Z ręką na pulsie (#17): Bjørn Riis, Guiding Lights, Pin Park

Bjørn Riis – Forever Comes to an End
bjorn riis

Zaintrygowała mnie okładka. Ba, nawet tytuł płyty! Może to nieuczciwe, ale z racji podjętej tematyki i poruszania się w estetyce progrockowej przyjąłem jako wzorzec porównawczy “Over” Petera Hammilla. Oczywiście Bjørn Riis wypadł wówczas słabo. Bardziej sprawiedliwe i uzasadnione byłoby zestawienie “Forever Comes to an End” z płytami Stevena Wilsona czy nawet Riverside. Gdyby jeszcze w założeniu była to plyta o niczym, to nie zwracałbym uwagi na wypranie z emocji i to, że operuje się tu samymi kliszami, a niewykluczone, że i ciągłe popisy instrumentalne może stałyby bardziej… na miejscu. Nie jest to zła muzyka (niestety?), ale nie wadziłaby, gdyby ją odtwarzać w supermarkecie.

Guiding Lights – New Ways to Feel Bad
guiding lights

Wygląda na to, że nie mam się do czego przyczepić. Nawet jeśli usłyszałem trzynaście razy tę samą piosenkę (a właściwie dwanaście razy, bo jest też krótki przerywnik), to była naprawdę dobra piosenka. I wbrew tytułowi, o co mimo wszystko nie mam żalu, sprawiła, że poczułem się lepiej. Może nie dobrze, ale właśnie lepiej. Melodie były chwytliwe, choć trudne do zapamiętania, docierały do mnie wprawdzie niezbyt optymistycznie wersy, ale nie czułem się nimi w żaden sposób dotknięty, a sama muzyka brzmiała miękko i przyjemnie. Dzięki takim płytom jak “New Ways to Feel Bad” można się przeprosić z szeroko rozumianym rockiem, choćby zadry były naprawdę głębokie.

Posłuchać można tutaj.

Pin Park – Krautpark
pin park.jpg

Pewnie dałoby się jeszcze oszczędniej, jeszcze mniej, jeszcze bardziej zapętlić i rozciągnąć, ale im dłużej się tego słucha, tym bardziej ta muzyka zyskuje. Poprzez to, jak… traci. Nie rozpada się, ale pochłania, choćby za sprawą samych pojedynczych dźwięków. Może to kwestia mojej początkowej nieśmiałości, naznaczonego obawą przekonania, że by docenić “Krautpark”, trzeba będzie sporej erudycji, o którą bym siebie nie posądził, ale szybko okazało się, że zwyczajowe emocjonalne podejście jest odpowiednie i wystarczające.

Posłuchać można tutaj.

Grałem w grę: Limbo (2010)

limbo

Branżę gier wideo nazywa się branżą elektronicznej rozrywki. Zapewne ma to sens i jest uzasadnione, ale rozrywka to nie coś, czego szukam w muzyce, filmie czy literaturze, a i dobrze, gdy uda się jej nie znaleźć w grze komputerowej. Tak jak w Limbo – logicznej platformówce duńskiego studia Playdead.

limbo 2017-06-14 13-01-55-66

Podoba mi się podejście twórców do opowiadania. Nie ma tutaj przerywników filmowych, cut-scenek na silniku gry, komiksowych plansz z dialogami, filmowych dialogów… Do poczytania mamy opcje w głównym menu (i neon z napisem “hotel” w samej grze), a króciutkich fragmentów, w których tracimy na moment kontrolę nad protagonistą i oglądamy, co się z nim dzieje (czyli najczęściej to, jak ginie), nie da się nazwać przerywnikami fabularnymi. Nawet tych bodaj trzech momentów, gdy przez kilka czy kilkanaście sekund oglądamy niewiele więcej niż statyczną planszę. A mimo to nie ma się poczucia, że próba doprowadzenia historii (?) do szczęśliwego (??) końca (?!) jest bezsensowna. Choć poczucie bezsensu – czy jak nazwiemy to uczucie – jest dojmujące i nieustanne.

limbo 2017-06-15 01-04-50-65

Miałem taki pomysł, by wynotowywać to, jak możemy w Limbo uśmiercić bezimiennego ludka, bo spokojnie samo wyliczenie miałoby objętość krótkiej recenzji, ale właściwie robi się tu wszystko, byleby uchodzić z życiem i nie czuć dyskomfortu, nie odwracać wzroku od ekranu, nie mieć swego rodzaju wyrzutów sumienia. A to niespecjalnie się udaje. Oprawa graficzna jest wysmakowana i ascetyczna, więc widać tylko tyle, ile widać, ale to jeszcze potęguje dyskomfort. Chwilami, jakkolwiek to brzmi, naprawdę nie da się na to patrzeć. Plus muzyka, skomponowana przez Martina Stiga Andersona, której – w wersji nieoficjalnej, zripowanej z samej gry – potrafiłem słuchać często i również robiła spore wrażenie. Właściwie wszystkie Punishery, Postale i Manhunty są przy Limbo lekkie i przyjemne. Właściwie tylko Call of Cthulhu: Dark Corners of the Earth potrafiło podobnie przytłoczyć.

limbo 2017-06-14 13-06-15-90

No ale to nie film tylko gra. Mimo wszystko. Zresztą po pewnym czasie wszystko się relatywizuje, więc to, że zaliczyliśmy kolejne bliskie spotkanie z piłą tarczową, co nie skończyło się dobrze dla kończyn naszego bohatera, zaczynamy przyjmować bez większych emocji. Toteż po prostu skaczemy i staramy się rozwiązać coraz bardziej złożone zagadki logiczne. Często musimy się wykazać w jednej sekwencji zarówno sprawnością umysłu, jak i refleksem pomieszanym z wyczuciem, bowiem bywa tak, że samo wpadnięcie na pomysł, jak przejść dalej, to za mało. No ale gra jest dla dorosłych, i to z całą pewnością, więc gdybym narzekał na poziom trudności, tobym właściwie przyznawał się do nielotnego umysłów i niezręcznych palców. Niemniej bywają momenty nieco frustrujące.

limbo 2017-06-14 12-59-45-43

Czasem musimy też sobie poradzić sobie z przeciwnikami, a nie mamy do dyspozycji żadnej broni, więc “walka” sprowadza się do całkiem efektownej (acz niezbyt dynamicznej – to nie Rayman Legends) ucieczki i oczekiwania, aż oponent wpadnie w pułapkę, o której wiemy, bośmy najpewniej sami w nią wcześniej wpadli. I tak ganiamy przez las, potem przez tereny bardziej industrialne, pełne wajch, zębatek, dźwigni i wind, przestawiamy skrzynki, później kombinujemy nawet, jak wykorzystać szalejącą i nieprzychylną nam jak wszystko inne w tej grze grawitację do własnych celów…

limbo 2017-06-14 12-55-03-89

Granie w Limbo nie sprawia przyjemności. Najmniejszej. W chwili, gdy to do człowieka dociera, produkcja Duńczyków tylko zyskuje. Na pewno nie jest to najlepsza platformówka, w jaką grałem, a takie nagromadzenie zagadek logicznych pewnie w niemal każdej innej grze szybko by mnie odrzuciło, ale warto było się zmierzyć. Czterogodzinne przeczołgiwanie bogu ducha winnego gracza.

Teraz czas na Inside.

(+7/10)

+ oprawa audiowizualna;
+ historia opowiedziana bez opowiadania;
+ w sam raz na depresję (gdyby ktoś nie miał);
+ brak przerostu formy nad treścią;

– bywa frustrująca;
– z jednej strony za krótka, z drugiej za długa.

Licho – Podnoszenie czarów (2017)

licho

Licho. Mało kto, a już na pewno nie osoby chcące uchodzić za poważne i rozumiejące ducha black metalu, brał ten projekt serio, stawiając go w jednym rzędzie ze kapitalnym w moim odczuciu Marliwem. Jeśli chodziło o to, by “Podnoszeniem czarów” coś komuś udowodnić, to myślę, że to się udało, a niedługo może się okazać, że oto mamy nową Furię, jeszcze bardziej furiacką w swej teatralności niż sama Furia. Wtedy zacznę słuchać postminimalistów, a płyty blackmetalowe spróbuję oddać miejskiej bibliotece.

Mogę na tym zakończyć tę recenzję? A jeśli nie, to czy mogę przeklinać? Ech, ma być z kulturą… Dobrze… Wzdycham głęboko.

Do licha!

Czekałem na tę płytę. Wieść o niej dotarła do mnie niedawno, a że od razu chciałem sprawdzić, czy uchylono już rąbka tajemnicy i można poznać choćby fragment, to sam sobie tę radość niecierpliwego oczekiwania natychmiast odebrałem wraz z pierwszym przesłuchaniem “Siania”. I nie wspomnę o żadnym ziarnie niepewności, bo właściwie już miałem pewność. Pewność, że to nie płyta, na którą czekałem. Licho na demówce (“Licho”, 2011) i splicie z Duszę Wypuścił (“Jak naprawić duszę ludzkości?”, 2013) było taką osobną jazdą niejakiego Szturpaka, wspartego na płytowym debiucie (“Pogrzeb w karczmie”, 2014) przez basistę Artura Tabisza i Dominika Gaca, który pisał teksty, a teraz stało się pełno(s?)prawnym zespołem. Tu powinienem spuścić na całość zasłonę milczenia. Nie wiem, dlaczego Szturpak, który swoim kruczym wokalem umiał w osobliwy sposób oddać przaśnego, jarmarczno-wódczanego ducha słowiańskości, będąc przy tym naturalny i ujmujący, oddał mikrofon panu dzierżącemu dotychczas – przyznaję, z powodzeniem – pióro. Teraz niewypał jest podwójny. W warstwie pożal-się-boże-literackiej coś między Furią (“poetyckość”) a projektem Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi (poetyka), tylko odpowiednio gorsze (a już poziom wzorców wzorcowy nie jest, i to delikatnie mówiąc), a z wokalami to jest tak jak z klubem piłkarskim, który z powodu utraty płynności finansowej zostaje w jednej chwili zdegradowany z rozgrywek ekstraklasowych to tych na szczeblu regionalnym, półamatorskim, nie tracąc jedynie swojego szyldu. Muzycznie to jest tak wyprane z charakteru i mocy, że sam nie wiem, czy to aby nie jakaś postmodernistyczna zabawa, której nie rozumiem, bo jestem za cienki w uszach na tak inteligentne i wysublimowane gry z odbiorcą. Niewykluczone też, że to efekt mojego zblazowania lub przesytu podobną stylistyką.

Albo to taki teatrzyk. Z odpustowymi diabełkami, sztuczną krwią i naturszczykowską obsadą. No ale teraz już można normalnie. A jak nie, to stawiam krzyżyk i krzyżyk na drogę.

Post black metal. Dla wegan.

Płyta leży sobie tutaj. Jeśli ktoś koniecznie chce i musi, to proponowałbym zacząć od końca, od “-“, czyli od tego, co najlepsze i nadal bardzo złe. Jeśli literacko podejdzie, byle nie do gardła, można iść dalej. I brnąć, i grzęznąć.

Z ręką na pulsie (#16): Mitch & Mitch & Kassin, Ramona Rey, Sorja Morja

Mitch & Mitch & Kassin – Visitantes Nordestinos
mitch & mitch

To dźwięki z nieco wyższego rejestru niż ten, do którego przywykłem, nawet jeśli podane z lekkim przymrużeniem oka, ale skoro zdołałem (po nie) sięgnąć, to… No i nie jest tak, że na coś trzeba przymknąć oko. Taka skupiająca na sobie uwagę muzyka relaksacyjna. Kto wie, może nawet – że posłużę się wyczytanym gdzieś ongiś sformułowaniem – wyciszająca niepokój serca… Spełnia zatem funkcję utylitarną, a i to, że mogłaby rozbrzmiewać w hipermarketach czy galeriach handlowych, nie jest niewyszukaną złośliwością. Łatwo byłoby wówczas sprawić, że klienci trochę pokrążą sklepowymi alejkami. Inna sprawa, że mogliby zapomnieć, gdzie są i co tu robią. Ujmę to tak: chyba sprawdzę, jak Mitch & Mitch odświeżyli – wraz z autorem – debiut Zbigniewa Wodeckiego. A to już naprawdę coś znaczy.

POSŁUCHAJ

Ramona Rey – 4
ramona rey

Intrygujące i irytujące. Artystyczne i arystowskie. Płynne i rozedrgane. Przyciągające i odpychające. Jednocześnie coś w tym jest i nie ma nic. Przez każdy utwór musiałem przejść, musiałem się przedrzeć, sztuka wytrwania za każdym razem była sztuką. Nie bardzo wiem, co myśleć, bo przecież się udało. Wcześniej unikałem Ramony Rey, w czym niewątpliwa zasługa urzeczonych wokalistką redaktorów serwisu Porcys. Myślę, że nie mieli rację. To znaczy mieli. To znaczy ja miałem. Nie wiem, czy coś straciłem. Wtedy i teraz. Jakoś pasuje mi ukute spontanicznie hasło “L.U.C polskiego popu*”. A co – i ile – to znaczy, trzeba samemu osądzić. Dobrze, że przynajmniej używa zasobu leksykalnego ze słowników. Chociaż tym tekstom dobrze robi to, że tylko są. I nadal wolę Reni Jusis.

Łatwo można ocenić “4” skrajnie, a to, że raczej oceniłbym skrajnie źle, zupełnie o niczym nie świadczy.

*No przecież nie “polska Kate Bush”.

POSŁUCHAJ

Sorja Morja – Sorja
sorja morja
O, i to rozumiem. Także tak po prostu. Nie czuję zmęczenia, zażenowania ani irytacji. Nawet śpiewanie tak bezpretensjonalnych popowych piosenek jest niebezpieczną zabawą, swoistym balansowaniem na krawędzi, gdy śpiewa się w języku polskim, ale tu wychodzi to na tyle dobrze, by nie utyskiwać. “Sorja” to naprawdę dobry pomysł na spędzenie dwudziestu trzech minut i dwudziestu trzech sekund. I oczywiście, jak to zwykle bywa, najlepsze zostaje na koniec (“Śmierć”), więc nie ma co odpuszczać wcześniej.

nieznane / zapomniane: Klaudiusz Ševković – Optymista (2004)

klaudiusz sevkovic

Zjawiska w polskiej muzyce bywają naprawdę… zjawiskowe. Zwykłem się im bacznie i dobrodusznie przyglądać, ale było to w innym życiu (albo po prostu za życia). W reinkarnację nie wierzę, w powroty też przestałem, ale to jedno można odtworzyc, (przy)wrócić. Patrzeć optymistycznie się nie nauczę, ale może przestanę się oglądać za siebie. Zamiast bowiem kontemplować ruiny i łuny znad spalonych mostów, lepiej posłuchaj muzyki.

“Już chyba nic nie zdziwi mnie / nie zaskoczy mnie nic” – zaczyna swoją opowieść Klaudiusz Ševković, ktoś w komentarzu na Youtubie retorycznie zapytuje, dlaczego mu się to nieironicznie podoba, a ja pytań nie mam. Postać powinna być znana Czytelnikom, ewentualnym usprawiedliwien może być najwyżej data urodzenia przypadająca na przełom XX i XXI wieku lub późniejsza i przegapienie pierwszej rodzimej edycji Big Brothera. W takim wypadku, by mieć szerszy ogląd i kontekst, sugerowałbym sięgnięcie po dwa ostatnie filmy Jerzego Gruzy, bowiem rodzima kinematografia prędko nie dostarczy nam podobnych perełek. A wracając do tematu, bo znów zaczynam słowotok… Kto nie zna “Pokręciło się w głowie” Norbiego, zaprezentowanego tutaj w odświeżonej z udziałem autora wersji? W kimże nie obudzą się nagłe a palące uczucia patriotyczne, gdy usłyszy hymniczną pieśń ku chwale polskich piłkarzy nożnych, którzy przed piętnastoma laty tak wspaniale reprezentowali nasz kraj podczas mistrzostw świata w Korei i Japonii? Tym bardziej że to inspiracja dla kolejnego pokolenia twórców. Kto nie tupnie nóżką do zamykającego “Optymistę” folkowego songu “Country is the best”, cudnie trawestującym utwór “Prawy do lewego” wiadomego duetu, krytycznie odnosząc się do mody (“przebój za przebojem / ludowe stroje / biznes się kręci / w kasie pełno jest”), by pokazać, czym jest prawdziwa muzyka ludowa? Czy znajdzie się taki, co nie uroni łzy z powodu głębi i życiowości refleksji zawartych w “Nie zmienisz losu”, gdy uświadomi sobie prostą prawdę zawartą w tytule, popartą kilkoma wyartykułowanymi wprost wersami? Czy “To co najważniejsze” nie mówi o tym, co najważniejsze, i czy właśnie nie należy tego szukać “w sercu na dnie”? Czy będący swoistym follow-upem do przeboju Shazzy “Wszystko co chcesz” nie jest wszystkim, czego można chcieć?

Tak, znam tę płytę. I nie poznałem jej wczoraj. Ševković to niezbyt polskie nazwisko (ale przyganiał kocioł garnkowi czy coś), jednak muzyka jest nasza. Nieco rubaszna i prostolinijna, ze wszystkimi naszymi przywarami, z nutką melancholii i zadumy, ale z gruntu dobra, pozytywna. Zanim to, co osobliwe, zaczęło wypływać na Youtubie, tacy artyści (‘artysta” to pojemne pojęcie, jakby co) mieli trudniej. Może gdyby było inaczej, usłyszelibyśmy kontynuację “Optymisty”. Dziś taka muzyka triumfalnie wróciła pod strzechy, ale gdzie tym wszystkim prostym panom, wyśpiewującym seksistowskie teksty pełne niewyszukanych aluzji wiadomej natury pod ordynarne podkłady, do pana Klaudiusza… Dlatego trzeba wracać, nie zapominać.

Płyty posłuchać można tutaj.

Anathema – The Optimist (2017)

anathema

Mógłbym zacząć tę recenzję jakże oklepaną frazą o koniu z encyklopedii Chmielowskiego, co załatwiłoby także kwestię podsumowania. To dałoby pole do popisu i pozwoliło wykorzystać jedną z metod pisania wstępu, polegającej na zadawaniu ciągu pytań, na które autor śpieszy udzielić po chwili odpowiedzi, a przy okazji pochwaliłbym się, jakie to związki frazeologiczne o tych zwierzętach znam i dałbym radę w całkiem zabawny, pasujący do kontekstu (i rytmu) sposób zastosować. Spróbuję jednak inaczej.

Jak ktoś wywodzi się z całej tej rzeszy wrażliwców – czy to ze względu na wychowanie przez Tomasza Beksińskiego, czy z powodu “samowolnego” wsiąknięcia w “klimaty” – to do kolejnych płyt Anathemy może podchodzić z sentymentu. Nie do końca wiem, jak to działa, bo w moim przypadku wystarczy chwila racjonalnej refleksji, by spostrzec i orzec, że czasy świetności tego zespołu przeminęły jeszcze w ubiegłym tysiącleciu (nie wskażę konkretnej cezury – ta jest bezpieczniejsza, mniej polemiczna), a sama skłonność do progresji nie okazała się… progresywna. A mimo tego sięga się po to, co tam nowego wypuszczą. Taki dziwny upór i przekładająca się widocznie także na sympatie muzyczne – nawet jeśli są dawne i zdążyły wygasnąć – wierność.

Właściwie mam ochotę, być może nieco (się) tłumacząc, popisać o tytułowym utworze z ich poprzedniej, bez cienia wątpliwości nieudanej płyty, “Distant Satellites”. Otóż było to “Again” Archive w wersji apatycznej (ogromny plus!), wyzute z kiczowatego nadęcia i “trójkowego” artyzmu, z(a)warte w niesłusznie krótkiej formie (osiem minut), której nie uzasadniał nawet wałkowanie refrenu milion razy, bo taki refren mogli wałkować dwa lub trzy miliony razy. Ku chwale własnej i mojej uciesze. To obok “Angeliki” najlepsze, co nagrali. I nikt nie przekona mnie, że czarne jest czarne, a białe jest białe jest inaczej.

Chętnie bym też wspomniał o milionie innych rzeczy, które nikogo nie interesują, bo lubię wydobywać z rzeczywistości to, co pozornie nieistotne, samą próbę opisu traktując jako swoistą wprawkę i ćwiczenie sprawności wysłowienia, co nie zaszkodzi, a nawet może pomóc, ale o “The Optimist” pisać nie mam ochoty. Jest trochę jak nowe logo zespołu, “zdobiące” jej okładkę, czyli niepotrzebna. Tak poprawna, jakby rzecz zasadzała się na tym, by niczego nie wyrazić, niczego nie zawrzeć i nie ująć, nijak nie oddziałać. Jeszcze “Leave it behind” zapowiada, że może jednak przegną w drugą stronę i będą nieprzekonująco emocjonalni, nagrają drugie “Judgement”, ale nie. Kiedyś to były smutasy, takie romantyczne smutasy, później tylko smęcące smutasy, w ostatnich latach może nie wesołki, ale już nie ludzie, którzy mają co z siebie wyrzucić (wyjątkiem wspomniany w poprzednim akapicie utwór, ale jak czytałem w wywiadzie, to odkopany i dokończony staroć). Najgorsze, że to wcale nie jest zła muzyka, nawet wpada w ucho (choć nie zapada w pamięci), tylko że będę uparcie podnosił, iż pozbawienie sztuki wyrazu i grzęźnięcie wraz z nią w przeciętności zaprzecza sensowi tworzenia. “The Optimist” to taki zbiór lekko mdłych wprawek, takie przygrywki i plumkanie niebudzące żadnych emocji.  Czyli to, czego można było się spodziewać.

Z ręką na pulsie (#15): Danziger, EABS, Radosław Kurzeja

Danziger – Danziger EP
danziger

Nie wyrosłem z punka, ale to dlatego, że nigdy punkiem nie byłem. I mam jeszcze takie skrzywienie, że podobnie jak z rapem, jeśli już mam słuchać takiej muzyki, to niech mi tacy artyści mówią o (swoim) świecie w naszym języku. Ale ta epka to tylko siedem minut i pietnaście sekund muzyki, trzy utwory (w tym jeden po polsku), więc nawet mimo swoich quasipograncznych zaburzeń / pogranicznych quasizaburzeń słucham melodii, śpiewania i uładzonego buntu zwyczajnie bez emocji. Nie mój świat, nie mój głos, nie moja muzyka. Podróż w czasie z jednoczesnym poczuciem bycia zramolałym dziwakiem.

POSŁUCHAJ

EABS – Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda)
eabs

Nie chcę udawać, że jestem wytrawnym znawcą twórczości Krzysztofa Komedy, bo moje zorientowane nie wykracza zbyt daleko poza świadomość rangi nazwiska. Rzucając szablonowe o świeżości odczytania, odwadze zmieszanej z pokorą i twórczej reinterpretacji, byłbym zwyczajnie skłamał. Gorączkowe próby dotarcia do źródeł to tylko wtórny zabieg, ale z drugiej strony, nikomu niczego nie implikując, musi być więcej takich jak ja. Osób, dla których “Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda)” posiądzie walor edukacyjny i poznawczy, a nie pozwoli jedynie upajać się własną muzyczną erudycją. Sam będę musiał w końcu się zabrać za Komedę, a skoro ta płyta potrafi do tego w nienachalny i przekonujący sposób zachęcić, to niewątpliwie jest wartościowa. I mogę z czystym sumieniem ją polecić. Na razie tylko ją.

POSŁUCHAJ

Radosław Kurzeja – Noce
radosław kurzeja

Byłem kupiony po paru chwilach. Ale o ile sam moment wejścia do tajemniczego świata – że posłużę się banalną, ale pełną uznania dla autora “Nocy” metaforą – robi wrażenie, o tyle poruszanie się w nowej rzeczywistości, jej percypowanie i pojęcie okazuje się niełatwe i… niepełne. Nieustannie coś się czai, coś się przeczuwa, a nie można wyjść poza aktualnie postrzegany fragment. Poza ten fragment gruntu, którego dotyka się właśnie stopami. Człowiek porusza się powoli i po omacku. Niepewnie ale z nieustającą ciekawością. Te elektroniczne poszukiwania bez wątpienia dokądś prowadzą. Przynajmniej gdy idzie o samą wartość muzyczną dzieła. O tym, dokąd zawiodą słuchaczy, trudno powiedzieć, bo drogowskazy w postaci samych tytułów utworów nie muszą “programować” wyobraźni i doznań. I nawet jeśli na niebie świecą gwiazdy, to i tak mamy nów, a co za tym idzie, niewiele światła.

POSŁUCHAJ

Stachursky – Vademecum DJ’a

Korba!
Jazda!
Amok!
Chłosta!
Dopał!
Rwanie!
Faza!
I zgon!

Ref: Mej dyskoteki szał
Gorących, młodych ciał
To wszystko tu dostaniesz
Gdy z nami dziś zostaniesz

Korba!
Jazda!
(…)

Chcecie muzę?
Chcecie światło?
Chcecie laser?
Chcecie wódkę?
Chcecie dym?
Z tego słynę
To na pewno Was nie minie

Korba!
Jazda!
(…)

Ref: Mej dyskoteki…

Korba!
Jazda!
(…)

Ref: Mej dyskoteki…

Dla porządku i z chęci zachowania staranności wypada najpierw przyjrzeć się samemu tytułowi. Jak podaje Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego, “vademecum” to “książka-poradnik, przewodnik, informator w określonej dziedzinie; kompendium”. Kim jest DJ, chyba wyjaśniać nie muszę. Sądzę jednak, że tekstu utworu, zasugerowawszy się tytułem, nie należy odbierać jako swoistej instrukcji dla kogoś, kto chce zająć się oprawą muzycznej imprezy: czy to odbywającej się w ekskluzywnym wielkomiejskim klubie, czy w specjalnie na taką okazję przygotowanej stodole we wsi pod Radomiem. Ten tekst nie jest godzien tak powierzchownej interpretacji, tym bardziej że należy mieć na uwadze to, kto jest jego autorem.

Tak więc do rzeczy. Należy zacząć od tego, że tekst ma szeroki, uniwersalny wymiar i jest ironicznym krzykiem rozpaczy wobec XXI-wiecznej rzeczywistości. Zaczyna się od ośmiu starannie dobranych i uporządkowanych rzeczowników, które dzięki takiej a nie innej kolejności tworzą misternie wypleciony łańcuch gorzkich i zdystansowanych refleksji na temat tego, co dzieje się we współczesnym świecie, jak bezrefleksyjnie dąży on ku samozagładzie. By nadać im ironiczny, a zarazem bardziej sugestywny wymiar, są one wygłaszane z perspektywy kogoś, kto jest odpowiedzialny za ów stan rzeczy (tego dowiadujemy się wprawdzie dopiero w refrenie, ale jest to kwestia kluczowa dla całej interpretacji, więc wspominam o tym już w tym miejscu). Dla większej przejrzystości przytoczę te rzeczowniki kolejno od myślników:
– korba – symbolizuje narzędzie, za pomocą którego ktoś – siła wyższa? (nad)człowiek? – “napędza”, “rozkręca” rzeczywistość; sprawia, że wszyscy wokół zaczynają gonić ślepo przed siebie, nie mając pojęcia, czemu właściwie to robią;
– jazda – okrzyk o bardzo dużym ładunku ekspresji (co zostało zresztą świetnie oddane wokalnie), wyrażający samozachwyt podmiotu i absolutną aprobatę dla tego, co uczynił;
– amok – słowo, które w sposób absolutnie doskonały oddaje to wszystko, co dzieje się na co dzień na naszych oczach, a co jednocześnie jest skutkiem działań podmiotu lirycznego;
– chłosta – chodzi tu nie o sprawiania fizycznego bólu, a o to, co przeżywają serca, dusze i rozumy  zwykłych ludzi; podobnie jak w przypadku poprzedniego słowa, niemożliwym jest wyrażenie tak głębokiej socjologicznej diagnozy w równie dobry, a przy tym w tak lapidarny sposób;
– dopał – zakomunikowanie, że ktoś lub coś nadal kręci \”korbą\”, koniec jest coraz bliższy, ale nikt nie zdaje sobie z tego sprawy, więc szaleńcza gonitwa trwa, a korbacz (ten, kto używa korby:D) zaciera ręce, nie ustając w swych wysiłkach;
– rwanie – chwila refleksji, refleksji krótkiej, [u]rwanej, wręcz niewychwytywalnej, której jedynym śladem w świadomości jest smuga myśli, którą bardzo szybko rozwiewa wiatr czasu (poniosło mnie, ale to skutek obcowania ze Sztuką (zbyt) Wysoką);
– faza – pogłębiona, dłuższa refleksja; niestety, zbyt późna;
– zgon – smutny koniec jednostki uwikłanej w rzeczywistość będącą dziełem podmiotu; by wzmocnić wymowę tego słowa, podkreślić jego moc i ukazać, że “zgon” wynika z następujących po sobie ciągów: działań “odgórnych” (“korba / jazda|), skutków owych działań (“amok / chłosta / dopał”) i niedostatecznie szybkich refleksji (“rwanie / faza”), autor używa spójnika “i” (“i zgon”);
Jak widać, Stachursky nie jest optymistą i ani mu w głowie snucie wyidealizowanych, idyllicznych wizji. Jedni nazwą to racjonalizmem, inni – hiperbolizowaniem rzeczywistości. Trzeba jednak pamiętać, że nie mamy do czynienia z pierwszym lepszym wierszokletą-grafomanem, a z poetą klasy światowej, który nie chwyta za pióro dla zabicia czasu lub przyjemności. On nie używa bylejakich słów, przez niego przemawia poezja, w której rękach jest narzędziem. To wystarczający powód, by spijać je z ust Wieszcza.

Przejdźmy do refrenu. W jego pierwszym wersie pojawia się “dyskoteka” i jej “szał”. Wszystko to należy do podmiotu lirycznego (zaimek dzierżawczy “mej”). Oczywiście dyskoteka nie jest dyskoteką, a światem, który jest kreacją wspomnianego podmiotu. Tu zresztą ujawnia się jego cynizm, gdyż w poprzedniej strofie obraz rzeczywistości został przez niego odmalowany obiektywnie i zgodnie z prawdą (choć, przyznam, w sposób niezwykle enigmatyczny), a tu mamy do czynienia z kuszeniem, co pozwala nam na zaryzykowanie stwierdzenia, iż owym kusicielem może być szatan. A co ma on nam do zaoferowania? Świat przyciągający swym pięknem (wyraźne nawiązanie do wszechobecnego kultu piękna i młodości, który z ogromną pasją “proponują” nam współczesne media), beztroską, feerią tęczowych barw i oślepiającym blaskiem – słowem: tym, co nie pozwala nam pozostać obojętnym. A przecież przeszło dekadę temu niejaki Kazik Staszewski (postać nieistotna, jeśli porówna się ją ze Stachurskim, ale podobno dość popularna, a przez niektórych nawet lubiana) ostrzegał, a wręcz nakazywał: “nie patrzaj w blask, który świeci, bo świeci odbiciem tylko”.

W ostatniej ze strof utworu podmiot zwraca się bezpośrednio do tłumu. Kieruje do niego kolejne pytania o to, które mają na celu jego “wybadania” i zaspokojenie potrzeb, które zostały, nawiasem mówiąc sztucznie (właśnie przez owe pytania) wytworzone. Ponadto nie chodzi tu o działania dla czyjegokolwiek dobra, lecz o zupełnie zniewolenie ludzi, którzy dopiero co ulegli kuszącej wizji świata. Dlatego gdy słyszymy pierwsze pytanie (“chcecie muzę?”) i gromką, twierdzącą odpowiedź (“yeah!”), to już wiemy, że nie ma odwrotu i żadnej z tych osób nie pomoże choćby najgłębsza refleksja i najszczersza chęć wyjścia z bagna, w którym się znalazła. By mieć pewność, że tak będzie, proponuje im kolejne rzeczy, za pomocą których podmiot potwierdza swoją supremację. Są to:
– muza (ogłusza),
– światło (oślepia),
– laser (również oślepia),
– wódka (ogłupia),
– dym (dusi, uniemożliwia widzenie i orientację w świecie),
Oślepiony, ogłuszony, ogłupiony i pozbawiony zmysłu powonienia tłum zostaje pozostawiony sam sobie i jest skazany na łaskę i niełaskę swego kusiciela-ciemiężyciela. Ten zaś, niczym Chochoł w “Weselu” Wyspiańskiego, prowadzi barwny korowód ku piekielnym czeluściom.

I w tym momencie kończy się tekst, a więc również i moja praca. Jestem naprawdę ciekaw, czy Stachursky nie czuje się tak jak Konrad, bohater dramatu “Dziady cz. III” Mickiewicza. Powiadał on tak:

Samotność – cóż po ludziach, czym śpiewak dla ludzi?
Gdzie człowiek, co z mej pieśni całą myśl wysłucha,
Obejmie okiem wszystkie promienie jej ducha?
Nieszczęsny, kto dla ludzi głos i język trudzi.

Dlatego sam daleki jestem od stwierdzenia, że w pełni odkryłem i przedstawiłem sens utworu “Vademecum DJ\’a”, ponieważ by móc zrozumieć geniusza, samemu trzeba być geniuszem.

Dwa wieki temu mieliśmy Słowackiego i Mickiewicza i do dziś ciężko stwierdzić, kto z nich był większym poetą. Teraz tego problemu nie ma, bo żaden wierszokleta nie jest w stanie stanąć w szranki ze Stachurskim.

Dlatego pisz, Jacku, pokrzepiaj nas, pouczaj i wskazuj nam, niegodnym, drogę przez nasze marne żywoty. Pokornie słuchamy.

POSŁUCHAJ

———-

Tekst archiwalny.