Michał Witkowski – Wymazane (2017)

michał witkowski.jpg

Nie wierzę prozaikom. Wniosek ten formułuję po raz pierwszy, a że nie czynię tego w formie wierszowanej, to niedowierzanie nie będzie reakcją w złym tonie. Nie dalej jak wczoraj – a właściwie to dalej, bo przed trzema dniami, ale tak brzmi się mówi – próbowałem bezskutecznie wskazać z nazwiska autora prozy, którego ceniłbym sobie szczególnie. Na myśl, raz za razem, przychodziły takie, które kojarzyć można raczej z poezją i dramatem. Wolę pomyśleć – albo przynajmniej sugerować – że nie jest to spowodowane faktem przeczytania w życiu zawstydzająco małej liczby (bo przecież nie ilości) książek.

Michałowi Witkowskiemu zaufałem. Niewiele mnie to wówczas kosztowało, bo zgarnąłem “Zbrodniarza i dziewczynę” w jakiejś wyprzedaży, ale jak to z zaufaniem zwykle bywa, prędzej czy później zostanie zawiedzione. I właściwie za każdym kolejnym razem, kiedy chciałem więcej – albo dawałem ostatnią drugą szansę – mogłem jedynie zachodzić w głowę, co też ja w nim widziałem.

Oczywiście przesadzam. Nie chcę za to przesadzić z przytaczaniem fabuły – na szczęście dość pretekstowej – bo tego nie lubię i unikam. Zawsze będę wspominał sytuację, kiedy chciałem obejrzeć w telewizji któryś z filmów Kieślowskiego, co zresztą zrobiłem, a dwuzdaniowe streszczenie w programie objęło tę pozycję w tak, że autorowi udało się zdradzić CAŁĄ fabułę obrazu. Gratulacje.

“Wymazane”, najprościej rzecz ujmując, wydaje się książką Michała Witkowskiego napisaną przez Michała Witkowskiego. Nie autoparodią. Raczej czymś w rodzaju stylizacji na samego siebie. Fanfikiem z nieistniejącego uniwersum pióra osoby, w której umyśle owo uniwersum się stwarza. Można odnieść wrażenie, że szło zbyt dobrze, by mogło się udać. Być może wcale nie, być może całość rodziła się w bólem, ale jest z nią tak, jakby powstała mimochodem, a to z reguły – tak myślę, mam prawo – nie wróży nic dobrego. Nadal mnóstwo tu dygresji, wycieczek w odległą przeszłość, braku istotnego skrępowania, ale to już było, wszystko było, a to, co mamy, nie bardzo zaskakuje, nie może zaszokować.

Autor nie ma kompleksu prowincji, zapewne dlatego, że na to, co obce i egzotyczne, patrzy ze wskazanego w obserwacji zjawisk egzotycznych i obcych dystansu. By podać banalny przykład, taka “Piaskowa Góra” Joanny Bator była ze względu na ów kompleks pisarki rzeczą absolutnie nieczytelną (tj. nienadającą się do czytania). Tytułowe Wymazane, znamiennie nazwana fikcyjna miejscowość położona na północ od Suwałk, jest w istocie fikcyjna. Nie ma w niej, podobnie jak w mieszkańcach tejże, romantyzmu czy magii, ale też nie o to chodzi, by była. Nawet w takim miejscu zachodzi podział na lokalizacje – powiedzmy – bardziej i mniej prestiżowe, który wyznacza płynąca tamtędy rzeka. Może tylko nieco na siłę wszystko musi być w całej tej szarudze i beznadziei osobliwe i jakieś.

Główny bohater jest interesujący. To taki piękny chłopaczek, zresztą o nazwisku Piękny, Damian Piękny, któremu mało tego, że urodził się i żyje w miejscu, do którego z racji swojej światowej (a przynajmniej warszawskiej, wszak nasza stolica jest jakąś mityczną krainą) urody nijak nie przystaje, to jeszcze fizycznie pociągają go tylko – przepraszam za dosadność określenia, ale jest ono w duchu książki – stare baby, będące jednocześnie zbiorowym adresatem dedykacji “Wymazanego”. Ale nie dokończyłem. Zatem jest interesujący. Z perspektywy autora. Gdybym był Michałem Witkowskim, tobym pewnie z chęcią stworzył pozycję, której głównym bohaterem uczyniłbym właśnie taką postać. Szkoda, że sam Witkowski pojawia się jedynie w epizodzie – fakt, że kilkakrotnie przywoływanym (przyjeżdża na spotkanie autorskie do biblioteki w Wymazanym, która to biblioteka w momencie dziania się zasadniczej fabuły już nie istnieje) – bo według mnie jest zdecydowanie najciekawszą osobą, jakie pojawia się w jego prozie. Potrafi napisać – czy też wykreować – siebie w sposób niezwykle ujmujący i brawurowy. Do czegokolwiek, co albo ma pozór zmyślenia, albo pozbawione jest pozoru prawdy, nie ma ręki i szczęścia.

Nie będę się denerwował. To niezła książka, przyzwoita. Tylko że akurat od Michała Witkowskiego nie oczekuję, by pisał książki przyzwoite. Nadal wierzę, że facet ma zbyt duży potencjał, by tak nonszalancko go trwonić. Albo złośliwie ukrywać. Dlatego zamierzam wrócić do zarzuconego – nie wiedzieć czemu – “Lubiewa” (lekturę wielu książek kończę, zanim ją zacznę, no offence), a o tej pozycji – i tak zdecydowanie lepszej od “Margot”, a chyba nie gorszej niż osławiony “Drwal” – nie będę (nie)długo pamiętał. No, może poza samą końcówką, klamrą, bo tu świetnie udało się ukazać pewne przenikanie. Niestety przenikliwość całości, mimo erudycji i poczucia humoru autora, jest dość pozorna. Trochę szkoda.

(Michał Witkowski, Wymazane, Kraków 2017)

Advertisements

Iperyt – The Patchwork Gehinnom (2017)

iperyt.jpg

Ludzie lubią zabierać głos. Szczególnie wtedy, gdy mogą go zabrać dosłownie. Komuś, kto zajmuje stanowisko. Musi się to wiązać z przekrzykiwaniem, konfliktem, negacją. Niepełna samoświadomość nie pozwala co niektórym zastosowanie się do znanej Twainowskiej myśli, toteż nie budzą żadnych wątpliwości. Zresztą sami ich nie mają. Przez to najłatwiej do uszu tych, którzy wątpią, docierają ekstrema, a nie chciałbym rozwijać ostatniego słowa przed przecinkiem o jedną sylabę. By mieć spokojne sumienie, a przy okazji wykazać się przewrotnością, stwierdzę, że “The Patchwork Gehinnom” niespecjalnie mi się podoba. Teraz mogę przejść z powrotem do dygresji.

Do katowickiej grupy Iperyt mam pewien sentyment. Chętnie bym się z niego wytłumaczył, gdybym umiał zracjonalizować sam sobie, skąd się bierze. Pamiętam ich z samplera Agonii, wydanego przed jedenastoma laty, który był całkiem do rzeczy materiałem, choć oczywiście reklamowym. Patrzę sobie na nazwy: Thuderbolt, Infernal War, Urgehal – nie byle co. Trochę wody w Wiśle upłynęło (w pobliskich ciekach wolnych podobnie), czara goryczy niejednokrotnie się przelała, a nasi bohaterowie zdążyli – wszak mieli na to ponad dekadę – wydać w międzyczasie drugi album i uderzyć (z) trzecim.

Pytanie, czy to rzeczywiście cios. Trudno powiedzieć, jak czas (i)ma się do takiej muzyki, bo proste stwierdzenie, że nikogo już to, co się tu wygrywa, nie szokuje, to zbyt oczywiste pójście na łatwiznę nawet nawet dla mnie. Zresztą może ówcześni nastolatkowie którzy wrastają właśnie w ekstremalny metal, by jeszcze szybciej z niego wyrosnąć, puszczają ze smartfonów koleżankom z subkultury normalsów te industrialno-blackowe pociski, a zawsze znajdą się osoby, na których zrobi to – odpowiednio złe – wrażenie. Sam lubiłem prezentować niezorientowanym utwór tytułowy z debiutu, by sprawdzić, by wprowadzać zamęt i dezorientację.

A co teraz? Nikomu nie stałaby się wielka krzywda, gdybym zapomniał o omawianej (dobre sobie!) płycie po kilku dniach. Autoparodystyczne, karykaturalne brzmienie bawi, ale jest do przełknięcia. Chyba że oczekuje się sonicznej zagłady czy czegoś podobnego. Coś podejrzewam, że podobne doznania czekałyby mnie wtedy, gdy puściłbym sobie jednocześnie Godflesh i Behemotha, ale sprawdziłem to jedynie nieśmiało. Trzeba oddać katowiczanom, że grają szybko. Mimo zawrotnego tempa, potrzeba im aż czterdziestu pięciu minut.

Wczoraj wrzuciłem sobie przed snem płyty Infernal War i Azarath. Spałem dobrze. Gdybym miał z tym problemy, mógłbym dopisać sobie do listy “The Patchwork Gehinnom”. To nawet nie chodzi o to, że płyta jest dramatycznie zła. Właściwie im większa programowo bezkompromisowość i brutalność, tym większa nuda. A wystarczy zwolnić, pomyśleć, przycichnąć, by od razu było lepiej. Jak w melodyjnym (tak, tak!) finale płyty, do którego pewnie będę wracał. Pamiętając, by mierzyć zamiary na siły, resztę już sobie daruję. Jeśli przemawia do Ciebie niekoniecznie bezpretensjonalna prostota i dość oklepana dosłowność, to czemu nie? Wszystko jest kwestią konwencji.

Dziękuję za uwagę, oddaję głos do studia.

Posłuchać można tutaj.

Z ręką na pulsie (#41): Electric Wizard, Nihiloxica, Rogal DDL

Electric Wizard – Wizard Bloody Wizard
electric wizard.jpg

Czasem dobrze jest nie być fanem danego zespołu. Dzięki temu, gdy nagrywa on płyty uznawane przez grono sympatyków za gorsze od tych uznanych, wręcz za nieprzystające muzykom o takim statusie, można po prostu posłuchać muzyki. Dzięki chłodnemu podejściu poczuć entuzjazm. Odwołując się żartobliwie do tego, z czym panowie z Electric Wizard są kojarzeni, powiem, że “Wizard Bloody Wizard” można przynajmniej słuchać na trzeźwo, będąc czystym. W tym kontekście fakt, iż wolę sobie włączyć nowy krążek niż “Dopethrone” świadczy – przynajmniej o mnie – jak najlepiej.

Nihiloxica – Nihiloxica
nihiloxica

Nie mam pojęcia o muzyce afrykańskiej (przecież nie będę żartował, że lubię “Graceland” Paula Simona, choć lubię), więc proponuję, byś sam(a) posłuchał(a). Pierwszy utwór, jakże cudnie transowy, powinien zrobić robotę.

Rogal DDL – Nielegal 217
rogal ddl

Frapuje mnie ta pozycja. Prawdę mówiąc, nic nie rozumiem. To znaczy staram się dociec, nawet dociera do mnie, że hipsterka potrzebowała bohatera z ulicy, ale… Jest problem. No i jest… PRO8L3M. A Rogal DDL to nie jednoosobowa Molesta. Ani żaden ewenement. Zachodzę w głowę, co można znaleźć na “Nielegalu 217”, a czego nie znajdziemy dowolnej płycie, no nie wiem, Firmy czy Popka. Chyba za zjawiskami ww polskim rapie (czy raczej zjawiskiem jego recepcji i praw, jakie nią rządzą) nie nadążam najbardziej. Jeśli taki Taco to dramat, to tutaj mamy tragedię. Na RYM-ie jest mały szał, więc pewnie się mylę. Czuję się tak, jakbym był wkręcany przez będącą w zmowie grupę, wszyscy mówią “sprawdź to, świetne jest”, a człowiek naiwnie daje się złapać i nie widzi, że gdy ma wcisnąć “play”, to cała gromadka z trudem powstrzymuje się przed tym, by wybuchnąć śmiechem. Może jako ktoś, kto ma ochotę przewijać każdą zwrotkę Jotuze na “Światłach miasta” Grammatika, nie powinienem się wypowiadać. Tylko że nic tu nie ma, nic ciekawego, można się rozejść, serio.

Aha, Porcys chwali, co utwierdza mnie w moim nieprzekonaniu.

Idę słuchać Krawczyka MPK.

Grzegorz Kwiatkowski – Sową (2017)

grzegorz kwiatkowski

Tekst będzie trochę obok tematu, co nie jest nowością, ale wolę zastrzec, by nie było rozczarowania.

Podczas jednej z niedawnych wymian zdań – takiej, na której niewątpliwie nie zyskałem – pozwoliłem sobie stwierdzić, że Grzegorz Kwiatkowski jest jednym z największych polskich poetów współczesnych. Uwaga była swoistą figurą retoryczną, bezmyślną próbą skrótu. Wyrażenie takiego poglądu, w dodatku z użyciem nieznanego drugiej stronie nazwiska, implikuje posiadanie szerszego oglądu niepopularnego przecież zagadnienia, a samo umiejscowienie rzeczonego (jejku, znowu rym, nie znoszę!) poety w czołówce, której ścisłość nie została nijak uściślona, mogłoby w osobie podobnie wścieklej dociekliwej jak ja budzić raczej pewne wątpliwości. I takowe, tylko że zupełnie inne, w istocie pojawiły się. Zostałem bowiem w odpowiedzi zapytany, czy jestem gejem. Próba sprowadzenie rozmowy na tory, jakie wydawały się właściwe (przynajmniej dla samej rozmowy), zakończyły się sprowadzeniem mojej niepokornie skromnej osoby (ktoś tak mnie kiedyś nazwał) do parteru. Sam byłem sobie winien, bo gdyby umyśliło mi się – dajmy na to – zagajenie do stojących w kamienicznej bramie chmurnych kapturników celem pogadanki (bez zobowiązań) na temat post-minimalizmu, to mógłbym się przekonać, być może cokolwiek boleśnie, że nie są wyznawcami podobnych idei. Przynajmniej w pewnym obszarach – powiedzmy, że twórczej – aktywności. Dlatego post factum nie mogę być niczym zaskoczony. Łącznie z własną postawą, która nakazała podjęcie dyskusji o seksualności w taki sposób, by sprowokować tę drugą osobę do sumiennego rachunku – na palcach jednej ręki – który dowiódłby, że w powszechnej świadomości zjawisko płciowego parytetu w odniesieniu do rodzimej liryki raczej nie występuje. Po argument odnoszący się do tego, że zdarzyło mi się pozostawać w zażyłości – duchowej, a jakże! – z kilkoma poetkami, które może nie wyrobiły sobie nazwisk, ale pióra to już jak najbardziej (gdzie do nich mnie, miernemu wyrobnikowi, i w żadnym [wy]razie nie ironizuję), nie sięgnąłem, co jak dowiedziałem się jeszcze wcześniej, nosi nazwę kompleksu Łysiaka. Sieć jednakże milczy nad istotą tego zjawiska, więc…

Inna sytuacja. Próbuję prezentować twórczość poetycką autora – przekrojowo, w wyborze własnym – osobie, której wrażliwości, nie tylko poetyckiej, wprawdzie nie znam, ale mam za to pełne przekonanie do jej intelektu. Nie chcąc zafałszować żadnego z antygłosów swoim własnym, wyjałowionym z emocji i przeżycia głosem, jedynie wskazywałem kolejne wiersze. Zakończyło się dość szybko, na stanowczym weź mi już ich nie pokazuj, które to słowa wydają mi się większym komplementem od jakiegokolwiek, który mógłbym samodzielnie sformułować. Zatraciłem łagodność i czułość, zwyczajowo zbędną i zwyczajnie nieprzystającą w odniesieniu do utworów gdańskiego poety. A był pewien okres, kiedy czytałem tomy wierszy WYŁĄCZNIE tak, jak by czytała je osoba, której chciałem potem pokazać to, co mnie urzecze, ale przypadło to na czas krótki, który w dodatku przepadł. Gorzej, że sam w tamten czas nadal przepadam i w nim – bezczasowo – przepadłem.

Albo inaczej. “Sową” zabrałem na spacer z kolegą. Nie jest to znowu rzadka sytuacja, kiedy towarzyszą mi wiersze w drukowanej formie. Pewnie częściej niż ludzie. Nawet jeśli służą temu, by wetknąć między strony i strofy list własny, który potem tak leży i leży, i nic, nic już. W każdym razie, z racji zainteresowania mojego towarzysza tematyką (problematyką?) II wojny światowej, i ze względu na moją cynicznie dobrą naturę, chciałem polecić jego uwadze te wiersze. Pech chciał, że w związku z tym, o czym wspominam w zdaniu poprzednim, w okolicznościach trudnych do wytłumaczenia – co przyznaję ze wstydem, bo nigdy nic podobnego mi się nie przytrafiło – w plecaku rozlał mi się sok (nie mój nawet), wskutek czego nie tylko tomik wyglądał tak, jakby go zanurzyć do połowy w wodzie, ale ucierpiało też kilka periodyków (te nadawały się do wyrzucenia) i luźnych notatek (w podobnym stanie). Mógłbym pochwalić Biuro Literackie za jakość wydania, ale nie robi się tego na podstawie podobnych – jakkolwiek rozumianych – doświadczeń.

O muzyce pisać łatwiej, gdyż moje szczyty ekspresji w dźwiękowej materii sprowadziły się do oj-nie-bezproblemowego odegrania wstępu utworu “Komu bije dzwon” Kultu. Z racji niebycia niewtórnym analfabetą i pewnej nieuchwytności materii – co zauważyła pewna miła znajoma, pisząc zgrabną i uroczą miniaturkę wierszowaną, spuentowaną czymś w rodzaju pozdrowień adresowanych do pewnej powszechnie (u)znanej poetki, do której twórczości jednakże ta przesympatyczna osoba nie pałała sympatią – bo to jest trochę tak, że wystarczy napisać kilka słów pod sobą i to już jest wiersz (o czym wprost pisała wspomniana znajoma), trudno mi zajmować się krytycznym oglądem materii, jaką mogę sam stwarzać i kształtować. Bo co z tego, że zauważę, iż nowy tom syntetyzuje dwa poprzednie (“Radości” i antytetyczne w stosunku do nich “Spalanie”), że mogę powiedzieć rzeczy, które poeta sam wie lepiej ode mnie, a i każdy, kto sam zechce się zapoznać z tymi wierszami, pozna je i zrozumie nie płycej niż ja? Odpowiada mi wskazywanie, być może ze względu na moją nie najlepszą kondycję intelektualną, bez autorytarnego znawstwa. To są takie wiersze-linki, które mogą prowadzić do pogłębienia stanu wiedzy na temat wielu konkretnych postaci (do mnie przemówiło choćby to, że jeden z nich został poświęcony Margarete Hauptmann, a mi zdarzyło się niejednokrotnie próbować pisać kilkadziesiąt metrów od domu, w którym urodził się jej mąż), zwykle jakoś związanych z Gdańskiem, ale i stanu wiedzy o nas samych. Nie ma w nich żadnej próby wzbudzenia sensacji czy zgorszenia, jak może się wydawać poza kontekstem (vide pojedyncze wiersze drukowane w prasie literackiej), nie ma pozy i nadęcia. W pewnym sensie, mało w nich i samego poety, niewiele nawet samej poezji, ale dzięki pośredniczącej, usłużnej roli poety jako kogoś, kto pozwala dać świadectwo, a sam jest jedynie kimś, kto udziela głosu tym, którzy jak się wydaje, nie mają go (umarli, zwierzęta) prawda nie okazuje się fasadowa ani pusta, nie przesłania jej ornamentyka ani ego, a same wiersze mogą wywołać refleksje w rodzaju “a tam, ja bym sam(a) napisał(a) lepsze” tylko u kogoś, kto nigdy napisać nie próbował i nie spróbuje. Mógłbym wypunktować informacje z rozmowy, jaką z Grzegorzem Kwiatkowskim przeprowadziła Eliza Kącka, mieniąc się światłym i obeznanym, ale o prawdę chodzi również mnie.

Jeśli miałbym stworzyć coś w rodzaju hasła reklamowego dla “Sową”, to stwierdziłbym, iż to najlepsza pozycja, jaką da się przeczytać w pięć minut. To świetne jest. Bardzo zbliżone do tego, czym poezja w moim rozumieniu być powinna, a bywa bardzo rzadko. Bo do ideału – na szczęście! – można się jedynie zbliżać. Jest powściąganiem i przemilczeniem, dzięki którym każda kolejna strofa pozostaje nasycona. Często, zdecydowanie zbyt często, odnoszę wrażenie, że czytam coś, co zostało wydane dlatego, że kolega autora jest wydawcą, a drugi – redaktorem. Taka klika. Potem poeci wzajemnie klepią się po plecach, piszą sobie po znajomości recenzje i odczytania (naprawdę nietrudno nadpisać głębokie sensy nawet w przypadku bardzo płytkich i błahych utworów), jakby żyli w hermetycznej próżni, a próżność własną zaspokajało zrozumienie we własnym środowisku. Nie wiem, czy jakakolwiek poezja ma jeszcze szansę trafić pod strzechy, ale sam komu bym mógł, temu bym “Sową” polecał.

(Grzegorz Kwiatkowski, Sową, Stronie Śląskie 2017)

Z ręką na pulsie (#40): Jazz Band Młynarski-Masecki, Morbid Angel, Taake

Jazz Band Młynarski-Masecki – Noc w wielkim mieście
jazz band młynarski-masecki.jpg

Skoro podobała mi się muzyka z Cupheada, dlaczego mam kręcić nosem na odświeżenie rodzimych międzywojennych piosenek? Tym bardziej że to coś więcej niż zwykły lifting, podciągnięcie zmarszczek i sprawienie, by ślady dawnej urody stały się obecnym pięknem. Nie będę też rzucał, że właściwie temat w nieco ponad trzy minuty zamknęła już swego czasu Ścianka, bo słyszę, że panowie wykonali kawał roboty. Dobrej roboty. Nie musi działać sentyment, nie trzeba pałać miłością do (prze)minionego ani pamiętać dancingów – ba, nawet tańczyć nie trzeba lubić ni umieć! – by docenić te piosenki. Ładny swingujący jazz, bez ironii. Tak z mojej strony, jak i ze strony zespołu.

Morbid Angel – Kingdoms Disdained
morbid angel
Z dorobku Morbid Angel do szczęścia (hah!) wystarczyłby mi pierwszy utwór z debiutu, ale widać zespół, rozpoczynający tytuły swych wydawnictw kolejnymi literami alfabetu, zamierza dotrzeć do “z”. “Illud Divinum Insanus” to płyta memowa, a to, że nigdy jej nie słyszałem, w niczym nie przeszkadza. “Kingdoms Disdained” porzuca tamten trend, więc żarty na bok. Czasem myślę, że takie zespoły – niezależnie od tego, co sam o nich myślę – naprawdę mogłyby kończyć działalność po kilku pierwszych krążkach. Późniejsze, takie jak ten, nawet jeśli nie są złe, nie przepadają bardzo często jedynie dlatego, że na okładce widnieje logo będące marką i czymś w rodzaju znaku jakości. Przeciętność jest bodaj najbardziej dojmująca. A co do meritum, mam do napisania dwa słowa: death metal. Bardzo uładzony, taki odpustowy diabeł, który być może sprawi, że kilka zbłąkanych duszyczek wróci do zespołu i nie będzie mieć za złe tego, co było niedobre.

Taake – Kong Vinter
taake.jpg
Taake to dla mnie ten utwór. I tak pewnie pozostanie. Punktów za pochodzenie nie dostaną, bo ich nie przyznaję, a na “Kong Vinter” grają taki black metal, jaki tysiące kapel zagrały przed nimi. Panowie z Bergen również bywali w lepszej formie, choć nigdy nie należeli do moich ulubieńców. A że tym razem momentów, w których serce może zabić mocniej albo w których dałoby się wybuchnąć nieskrępowanym śmiechem, to trudno mi tę lekko rozmelodyzowaną i przede wszystkim nieco mdłą muzykę polecić. Ot, taki średniak bez i(s)kry.

 

Kalafior Derambo – Bugibba (2017)

kalafior derambo

Słowa. Można powiedzieć, że nie są niczym więcej niż są, ale nie trzeba nic więcej, by kreować i niszczyć, stwarzać i unicestwiać, ocalać lub skazywać na niebyt. Jak każde narzędzie, jeśli ktoś umie nimi sprawnie władać, zyskują moc i potęgę. Mogą być usłużne, ale można nimi zmuszać do uległości. Mogą – cytując bodaj nie-jedną ze znanych mi osób – słuchać się kogoś jak psy, a mogą zerwać się z łańcuchów i zwrócić przeciwko temu, kto powołał je do życia.

Słowotok. Charakterystyczny termin dla rodzimej twórczości rapowej. Podkreślam ową “swojskość” nie ze względu na zawoalowaną – rzekłby ktoś – antypolskość, nie bardzo bowiem widzi mi się krycie z przekonaniami, tylko by podkreślić, iż nie bardzo sięgam po zagraniczne rzeczy “z klimatów”. Gdy spojrzeć na notkę prasową, z którą możemy zapoznać się chociażby na stronie wydawcy,  to wyjdzie, że fakt owego zamknięcia wręcz dyskwalifikuje mnie, gdy idzie o próbę odniesienia się do “Bugibby”. Jednak czułbym się gorzej, może gorzej niż źle, gdybym tego nie zrobił. A z ignorancją mi dobrze.

Nie chce opierać wywodu na słowie od autora/wydawcy. Nie jest ono wszak żadną obietnicą i nie trzeba dać mu wiary. Nawet Tuwim mnie nie przekonuje, bo można sympatyzować – mimo nieprzystających jednostce ludzkiej uprzedzeń – z twórczością bez wątpienia wielkiego poety, a największym sentymentem spośród wszystkich zawodników na krajowej scenie darzyć najgorszych uliczników. Takie zderzenie światła z ciemnością. Albo raczej światłości z ciemnotą.

Potrafię sobie wyobrazić, że ksywka autora “Bugibby” niesie się po uczelnianych korytarzach, zyskując w ustach studentów mocno humanistycznego kierunku wymiar i sens. Jest to bowiem dość specyficzna twórczość. Przy czym na tyle skupiona na czymś więcej poza sobą samą, by skupić uwagę na sobie. I by… kupić. Kogoś, kto ją poświęci. Wprawdzie bity Yannicka Dilée są klasyczne, takie miękkie i ciepłe, ale tak gładko pocięte, bez chropowatości i posługiwania się narzędziami typu linijka, siekiera i eJay, że i wilk syty (nazwijmy nim mnie, tylko na potrzeby tej myśli), i owca cała (XXI wiek trwa już dłuższą chwilę). Gospodarz może się nie panoszy, ale słychać, kto jest tu panem i czyje to włości. To, jak kładzie kolejne strofy (nie piszę, że “szesnastki”, bo nawet gdybym posłużył się tym terminem jako metonimią, to i tak ktoś mógłby mieć o to do mnie żal), na szczęście sugeruje luźne posłużenie się konwencją jako formą, sposobem realizacji konceptu. Nie podejmę się przybliżania zamysłu Kalafiora Derambo, bowiem kwestia jest tak abstrakcyjna i nieuchwytna, że pokornie przyjmuję i przejmuję subtelne odwołanie do gombrowiczowskich dzienników, samemu uznając za najmocniej wyłaniający się z mętności i zamętu utwór przejściowy pt. “Serce trzęsie ciałem”. Rzucę prowokacyjnie, mrugając porozumiewawczo okiem, że reszta jest o jaraniu. Całą propozycję literacką (poezją bym tego nie nazywał, mimo świadomego użycia wielu właściwych dla niej środków, które w takim nagromadzeniu, podane w formie fonicznej, mogą u kogoś, kto jak ja cierpi na deficyt skupienia, nieco namącić) szanuję i poważam. Co więcej, życzyłbym sobie, by jak najwięcej raperów miało równie sprawne pióro. Niezależnie od tego, jak by się nim posłużyli. Warsztat, warsztat, warsztat. Wtedy można zamykać się w najcichszej niszy.

Przypomniał mi się – chciałbym rzec: zapomniany, ale raczej nikt o nim nie słyszał, a sam gdzieś postradałem płytę – rapowy projekt Wyrazy, w którym na majku pojawiał się między innymi mój sąsiad. W grupie koleżeńskiej odbiór był swego czasu przychylny. Właściwie nie wiem, czemu Kalafior Derambo miałby nagrywać jedynie dla znajomych i rodziny. Taki L.U.C, który proponował coś – jeśli by uprościć – podobnego, tylko nie starając się oczyścić potoku wypowiedzi z brudu i mułu, swego czasu był wszędzie, bałem się lodówkę otworzyć, mianował się jeszcze artystą wszech sztuk. Na “Bugibbie” dostajemy coś czystego, a nawet jeśli bardzo trudno byłoby się przejrzeć w tym rwącym – bezboleśnie! – potoku, to czemu by nie przysiąść na jakimś kamieniu, by posłuchać szumu?

Dobre darmowe płyty (grudzień 2017)

30 Kilo Słońca – Zamach (2017) (free jazz / post-rock) (7/10)
30 kilo słońca.jpg
Nie wiem, czy to muzyka na moją biedną głowę. To, że być może jest pusta (głowa, nie muzyka), nie stanowi problemu, bo “Zamach” nie zamierza się na słuchacza w taki sposób, by ten truchlał z powodu swej nie najlepszej kondycji umysłowej. Jednak atak – czy właśnie owo zamierzenie – nie pozostawia wątpliwości, iż zespół 30 Kilo Słońca z nikim pieścić się i cackać nie zamierza. Niezależnie od czynników i niedyspozycji subiektywnych, cenię i chwalę takie podejście – zarówno do muzyki, jak i do kogoś, kto zechce podejść do niej. Oczywiście to nie kakofoniczna kanonada, żadna próba odtwórczego przełożenia ekstremy, będąca jedynie cytatem za “Naked City”, a płyta, która na poziomie samego odczuwania tłumaczy, dlaczego w dobie nadmiaru udało mi się po debiucie (“30 kilo słońca, 2015) zachować pamięć o tych panach. I że dobrze się stało. To inteligentna, nie inteligencka ani przeintelektualizowana muzyka.

POBIERZ (Bandcamp)

Kwiatki – EP (2017) (indie pop) (7/10)
kwiatki.jpg
Oddajmy głos samym zainteresowanym.

Kwiatki nie tylko ładnie pachną. Kwiatki też ładnie śpiewają i grają.

Co więcej można dodać? Czego więcej chcieć?

Nie no, coś mimo wszystko wypada. To może być materiał z nie tak znowu częstej kategorii “kochaj albo rzuć”, może nawet z przewagą porzucania, gdyby dokonać testu na większej próbie, a ja muszę – tak przekornie – być może nieco pośrodku. Drażnią mnie te piosenki i łechcą, frapują i irytują, drapią i głaszczą. Głównie za sprawą wokalistki. No ale grają w człowieku te frazy i zaśpiewy, choćby o licencji na miłość i zapraszaniu do pocałunków, a całość wypada tak, że… nie wypada. A to już niemało.  W dodatku mam pewne podejrzenie, że pokolenie internetowe, kojarzące postać Jamesa Bonda z Ryanem Goslingiem, może znaleźć tutaj jeszcze więcej (dla) siebie.

POBIERZ (Bandcamp)

SKY – Lullabies (ep) (2017) (darkwave) (8/10)
sky
Tu by się świetnie sprawdził – czy to winylowy, czy też kasetowy – podział na strony. Pierwsze osiem minut to takie ciekawe doc(ie[m])nienie oniryzmu Cocteau Twins, muzyka z koszmaru w najlepszym sensie tego sformułowania, a kolejne osiem można przyrównać – jak się zdaje – do stanu paraliżu przysennego. Kołysanki dla zwichrzonych śmieszków. I bardzo interesująca płyta dla każdego.

POBIERZ (Bandcamp)

Z ręką na pulsie (#39): Dom Zły, Joan Silentio, Kristofer Maddigan

Dom Zły – Dom zły
dom zły
Sludge metal, w wariancie atmosferycznym (czy raczej: atmosferyzującym), posadowiony na charakterystycznych raczej dla “miejskiego” black metalu fundamentach (znikoma melancholia, nieobecny trans, za to mnóstwo brudu, duszność, pewna dawka negatywnych emocji), to konstrukcja solidna, o pewnych fundamentach. Dzięki temu, że Dom Zły nie jest kopią Odrazy czy Biesów, wypada w moim odczuciu bardziej przekonująco od wspomnianych kapel. Nawet jeśli porównanie jest bez sensu. Na tyle dobrze, bym chciał o tej płycie wspomnieć. Jestem ciekaw kolejnego materiału, jak już materia muzyczna okrzepnie, a muzycy wciąż będą mieć w sobie ten sam żar i ogień. Na razie jest dość obiecująco, by zespół zwracał uwagę nie tylko swoją nazwą.

Posłuchać można tutaj.

Joan Silentio – drafts/impressions
joan silentio

Jeżeli uznać, że w obecnych czasach istnieje swoisty, naturalnie inaczej niż pierwotnie rozumiany drugi obieg (nie tylko w literaturze, a raczej w “literaturze”, ale i w muzyce), to co powiedzieć o twórcach, którzy z racji decydującej roli szczęścia i przypadku nawet w nim wydają się pozostawać niezauważeni? Internet pozwala każdemu na pewną formą autoprezentacji i ekspresji, ale od istnienia do zainstnienia droga daleka. Nie mam nic złego na myśli. Czasem czuję się tym dotknięty, nawet jeśli nie dotyka mnie to bezpośrednio. Czemu budowanie zasięgu, nachalność i w dalszej perespektywie kaprys/krótkowzroczność nieco większych ode mnie zapaleńców (także piórem) decyduje o tym, czy dany głos przepadnie i zgaśnie, czy zostanie podchwycony i zrozumiany? Chciałem napisać o “drafts/impressions”. O tym, że to piękna, krótka płyta. O tym, że nie wiem, czy zostałem kupiony pierwszymi kilkoma dźwiękami, czy może już samym tytułem. Jakkolwiek banalnie to brzmi, i choćbym powtarzał się do znudzenia, nadrzędną wartością – nie tylko w sztuce – pozostaje prawda. Talent jest jedynie narzędziem, które bardzo łatwo wykorzystać w nieodpowiedni czy nieuzasadniony sposób. Joan Silentio tego nie robi, mimo że pewnie by mogła, bo nie ogranicza jej niewprawność ani skala potencjału. Ale właśnie ta powściągliwość, pozbawiona wyrachowania i pozy, decyduje o moim urzeczeniu. Artystka wymienia rozmaite źródła inspiracji, od Chopina do Nicka Drake’a, od Mahlera do Jamesa Blake’a, i na upartego, jeśli chcieć bawić się w takie “lokalizowanie”, niejako odmawiając tym samym tożsamości muzyce i tworzącej ją osobie, to tropy i ślady dałoby się znaleźć i podjąć. To “tylko” pięć utworów-mgiełek, utworów-mknień, utworów-milknień, w których udało się uchwycić to, co zapewne niezwykle trudne do takiego zaklęcia. Dlatego czarują. A już szczególnie ostatni, “Karamazówna” (prawie jak “Verlaine” Księżyca), który pozostawia z uczuciem ogromnego niedosytu, bo chciałoby się więcej niż tylko półtorej minuty śpiewania w naszym języku. Jedna z najbardziej urzekających polskich płyt tego roku.

Posłuchać można tutaj.

Kristofer Maddigan – Cuphead
kristofer maddigan

Chętnie napisałbym o samej grze, ale wypada ją najpierw ukończyć, co jednak okazuje się DOSYĆ trudne (aktualny progres: 32%, liczba zgonów: 322). Przebrnięcie przez trzygodzinną ścieżkę dźwiękową wydaje się przy tym igraszką i fraszką. Tym bardziej że jest równie przyjemna jak – wbrew pozorom – sama rozgrywka. Pięćdziesiąt sześć utworów zapewnia nam podróż niemal sto lat wstecz, przez wszelkie odmiany muzyki jazzowej tamtych czasów, a całość to coś więcej niż prosta stylizacja. Kto grał, ten pewnie ma wśród nich swoje “ulubione” (czyt. takie, które usłyszał, przynajmniej we fragmencie, kilkadziesiąt razy), a kto nie grał, ale pozostaje żywo zainteresowany tym, co dobrego dzieje się w muzyce, ten nie powinien patrzeć z przymrużeniem oka na to wydawnictwo. Nie ma powodu, bym sam nie dopisał dzieła Kristofera Maddigana do listy swoich ulubionych ścieżek dźwiękowych gier