego, że ich nie słucham?;) Ale naprawdę. Dodatkowo ta muzyka jest nieinwazyjna, w pewien nieosobliwy sposób przyjemna. Kojarzy mi się troszkę z Owl City, tylko że Owl City – w odróżnieniu od Linkin Park – słuchać się absolutnie nie dało.

Ujmę to tak: może nie ma tu nic, co mogłoby szczególnie ująć, ale też nie wiem, dlaczego “One More Light” jest tak… gnojone. Czyżby wszyscy stali się nagli fanami zespołu, którzy oburzają się na zerwanie z rockową czy metalową stylistyką? Każdy chce muzyki trudnej, wymagającej albo przynajmniej “elitarnej” i “niszowej”? Albo to wina Internetu, bo teraz dobrze upatrzyć sobie jakiś cel, na którym można się wyżyć? Nie wiem. To taka płyta, która zasługuje na ocenę ze środka skali.

A na wysokości utworu tytułowego pomyślałem, że naprawdę szkoda, iż więcej nie usłyszymy tego głosu…

Grałem w grę: Saints Row IV Game of the Century Edition (2014)

saints row iv

Nie wiem, czy nadal nazywa się “miejskie” gry sandboksowe klonami GTA, sugerując tym samym, że możliwe jest jedynie lepsze lub gorsze odwzorowanie mechaniki. Jeśli chodzi o serię Rockstar Games, to pierwsze dwie części zawsze były dla mnie ciekawostką, trójka nieco przytłaczała, San Andreas to gra przekombinowana i bardzo rozczarowująca, w GTA IV i GTA V niespecjalnie mnie wciągnęły. Może to produkcje dla osób dwa razy młodszych ode mnie, mimo że nieprzeznaczone dla nich? Nie wiem. Inna sprawa z Vice City, które stawiam pośród swoich ukochanych gier. Czy znalazłoby się tam także Saints Row IV?

Saints Row IV 2017-06-28 16-59-37-92

Zacznijmy od tego, że z tej gry taki klon GTA, jaki z dowolnego zespołu metalowego klon Black Sabbath. Jasne, gry studia Volition wyrosły z fascynacji tą serią, ale i wraz z częścią trzecią z niej… wyrosły. I rzecz niekoniecznie w tym, że w Saints Row IV nie ma mowy o powadze, a im bardziej niepoważnie się robi, tym jest lepiej. Gdy twórcy przestają się jakkolwiek krępować, pozwalając sobie na żarty ze wszystkiego, co tylko możliwe (niech będzie, że sam ogólny pomysł przywodzi na myśli film Matrix*, mnie przez to ciągłe bieganie po statku kosmicznym i opcjonalne “romanse” przychodził na myśl Mass Effect**), wrzucaniu do rozgrywki fragmentów “od czapy” (przezabawny etap “skradankowy” czy inspiracja takimi produkcjami jak Double Dragon).

Saints Row IV 2017-06-30 23-18-32-65

Wirtualne Steelport*** stało się… wirtualne. Za sprawą kosmitów, którzy przybyli, zobaczyli i jak się zdaje, zwyciężyli. Nawet nasz protagonista staje się w pewnym sensie bohaterem gry komputerowej, przemierza symulację, mimo że chwilę wcześniej był urzędującym prezydentem Stanów Zjednoczonych. O fabule nie ma sensu opowiadać. Z dwóch powodów. Po pierwsze, nie jest szczególnie istotna. Po drugie, jeśli jednak jest, to nie wypada. W każdym razie, dzieje się, i to od samego początku. Właściwie otwierająca grę sekwencja skłoniła mnie do refleksji, jakie wprowadzenie do gry z otwartym światem jest najlepsze: czy takie “filmowe” jak tutaj, czy dające od razu pełną swobodę, czy może coś pośredniego. Doszedłem do niezbyt odkrywczego wniosku, że najlepiej zrobiono to w Morrowindzie, więc nie będę się nad kwestią szczególnie rozwodził.

Saints Row IV 2017-07-05 21-37-58-50

Zmieniło się to, że już nie biegamy i nie jeździmy po mieście, co jeszcze w trzeciej części łączyło tę grę ze sztandarową serią Rockstar Games, tylko… No, wciąż biegamy, ale sprintem, i to takim pozwalającym z łatwością prześcigać (lub spychać z drogi, jeśli dojdzie do kolizji) pojazdy, a samymi autami kierujemy w zasadzie tylko wtedy, gdy wymagają tego twórcy w trakcie konkretnej misji. Bo trzeba kogoś dokądś zawieźć, a nam wyłączono supermoce. No właśnie! Oprócz sprintu nauczymy się skakać tak wysoko, by jednym susem przesadzać budynki, a także biegać po ich ścianach, zamrażać przeciwników, by stali się bardziej podatni na obrażenia, podpalać ich, odrzucać i ogłuszać tupnięciem, posługiwać się telekinezą… Wszystkiego nie wymieniłem. Standardowe bronie (choć określenie “standardowe” jest tutaj nie na miejscu, ale nie będę wyliczał, czym możemy postrzelać) wciąż są potrzebne, spokojnie. I ogólnie to wszystko jest fajne, tylko że czyni rozgrywkę bardzo chaotyczną (szczególnie gdy przeciwnik też skacze po mapie i ciska w nas pojazdami, a my musimy za nim ganiać) i… prostą. Ewentualna trudność wynika co najwyżej z tego, że często trzeba zachować cierpliwość. Także ze względu na okazjonalne bugi, gdy np. nie pojawia się konieczny do dalszego postępu przedmiot albo “wcina” nam cel misji.

Saints Row IV 2017-07-05 21-52-53-78

O takim paradoksie jak misje “pościgowe” w którym trzeba się starać, by nie wyprzedzić tego, kogo się ściga (albo ów ktoś sam się zatrzymuje i czeka…), nie chcę nawet mówić.

Saints Row IV 2017-07-08 23-08-38-99

Dwie dodatkowe kampanie (Enter the Dominatrix, How the Saints Save Christmas) to zabawa na trzy godziny. Łącznie. Niewiele. Delikatnie mówiąc. Tym bardziej że są naprawdę ciekawe. Jednakże w drugiej napotkałem kilka problemów. Raz zaciąłem się między jakimiś pudłami i konieczny był restart gry, w ostatniej misji zaś okazało się, że do jej ukończenia wymagana jest umiejętność, której moja postać jeszcze nie zdobyła. Problem wynikał z tego, że dostęp do dodatkowej zawartości, uzyskiwany wraz z postępem rozgrywki w głównej grze, uzyskujemy zbyt szybko. Choć oczywiście nikt nie każe nam nad tych “nadprogramowych” misji wykonywać. No ale błąd twórców to błąd twórców.

Saints Row IV 2017-07-07 15-57-22-39

Nikt nie każe nam także bawić się (z) misjami pobocznymi w samym Saints Row IV. Spora część z nich, mimo że posiada stosowne briefingi, to pakiet opcjonalnych aktywności. Zhakuj sklep (prosta gra – powiedzmy – logiczna). Oczyść jakiś obszar (strzelanie). Przejmij hotspot (jeszcze więcej strzelania). Wygraj wyścig (bieganie). Wejdź na wieżę (%&##$@! skakanie). Wejdź do szczeliny (bieganie, skakanie lub rzucanie przedmiotami). Weź udział w programie Profesora Genki (rzucanie przedmiotami, pojazdami i ludźmi). Jeszcze harce z wirusami (w końcu to wirtualny świat), czyli znów strzelanie. Nie wspominam o rzucaniu się pod samochody, radosnej rozwałce na punkty (niekonieczie pieszej) i sam nie wiem, czym jeszcze. Trochę tego jest, ale większość z tych misji lepiej wykonuje się w locie. Właściwie dosłownie w locie, to znaczy w przerwach między kolejnymi szybowaniami nad miastem w poszukiwaniu umożliwiających dokupywanie ulepszeń do specjalnych umiejętności klajstrów. Poza tym można zbierać dzienniki dźwiękowe, które teoretycznie pozwalaja nam lepiej poznać towarzyszy, niszczymy posągi głównego złego, możemy zebrać fragmenty przygodówki tekstowej… Jest tego wszystkiego dużo, za dużo, dużo za dużo wręcz. Jeśli dodać, że sporą część wyznań możemy ukończyć z brązowym, srebrnym lub złotym medalem, co oznacza, że jeśli chcemy być perfekcyjni, niejednokrotnie będziemy musieli powtarzać podejścia. Jasne, są misje lojalnościowe (znów Mass Effect), całkiem ciekawe zresztą, ale myślę, że jeśli ktoś nie będzie się specjalnie wychylał poza główny wątek, to niewiele straci. Niestety. Chyba że zależy mu na zdobyciu możliwości kupna kilku umiejętności, zdobyciu dodatkowych broni, towarzyszy czy pojazdów, bo zawsze w jakiś sposób jesteśmy za nasze dodatkowe wysiłki nagradzani.

Saints Row IV 2017-07-16 16-30-40-81

Mam pewien problem z oceną tej gry. Wprawdzie jest w porządku, daje sporo frajdy, czasem potrafi rozbawić, ale i kilka bugów psuło roz(g)rywkę, w dodatku całość jest przeładowana powtarzalnymi aktywnościami, otwarty świat niespecjalnie wciąga, całość jest mimo wszystko zbyt łatwa, a jeśli porównać grę do kapitalnej części trzeciej, to…

(6+/10)

+ bezpretensjonalność i humor;
+ rozwałka;
+ więcej tego, co lubimy;
+ muzyka i jej dobór do okoliczności (“What is love” Haddaway, “The boys are back in town” Thin Lizzy, “I don’t want to miss a thing” Aerosmith);

– liniowe, niedające swobody misje;
– bardziej jak rozbudowany DLC i do trójki;
– przeładowanie wszystkim, czym się da;
– frustrujące sekwencje platformowe;
– niski poziom trudności (grałem na średnim, czyli na normalu).

* Oglądając jedynkę, zasnąłem. Bardzo szybko. Dawno temu. Film był wówczas emitowany wczesnym wieczorem, więc co każe mi przypuszczać, że zmorzył mnie on sam.
** Gra akcji tpp, polegająca na bieganiu od zasłony do zasłony, strzelaniu zza tychże i oglądaniu naprawdę dobrych filmowych przerywników, szumnie nazywana erpegiem.
*** No dobrze, nie można nazwać – o słodki paradoksie – wirtualnym miasta, które nie istnieje, ale to szczegół.:)

Z ręką na pulsie (#20): Avatarium, Dying Fetus, The Ruins of Beverast

Avatarium – Hurricanes and Halos
avatarium

Lubię, gdy zespół odchodzi od korzeni, bo zapuszczanie ich niekoniecznie jest czymś dobrym. Szczególnie gdy rzecz tyczy się zespołów metalowych. Dowodzone przez Leifa Edlinga z Candlemass Avatarium wydawało się dotychczas lżejszą wariacją jego macierzystej formacji, teraz powoli zyskuje tożsamość, zmierzając w podobnym kierunku co – powiedzmy – Baroness. Wreszcie wokale (nie wiedzieć czemu, przywodzące często na myśl… Pink!) nie brzmią jakby od czapy, a cały psychodeliczny klimat, co najwyżej lekko wsparty doommetalowymi wpływami, jest bardzo przyjemny. Chwytliwe refreny, ładne melodie, trochę progresji… Teoretycznie taka płyta na lato, ale prawdopoobnie nie zapomnę o niej, gdy ono przeminie.

Dying Fetus – Wrong One to Fuck With
dying fetus

Nabrałem pewnej ochoty na odświeżenie sobie twórczości znanej i lubianej grupy Torsofuck. Nie żebym był z nią szczególnie dobrze zaznajomiony. Nie z powodu tytułu płyty, który pasowałby bardziej do jakichś rapsów. Ot, luźne skojarzenie. Tęsknota. Bo Dying Fetus są w porządku, ten ich brutal death metal ma groove, jest zagrany jak trzeba, ale wciąż mam problem z całą stylistyką, jakże odhumanizowaną, wyzutą z emocji. A wspomniane w pierwszym zdaniu fińskie śmieszki to przynajmniej śmieszki. Nawet jeśli im samym nic o tym nie wiadomo. I jak zwykle: im wolniej, tym lepiej. Im szybciej i bardziej brutalnie, tym mocniej i częściej ziewam. Ale summa summarum jest w porządku.

The Ruins of Beverast – Exuvia
the ruins of beverast

Kolega polecał. Po raz pierwszy przed paroma miesiącami. Wtedy – wstyd przyznać – nie mogłem sobie przypomnieć, skąd znam nazwę. Ostatnio, całkiem niedawno, rekomendował tę konkretną płytę, a ja już wtedy mogłem powiedzieć, że nazwa obiła mi się o uszy przy okazji splitu nagranego z Urfaust. Chyba rozumiem, skąd jego entuzjazm. Jest w tym jakiś plemienny trans, niekoniecznie mi bliski, przywołujący odległe skojarzenia z Neurosis. A że on lubi taką Wardruną, której ja nigdy nie pojmę… No ale nieistotne. Na “Exuvii” są momenty kapitalne, ale trzeba na nie czekać, wyławiać je z tej dźwiękowej magmy… Nie to, że płyta jest zła, wręcz przeciwnie, tylko wolę death doom metal w bardziej melodyjnym ujęciu… A ów kolega, tak słowem podsumowania, śmiał się pogardliwie z wczesnej Katatonii. Właściwie nic nie mam do dodania.

Z ręką na pulsie (#19): Fides Inversa, Mesarthim, Vanum

Fides Inversa – Rite of Inverse Incarnation (ep)
fides inversa
Standardowa gra na chaos. Zespół jest z Włoch, a swój kraj reprezentuje bez wąpienia lepiej niż takie Rhapsody. Dwa utwory, które składają się na “Rite of Inverse Incantation”, to black metal brzmiący nieco po islandzku, na czasie. To istotne, bo i Fides Inversa ma konkretny staż. Jeśli tak miałby się objawiać południowy temperament, to nie mam absolutnie nic przeciwko.

Mesarthim – Presence (ep)
mesarthim.jpg
Liczyłem – po cichu, żeby nikt nie słyszał, bo to naiwne – na drugie Darkspace. Tymczasem sprawdzałem, czy przypadkiem nie włączyła mi się gdzieś w przeglądarkowej zakładce inna muzyka, która zagłuszyła tę właściwą. No ale ostatnio na przykład serwował klasykę black metalu, a zaraz potem rzeczy psybientowe i dysonansu nie było, więc nie i ma tutaj, gdy podobne rzeczy dzieją się na przestrzeni dwudziestu minut. Niewątpliwie najciekawsza z opisywanych dziś epek. Do pełni szczęścia – i realizacji potencjału – brak chyba tylko porzucenia ekstremy.

Posłuchać można tutaj.

Vanum – Burning Arrow (ep)
vanum
Mimo wszystko, jak na moje niewprawne ucho, “Burning Arrow” to pójście bardziej w melodie niż w atmosferę. Chwilami ociera się to wręcz o blackmetalową inkarnację Iron Maiden, ale to już naprawdę może być coś nie tak ze mną. Przydałby się lepszy wokalista (z drugiej strony, ten jest specyficzny), chociaż drugą Mgłą, amerykańską, raczej nie będą.

Posłuchać można tutaj.