Z ręką na pulsie (#33): Enslaved, Hans Zimmer & Benjamin Wallfisch, Nokturnal Mortum

Enslaved – E
enslaved.jpg

Chłopaki z Enslaved stoją w rozkroku. Tych, którzy uznawali zespół za ważnego przedstawiciela drugiej fali black metalu, zapewne już dawno od siebie odrzucili, a tym, którym została odrobina cierpliwości, może się ona przy okazji “E” ostatecznie wyczerpać. Jeśli na następnej płycie zespół zacznie grać progresywną muzykę, bez jakichś ekstremalnych naleciałości, będzie to naturalne i niezaskakujące. Na razie jeden z panów trochę jeszcze poskrzeczy groźnie, ale brzmienie już jest miękkie, a kontrasty wycieniowano. Na szczęście muzycy nie cieniują, Rzecz w sam raz dla tęskniących za (nie)dawnym Opeth. Lekka i przyjemna, choć niekoniecznie łatwa.

Hans Zimmer & Benjamin Wallfisch – Blade Runner 2049
hans zimmer

Mógłbym napisać o tym, jak:
– wybrałem się po zmroku na drugi koniec miasta, by kupić sobie ścieżkę dźwiękową z “Blade Runnera”, a choć nic szczególnego się wówczas nie wydarzyło, to sama nagłość tamtej eskapady i to, że po film sięgnąłem dużo później, więc nie da się racjonalnie wytłumaczyć, co mnie podkusiło, i w ogóle to, jak się wtedy czułem (nie żebym czuł się obecnie lepiej, a rzecz działa się przed dwoma laty), sprawia, że pamiętam całą “sytuację”;
– po tym, gdy pozwoliłem, by ktoś “wmusił” mi “Interstellar”, byłem uprzejmy zauważyć, że muzyka z tego filmu to takie trochę zrzynki ze wspomnianych wyżej kompozycji Vangelisa, dzięki czemu dowiedziałem się, iż Hans Zimmer to jest gość i nie musi nikogo naśladować (może po czasie, ale wyszło na moje, ha!);
– nie cierpię Elvisa Presleya, ale bardzo mi się podobał jego utwór, zamieszczony tutaj, tylko że to było w takim wykonaniu, w jakim – mam nadzieję – nikt inny go nie usłyszy, a jeśli jednak usłyszy, to z serca tej osobie współczuję i cholernie zazdroszczę.

Zresztą nie tylko o tym. Rzeczywistość – szczególnie objawiająca się poprzez język – bardzo mnie dotyka, co sprawia, że przypadkowe słowo, które gdzieś przeczytam lub usłyszę, potrafi odebrać dech, destabilizując wszystko, co podlega rozchwianiu i deregulacji. No ale utwory z “Blade Runnera 2049” nic mi nie robią. Właściwie po raz trzeci w tym roku (z tą różnicą, że w dwóch poprzednich przypadkach kompozytorzy, konkretnie Mark Morgan i Angelo Badalamenti, sami “odświeżali” własne wizje) słyszymy echa tego, co znamy. I przechodząc już do rzeczy, ujmę to najprościej. Wyrobnik o znanym nazwisku, w kooperacji z panem o nazwisku mniej znanym, przyjął i zrealizował zlecenie na muzykę do hitowego filmu. Najlepszym momentem całości jest ten, w którym dosłownie przytoczono fragment dzieła źródłowego (“Tears in the rain”), zamiast dokonywać pozbawionych wyrazu parafraz. Dzieło Vangelisa bardzo lubię, w pewnych fragmentach wręcz wielbię, a o tej muzyce właściwie już zapomniałem.

Nokturnal Mortum – Істина
nokturnal mortum

Teraz będzie prowokacja właściwa: “Істина” to prawdopodobnie najgorsza płyta, jaką słyszałem w tym roku. Ale każdy ma swoje uprzedzenia. Napisałbym więcej, gdyby nie to, że już poświęciłem tej pozycji zbyt wiele miejsca i uwagi, nawet jak na tak niszowy blog.

Advertisements

Z ręką na pulsie (#32): Carbon Based Lifeforms, Mastodon, Wolves in the Throne Room

Carbon Based Lifeforms – Derelicts
carbon based lifeforms
Jeżeli zespół, który istnieje przeszło dwie dekady i jest znaczący w swojej niszy, nagrywa płytę nieodstającą – jak się wydaje – od swych największych dokonań, to już jest bardzo dobrze. Być może wszystkie psybientowe albumy brzmią dla mnie niemal identycznie. Ale z drugiej strony, nie brzmią śmiesznie, bo tylko ktoś bardzo złośliwy mógłby słuchając “Derelicts” rzucić, że mamy 2017 rok. Więcej tu wyciszenia i przestrzeni niż pulsacyjnego odlotu, co być może ma decydujący wpływ na to, że płyta nie pachnie skansenem.

Mastodon – Cold Dark Place (ep)
mastodon
Niech złośliwi mówią, że to solowa epka Brenta Hindsa. Albo że Mastodon w dalszym ciągu stacza się po równi pochyłej, czego dowodzi “Cold Dark Place”. Mnie się podoba. Po pierwsze, zespół obrał jakiś kierunek. Choć obawiam się, że raczej na chwilę zboczył ze ścieżki, którą konsekwentnie podąża. Pozostaje tylko cieszyć się z takiego obrotu spraw. Chyba że ktoś nie lubi “Crack the Skye”. Albo nie podoba mu się, gdy piosenki są o czymś. Metalowców należałoby ostrzec, że ilości metalu są tu śladowe. Mogę być odosobniony w opinii, zresztą raczej tylko tak sobie głośno myślę, ale to chyba lepszy materiał niż trzy ostatnie pełne płyty Mastodon. I szkoda, że zapewne wszystko wróci do normy.

Wolves in the Throne Room – Thrice Woven
wolves in the throne room

Fajny black metal. Ale wziąłbym środkową część pierwszego utworu, rozciągnął do trzech kwadransów, zatytułował “Thrice Woven” i wypuścił jeszcze raz. Schemat kolejnych kompozycji zasadniczo się powtarza, tylko potem głównie się już tęskni za “Born from the serpent’s eye”. W każdym razie, jako rzecz “z klimatów” jest to rzecz dobra, a niekoniecznie oryginalne pożenienie jej z dark folkiem nie jest mezaliansem. To nie jest najlepszy rok dla gatunku, co oczywiście w niczym tej płycie nie umniejsza ani nie oznacza, że można po nią sięgnąć najwyżej z braku laku.

Lunatic Soul – Fractured (2017)

lunatic soul

Pamiętam późny październikowy wieczór. Nie zapalając światła (a może od razu je gasząc?), włożyłem do odtwarzacza czarną płytę, wyjętą z równie czarnego opakowania. Do dziś pamiętam, że wrażenie było… spore. Minęło dziewięć lat. W podobnych warunkach sięgam po “Fractured”.

Tym razem moje rozczarowanie jest mniejsze niż w przypadku “Lunatic Soul II”, bowiem “Walking on a Flashlight Beam”, zwiastun zwyżki formy, to płyta wyraźnie słabsza niż debiut, który wciąż uważam za kapitalny. “Impressions” pominąłem i pomijam. Z nową próbuję się i próbuję, ale to jak rozpaczliwe walenie w drzwi, których i tak nikt nie zechce otworzyć, a wyważyć ich nie sposób. Tylko opada się z sił. Traci wiarę. Do tego stopnia, że czuję, jakbym “załatwił” całą sprawę recenzji, gubiąc gdzieś po drodze rozwinięcie. No ale przyzwoitość nakazuje, bym…

Zatem wróćmy (się) kawałek.

Lunatic Soul, będący swoistą odskocznią dla lidera Riverside od macierzystej formacji (w tej chwili może bardziej… katarktycznym katalizatorem, cokolwiek to ułożone spontanicznie sformułowanie miałoby znaczyć), stał się projektem bardzo przewidywalnym, wręcz “ortodoksyjnym”. Toż Mariusz Duda wraz z kolegami, mając przecież całkiem sporą i raczej nieufnie nastawioną do kombinowania bazę fanów, pozwalał sobie na więcej luzu niż w pojedynkę. Tym razem waga osobistych przeżyć, jakie próbuje twórczo przerobić, jeśli nie uzasadnia takie podejście, to przynajmniej je usprawiedliwia, ale to nie zmienia faktu, że poza wstępem “Blood on the tightrope” nie usłyszymy tu w zasadzie nic, czego nie spodziewamy się usłyszymy, a w dodatku pewne fragmenty wydadzą się dziwnie znajome. To taka całkiem grzeczna, smutnawa progresja. Dodatkowo rozcieńczona elektroniką. Cały problem polega na tym, że nie budzi jakichkolwiek emocji. Jest tu kilka potencjalnie ładnych melodii (choćby ta w końcówce “A Thousand Shards of Heaven”), ale jak się chwilę zastanowić, to trudno znaleźć na “Fractured” jakikolwiek moment, który wytrzymałby porównanie z jakimkolwiek fragmentem “Lunatic Soul”. I o ile “Lunatic Soul II” było negatywem tamtej płyty (stąd mój – nomen omen – negatywny odbiór), o tyle “Fractured” to takie “Walking on a Flashlight Beam II”. Plus jest taki, że przynajmniej całość jest dość równa. Tylko te “Trójkowe” fragmenty (“Anymore”) przypominają mi, czemu od dawna słucham tylko Dwójki.

Myślałem, że napiszę coś “obok” płyty. Przy takim “afektywnym” pisaniu nie da się jednak zbyt wiele przewidzieć. Nikomu “Fractured” nie odradzam. Nie twierdzę, że nie warto. Mogę się mylić w ocenie. Ba, chcę! Sam jednak włączam sobie właśnie trzy ostatnie utwory z pierwszej płyty. I trochę żal, bo zapowiadało się coś niezwykłego…

Z ręką na pulsie (#31): Grupa Etyka Kurpina, The Kurws, Wilcze Jagody

Grupa Etyka Kurpina – Wendy
grupa etyka kurpina

Glitche, szumy, trzaski i echa, zza których majaczą ślady postrzępionych melodii, urywających się, gdy tylko podchwycimy trop. Wtedy człowieka ogarnia niepokój. Wręcz czuje się zgubiony, choć w tej muzyce nie jest wcale tak trudno się odnaleźć. To swoisty pokaz dźwiękowych slajdów (w postaci sampli i loopów), nurzających się w darkambientowych odmętach. Bardzo, bardzo dobra rzecz.

Posłuchać można tutaj.

The Kurws – Alarm
the kurws.jpg

Nazwę The Kurws kojarzę od dawna. Zresztą ona sprawiła, że zespół do tej pory właściwie kojarzyłem tylko z niej. W końcu uznałem, że nie ma co się wygłupiać, skoro już chłopaki robią to za mnie. Gdybym miał jeszcze sobie zażartować, to zarzuciłbym zespołowi, że nie gra jak Ewa Braun. Choć sama muzyka na “Alarmie” jest w porządku. Można ją określić jako zdyscyplinowaną i brudną zarazem. Chaos uporządkowany w taki sposób, że nie budzi podejrzeń, iż to cynicznie i wtórnie zdezorganizowany porządek. No i co istotne, coś z niego się z niego rodzi i wyłania. A nawet jeśli ów twór umieliby precyzyjnie nazwać i określić jedynie sami muzycy, to w niczym nie przeszkadza.

Posłuchać można tutaj.

Wilicze Jagody – Wilcze jagody (ep)
wilcze jagody
Mnie, szaremu konsumentowi dóbr kultury, bardzo odpowiada to, że rodzima ziemia obrodziła ostatnimi czasy zespołami grającymi na płytkim przecięciu shoegaze’u, noise rocka i dream popu. Wilcze Jagody pasują do ostatniej z szufladek. Można dodać do niej określenie “feministyczny”. Jednak jako – wydaje się – osobnik płci męskiej nie czuję, że słucham muzyki, która nie jest przeznaczona dla moich uszu. Zabawne, choć bez związku z epką, jest to, że jedyny znany mi facet, nazywający siebie feministą, był mizoginem. Sam materiał jest świetny, także lirycznie (tekst utworu “Puste teraz” sam mógłbym napisać, gdybym tylko był TROSZKĘ zdolniejszy), a Wilcze Jagody to idealna nazwa dla tego żeńskiego kolektywu. Warto, no wiecie, posmakować. Niezależnie od możliwych konsekwencji.

Posłuchać można tutaj.

Bisz – Piękno i bestia (ep) (2017)

bisz

Bisz. W czasach, gdy o Tymonie niedługo pamiętać będą tylko najstarsi górale, to właśnie bydgoszczanin funkcjonuje w szerszej świadomości jako intelektualny kozak rodzimej rapgry. Jakkolwiek głupio to sformułowanie brzmi. By nie spotkał go podobny los jak starszego kolegę, który najwyżej dogra jakiś feat, nie pozwala o sobie zapomnieć i niespełna rok po nagranym z Radexem “Wilczym humorze” wraca z “Pięknem i bestią”.

I bestią jest nadal. Tak można rzec. Bezsprzecznie zdolną i bystrą. Ale też jedzie u mnie trochę na opinii. “Zimy EP” to bowiem jedna z moich ulubionych (pro)pozycji w polski rapie. Nie wiedzieć czemu, zwarte koncepty wypadają w tej stylistyce najbardziej przekonująco. Nowa epka to również rzecz zwarta, ale bardziej… jednowymiarowa niż konceptualna. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale słychać, że oba wydawnictwa dzieli dziesięć lat. Że to ten sam człowiek minus poezja i zachwyt. O, to dopiero brzmi głupio! Właściwie cokolwiek znajduje tu ujście, a czemu udaje się znaleźć odpowiednie słowa, pozostaje chyba tylko tym, co (s)trawi mówiącego. Tak się odwołuję, wzdychając trochę, bo to, co w tak zwanym międzyczasie, wydawało się coraz mniej zajmujące. Jakby brakowało ognia, choć przecież debiut był taki… rześki. Nie miałem teraz chwili, by rozważyć, czy liczę na odwrócenie tendencji, czy nie, bo nowa epka pojawiła się niespodziewanie. Sięgnąłem po nią chętnie i z zainteresowaniem.

Niesty “Piękno i bestia” najwyraźniej popełnia ten sam grzech, którym naznaczone są niemal wszystkie rapowe płyty. Grzech przegadania i nieesencjonalności. Ot, to taki umiejętnie skrojony słowotok. Jasne, słuchamy człowieka, który ma coś do powiedzenia, pewnie o wiele więcej niż chociażby ja, w dodatku, o czym była już mowa, nie jest jakimś troglodytą, ale co również zasygnalizowałem, trudno coś z tego wyciągnąć dla siebie. Jakąś naukę. Jakieś przesłanie. Żaden wers nie skłania do przemyśleń. Żaden nie pobudza, nie porusza. A tak jak w książce istotne jest dla mnie każde zdanie, tak w rapowym kawałku właściwie dowolnie wybrany fragment powinien mieć coś w sobie. Oczywiście szanuję intelekt Bisza i to, że mimo wszystko cała zabawa w rapowanie nie staje się w jego przypadku sztuką dla sztuki i jałowym popisem niekwestionowanej erudycji. Wręcz doceniam powściągliwość, sprawne odwołania do mitologii (liczba mnoga), stosowanie prostej i sugestywnej metaforyki. Podoba mi się ta nieco egotyczna klamra. Zmysł językowy Bisz ma świetny. W dodatku idzie on w parze z wyczuciem i smakiem.

Słucham i tak sobie myślę, że mam bardziej ortodoksyjne podejście do rapu niż najbardziej ekstremalnych odmian metalu. Dlatego, że tam najczęściej urzekają mnie płyty pograniczne, a jak sięgam po nagrania jakiegoś zioma, to chyba wolałbym, żeby okazał się – lub wciąż był – truskulowcem. Widocznie jestem jedynie prostym chłopakiem z blokowiska. Dlatego tutaj bity nie są dla mnie wartością dodaną (każdy z nich to dzieło innej osoby, jeśli wierzyć tagom), a pewnym naddatkiem. No ale nawinąć trzeba pod coś. Właściwie także dlatego najlepiej wypadają utwory skrajne, czyli “Zdjęcie!” (już sam tytuł jest kapitalny) i “Dziwność rzeczy”, ale może też być tak, że dla mnie nie istnieje nic pośrodku.

Jakże wysublimowany żart.

No dobrze. Tym razem udało się napisać parę słów na temat, więc trzeba było jakoś skonkludować wywód. “Piękno i bestia” to niezła epka. Szału nie ma, a Bisza pewnie nadal stać na więcej, ale wydaje się zwiastować lekką zwyżkę formę po “Wilczym humorze”. Mam nadzieję, że kilka otwierających wersów to nie zapowiedź… zamknięcia.

No i jestem jednych z tych, co chcieliby piękna. Może właśnie jego trochę tym razem zabrakło.

Ach, zapomniałbym! Pobrać można tutaj.

Dobre darmowe płyty (październik 2017)

Furtek – Słabe słowa (downtempo) (7/10) (2017)
furtek.jpg
Musiałem widzieć okładkę. Tytuł. Tracklistę może. – Hah, rapsy jakieś – przyszło mi na myśl. Z pewnością. Zamknąłem zakładkę w Firefoksie.
***
Widocznie nie myliłem, stwierdzając, naturalnie poniewczasie, że nie istnieją powroty – są tylko remisje. W końcu jestem. Tu. Błądzić – powiadają – jest rzeczą ludzką, zatem nawet przybrałem na masie człowieczej. A wydawało mi się, że nawet ludzki szkielet już się we mnie rozsypał.
***
I to nie poezja – po prostu dziewczyna mnie nagle porzuciła. A ze mnie to żaden muzyk – nie gram na niczym, ale korzystam skwapliwie ze swoich nieudolności.
(Furtek o “Słabych słowach”)
***
Zwykłem czerpać z wyczerpania. Nieufność to coś, czemu można się zawierzyć. Próbuję pisać, choć ile mogę znać słów, ze sto? Och, narcyzm. Ze słuchaniem, nawet jeśli by wziąć pod uwagę naturalne predyspozycje (brak osobowości, fałszywa skromność, zamknięcie etc.), też jest tak, że się próbuje. Szczególnie gdy trudno skupić uwagę na czymkolwiek dłużej niż kilkanaście minut. Takie osobliwe ADHD. No i jak się tam zmagam, staram przezwyciężać, to nawet zostaję (wy)nagrodzony, bo przy Wzgórzu Gedymina i Hotelu Sudety uśmiechnąłem się. Byłbym się zaśmiał, gdyby nie wrodzona niezdolność ekspresji. #lokalnypatriotyzm
***
To bardziej spokenwordowe odjazdy niż songwriterskie historie. Mierzi mnie to, co słyszę, drapie, wywołuje dyskomfort, sprzeciw, prawie-że-niechęć. Nie wiem. Pokazałem komuś fragmenty pewnego tekstu. Ponoć to pewne, że napisała go kobieta. Widać przeżywam kryzys tożsamości (płciowej). Tutaj przeżycie jest inne. Ale kurczę – jest! Ta szorstka, żarząca się żalem – mimo czasem miękkich i gładkich muzycznych faktur – hermetyczność może jest pułapką, która zamyka się, zanim w nią wpadnę, ale w końcu to ktoś inny znalazł się w potrzasku. I może czuję się tylko nieco oszukany. Bo nawet jeśli to nie poezja, a z Furtka żaden muzyk, to prawda leży – na szczęście! – gdzie indziej.

POBIERZ (Bandcamp)

Kachlik / Klimek / Turowski – Tymczasem (spoken word) (8/10) (2017)
kachlik-klimek-turowski.jpg
No i pojąłem, dlaczego od lat mam powyłączane powiadomienia o aktywności znajomych na Facebooku, co podczas prób kontaktu może w skrajnych (oho!) przypadkach prowadzić do przykrych nieporozumień. No i ci, którzy nie wiedzą, wcale nie są szczęśliwsi. Nie tylko dlatego.
***
Czytałem wywiad z pewnym zaburzonym muzykiem, w którym ów wspominał, iż ludzie nie rozumieją, że może czasem nie chcieć odbierać telefonu, by nie rozpętać piekła. Cóż. Niejedną kartę sim połamałem, gdy nie mogłem już odrzucać kilkudziesięciu połączeń o drugiej w nocy.
***
Zawsze interesowały mnie jednostki. Nie wiem, czy z wzajemnością. Może do pewnego stopnia. Etapu. Czasu. Fakt, ludzie miewają perwersyjną naturę i znajdują upodobanie w sprawianiu sobie bólu zapośredniczonego w innych ludziach. Zawsze chętnie niosę pomoc; niechęć.
***
Właściwie miałem ochotę to wyłączyć. I spokój. Jakże błogi w swej pozorności. Nie zwykłem spełniać własnych zachcianek. Straciłem umiejętność robienia tego, co mogłoby pomóc. Jakbym samemu sobie nie ufał i nie wierzył tak samo jak wszystkim innym, co wierzą i ufają.
***
Życie nie jest literaturą. Z drugiej strony, nie jest niczym więcej. Niczym innym. Ludzie to narracje, czasami historie. Dobrze, gdy są osobne. Wtedy warto je spisać. Na straty. W końcu sami je przekreślą. “Tymczasem” to “lirycznie” rzecz niezwykle wręcz frapująca.
***
Wszak najbardziej podobają nam się te melodie, które już znamy, czyż nie?

POBIERZ (Bandcamp)

poj.wlkp – Do zorzy (slowcore / dream pop) (8/10) (2017)
poj.wlkp
Podejrzewam, ze gdybym miał słuch, smak, wrażliwość i umiał komponować cokolwiek poza pewnymi strukturami słownymi o chwiejnych fundamentach, to obudzony w środku nocy po dobrym dniu, mógłbym ułożyć właśnie takie melodie. Właściwie każdy by mógł. A ich wartość i znaczenie polega na tym, że wcale nie! Że nie moglibyśmy. Poza tym mam bardzo rzadkie poczucie graniczące z przekonaniem, że Jan Strach, pisząc teksty do muzyki (wydaje się, że nie odwrotnie, chyba że “zakłada” ją odpowiednio wcześniej), musi się w pewnym sensie powściągać. W rezultacie powstaje coś, co jednocześnie eteryczne i osadzone głęboko w pewnym uniwersalnym przeżyciu i doświadczeniu, intymne i uniwersalne, egotyczne i empatyczne, oniryczne i rzeczywiste, subtelne i poruszające. To niespełna pół godziny muzyki. Stworzonej przez osobę, która jest na tym polu bardzo płodna i produktywna. A jednak – to kolejny “paradoks” – łatwo pojąć, że ta płyta musiała powstawać, o czym wspomniał sam autor, przez cztery lata.

POBIERZ (Bandcamp)

Z ręką na pulsie (#30): Grave of Love, Meиtalstorm, Paweł Przyborowski

Grave of Love – Decay (ep)
grave of love.jpg
Moje podejście do neofolku radykalizuje się. Niejako wraz z tym, jak dawna nieufność wobec treści, jakie lubią się z nim wiązać, przerodziła się w sprzeciw i wrogość. W żadnym razie nikomu niczego nie zarzucam, zresztą źle jest jakkolwiek generalizować. Ale jak spojrzę choćby na tutejsze teksty, to już widząc podmiot zbiorowy, jaki się w nich uzewnętrznia, odczuwam pewien… niepokój. Albo pojedyncze… słowa kluczowe… Oczywiście chcę jedynie powiedzieć, że to ze mną coś nie tak. No ale “Decay” to nie-zła rzecz. A to już coś. Do tego, by wrócić takiej Ludoli albo – o zgrozo! – Death in June musiałbym być przekonywany siłą, ale Grave of Love mógłbym włączyć. Muzyka by się posnuła swoim nieśpiesznym tempem, być może nie zwracałbym na nią większej uwagi, co akurat w tym przypadku jest dość pozytywne. Oczywiście nie wystrzega się typowych przywar, ale może wskazywać je i wymieniać to jak narzekać, że black metal zwykle kiepsko brzmi. Zresztą gdzieś tak od utworu tytułowego robi się całkiem fajnie, dość abstrakcyjnie i niesztampowo, co uczciwie przyznaję. Rzecz dla fanów gatunku. Inni mogą sięgnąć, jeśli odczują potrzebę, żeby nie trafić dużo, dużo gorzej.

Posłuchać można tutaj.

Meиtalstorm – Mnieniema
mentalstorm

Muzyka progresywna, kojarząca mi się dość prosto i stereotypowo z pewnym emocjonalnym wyjałowieniem, nie jest muzyką, po którą często sięgam. Nie minąłbym się mocno z prawdą, gdyby dość prowokacyjnie stwierdził, że poza debiutem King Crimson mogłaby praktycznie nie istnieć. Rzecz gustu. Albo kwestia ignorancji. Nie do końca wiem, jak potraktować “Mnieniema”. I nie chodzi tu wcale o to, czy mam być łagodny, czy wręcz przeciwnie. Rzecz w tym, że choćby z racji tego, iż to płyta instrumentalna, może okazać się hermetyczna. Wydaje się swoistym kolażem motywów i pomysłów, bardziej sygnalizacją potencjału niźli popisem możliwości. Wszystko ma sens, nawet zwykle budzące raczej politowanie orientalizmy, trudno nazwać te dźwięki sztuką dla sztuki, ale coś każe mi podświadomie odbierać “Mnieniema” jako… demówkę. I nie, nie jest to dobrotliwość. Szczerze mówiąc, miałem na początku złe przeczucia, ale jak to ze mną bywa, albo takowym nie ufam, albo po prostu zostaję szybko wyprowadzony z błędu. To dobra zapowiedź tego, co mam nadzieję usłyszymy w przyszłości. Dobrze, że nawet w tej stylistyce liczy się wrażliwość i talent, a nie ekwilibrystyka i mechaniczna perfekcja. Warto przekonać się, jak to brzmi. Myślę, że już sama muzyka długo przekonywać do siebie nie będzie musiała.

Posłuchać można tutaj.

Paweł Przyborowski – Śmiertelnie zdrowy
paweł przyborowski

Zbiór zgrabnych rockowych piosenek, okraszonych równie zgrabnymi, lekko poetyzującymi tekstami. Jest w tym wszystkim jakiś urok, pewna tajemnica, swoista melancholia, niedopowiedzenie pozostawiające miejsce na domysł. Całość wybija się ponad przeciętność, ale nie wymyka z bezpiecznej poprawności. Nie razi i nie poraża. Brak więcej takich momentów jak chociażby to, co zaczyna się dziać w połowie “Innej”. Przez większość czasu bowiem pulsuje ten sam jednostajny rytm, dominują podobne rejestry. Dźwięków i refleksji. Pierwiastek, powiedzmy, miejski jest mocno wyczuwalny i nieprzerwanie obecny, więc może rzecz w nieburzeniu konceptu i niemąceniu misternie kreowanego nastroju, ale mimo wszystko pozostaje pewien niedosyt. A utwór finałowy pokazuje, że można nieco inaczej bez szkody dla wszystkiego, co wcześniej.

Posłuchać można tutaj.

Z ręką na pulsie (#29): Funeral Mourning, Heaven, Nine Inch Nails,

Funeral Mourning – Left Seething Yet Unspoken & Veneration of Broken Worlds MLP (ep)
funeral mourning
To nie metalowy (e-)zin dla ortodoksów, więc nie wiem, co napisać o tej epce, nie posługując się charakterystyczną metaforyką. Zawsze, w całej tej uroczo grafomańskiej kwiecistości, podobało mi się sformułowanie, że muzyka zespołu X na płycie Y niszczy obiekty. Zatem jedyne, co trzeba wiedzieć, to to, że “Left Seething Yet Unspoken & Veneration of Broken Worlds MLP” to właśnie robi. Dwadzieścia trzy i pół minuty funeral doom metalu, który nie nudzi ani nie śmieszy, co zdarza się niezwykle rzadko.

Heaven – Lonesome Town (ep)
heaven
Wolałbym może bardziej staromodne ujęcie, skoro to synthpop, ale i tak muzyka na “Lonesome Town” jest nawet ładniejsza od zdobiącej epkę niebrzydkiej okładki. Zwiewna, przyjemna, w dobrym guście. Chyba wypada przyglądać się kolejnym ruchom Heaven.

Nine Inch Nails – Add Violence (ep)
nine inch nails.jpg
Odnoszę wrażenie, że czas zaczął się cztery lata temu. Właściwie nie słucham muzyki, którą poznałem wcześniej, i potem o niej zapomniałem, bo czuję się tak, jak pewnie czuje się osoba, która utraciwszy pamięć, patrzy na twarze bliskich osób, nie mogąc ich z niczym powiązać. Nie wiem, co właściwie chcę przez to powiedzieć. Pewnie to, że dwa lata wcześniej kupiłem sobie “The Fragile” i choć nigdy nie uznałem tego materiału za choćby przyzwoity, to takie “The great below” przypomina mi, że jednak coś istniało wcześniej. Być może jak żaden inny utwór. “Add Violence”, tak na upartego, mam tę zaletę, że to krótka epka, i że to rzecz… wyciszona. Jak na NIN. Wprawdzie szanse na to, że zostanę fanem zespołu, wciąż są żadne (mam jeszcze na półce “The Downward Spiral” – stamtąd lubię TYLKO “The warm place”), ale zniosłem ten materiał zaskakująco dobrze. A finałowy “The background world” nawet mi się podobał.

Kult – Made in Poland (2017)

kult

Kult nie mia szczęścia do płyt koncertowych. “Tan” to pozycja dość dziwaczna, warta uwagi głównie ze względu na dwa utwory (“TDK kaseta”, “Tabako”), a dla kogoś, kto zapoznał się ze sporą liczbą bootlegów, zdumiewająco wręcz kiepska. Kiepska, bo nijak mająca się do tego, czym był Kult pod koniec lat 80. “MTV Unplugged” to takie “the best of”, niestety nużące i odtwórcze. Czy po “Made of Poland” karta się odwróci?

Osoby, które nie przestały śledzić dokonań zespołu kilkanaście lat temu, a przy tym potrafią spojrzeć na nie racjonalnie i krytycznie, mogą się tylko uśmiechnąć na to pytanie. Otóż nie jest to rzecz znacząco gorsza od wymienionych. Tylko tyle, a zarazem aż tyle. Największym problemem, który widać już po rzuceniu okiem na tracklistę, jest wybór utworów. Co trzeci utwór pochodzi z trzech ostatnich płyt studyjnych Kult. A właściwie to nawet z dwóch ostatnich. Jeszcze jakoś broni się “Madryt”, co mnie zaskoczyło (niezły storytelling), ale reszta… Znów człowiek zastanawia się tylko, czy naprawdę nikt nie ma odwagi powiedzieć Kazikowi, by przysiadł nad tekstami, bo te wersy… Ech. Ale podczas niedawnej dyskusji z kolegą rzuciłem nieco prowokacyjne zdanie, że ów pan nigdy nie był dobrym tekściarzem, z czym mój interlokutor się zgodził, zaraz porównując skalę talentu syna i ojca. Oczywiście z takiego pojedynku Stanisław Staszewski musiał wyjść zwycięsko. W walce bokserskiej byłby to triumf równie szybki i spektakularny co zwycięstwo Lamona Brewstera nad Andrzejem Gołotą.

Ale odszedłem od meritum. Zatem skoro repertuarowo jest średnio, to czego szukać na “Made in Poland”? Może brzmienia, które jest… uczciwe? Uwierzyłbym, że nikt tutaj specjalnie nie kombinował, nie upiększał, nie starał się zaklinać rzeczywistości. Kazik nie śpiewa już jak ćwierć wieku temu, sam Kult nie ostał się w najsilniejszym składzie, więc taką postawę należy pochwalić. Sam album nie jest zapisem jednego występu, to wybór z różnych koncertów, ale całość raczej na tym nie traci. A możliwe, że zyskuje. Ale tego nie da się orzec.

Zastanawiam się, czy nie byłoby dobrym pomysłem podążenie za pewnym popularnym trendem z graniem na żywo w całości którejś z klasycznych płyt. Najlepiej obu “tatowych”. Oczywiście służy to ściągnięciu starych fanów pod scenę i poprawieniu frekwencji, z którą Kult problemu raczej nie ma. No i myślę tak, nie ukrywam, dlatego, że po latach tylko te dwie pozycje wciąż żywo mnie interesują. Z “Tatą Kazika” taka sytuacja miała zresztą miejsce, jeszcze w roku 1993. A na “Made in Poland” właściwie jedynym zaskoczeniem jest “Ballada o dwóch siostrach” do wiersza Gałczyńskiego. Oczywiście na dwóch wspomnianych albumach znalazłbym bez trudu z piętnaście utworów, które lubię bardziej (nie przesadzam!), ale jeśli kogokolwiek miałbym przekonywać do sięgnięcia po tę koncertówkę, to użyłbym jako argumentu właśnie rzeczonej kompozycji. Oczywiście nie brakuje klasyków, “bisy” są wręcz kanoniczne (“Sowieci” na koniec, cóż za niespodzianka!), tylko że naturalnie nijak mają się do wykonań studyjnych, a i koncertowych znalazłoby się kilka wyraźnie lepszych. Poza tym kogo zaskoczy gościnny udział członka ochrony w “Polsce”? No proszę Was… A Janusz, syn Kazika, mierzący się z “Niejednym”, budzi… hmmm… rodzaj współczucia.

Najłatwiej powiedzieć, że “Made in Poland” to płyta dla fanów. Tych najwierniejszych. Tylko że nie dostaną oni praktycznie nic ponad to, czego się spodziewają. Wszystko już znają, wszystko słyszeli. Dla osoby, która poszukuje przekrojowego wydawnictwa, lepsze byłoby “MTV Unplugged”. Zarówno od strony repertuarowej, jak i wykonawczej. Zresztą pewnie i jedni, i drudzy posłuchają – nie jest pewne, czy za jednym podejściem, bo to przeszło dwie i pół godziny materiału – raz, po czym odłożą je na półkę i zapomną. Jeśli w ogóle uda się wytrwać do końca. Podsumowując, Kult wciąż nie doczekał się takiej koncertówki, na jaką zasługiwał, ale nagrał taką, na jaką go obecnie stać. Zawsze to materiał o jakieś 2/3 (hihi!) lepszy od “Wstydu” czy “Prosto”.