Taconafide – SOMA 0,5 mg (2018)

taconafide.jpg

Człowiek jest tylko człowiekiem. Nie może to być jednak usprawiedliwieniem nieludzkich zachowań. Słabnie, bo jest głupi. Głupieje, bo jest słaby. Wierzę w instancję sumienia, nie w instytucję spowiedzi. Pokutę można sobie zadać bez rozgrzeszenia. Nie żałuję, że słucham wspólnej płyty Taco Hemingwaya i Quebonafide. Wracam do niej. Dlatego, że to mój czyściec. Moje piekło. Moja droga krzyżowa. I (bez)mocne postanowienie poprawy.

Przez cały czas trwania “SOMY 0,5 mg” mam skojarzenie z tym utworem Jona Lajoie. Satyra, celna przecież, wyprzedziła jednak rzeczywistość. Panowie (Taco – rocznik ’90, Quebo – ’91), obaj pewnie głosy pokolenia, uderzają tym razem do osób lekko dziesięć lat młodszych. Nawet wtedy, gdy zdarza mi się używać symboli/kodów czytelnych dla rówieśników. Żadna szkoda czy strata, oni na pewno nie będę żałować, a i sam nie mam żalu, bo to raczej – w końcu – mierzenie zamiarów na siły. Realna ocena potencjału nie tyle sprzedażowego, ile artystyczno-intelektualnego. A że to bestyje zdolne, przynajmniej gdy idzie o kreatywną księgowość, to sukces murowany.

Te trapy to pułapka, choć raczej sidła, bo kto by się przejmował, że żaden z panów z rapem nie ma wiele wspólnego (na temat Quebo wypowiedział się chociażby* PiH, o Taco to sam wiem i powtarzam), a w dodatku nie jest to muzyka transgraniczna, transgresywna ani transowa. To raczej oszustwo niż poszukiwanie. Trochę haseł, cynicznego chlipania w wykonaniu Kuby i wyrachowania w malowaniu obrazu samotności artysty Fifiego, jakaś wrzutka do redaktorów Interii, panów Samborskiego i Flinta (ja przesłuchałem płytę, nie żeby oni nie), ogólny pokaz – jakkolwiek rozumianego – braku taktu. Na wszelkie próby odwołań i odniesień do kultury lepiej spuścić zasłonę milczenia. Na kwestie techniczno-formalne również, bo tu nie o to przecież chodziło, by nagrać dobrą płytę. Zresztą jak zauważyliśmy, słusznie było nie próbować.

Nie odnajduję perwersyjnej czy ironicznej przyjemności w obcowaniu z dziełem duetu Taconafide. To raczej o(d)puszczenie grzechów. Dlatego mam nadzieję nie wracać. Nie wracać do tej płyty. Nie wracać do tej płyty wyłącznie z jednego powodu: nie chcę, by powód… zaistniał. Nie warto kompulsywnie karać siebie za zło, tylko czynić dobro. Odpowiadać nim na wszystko. Milczeć, gdy nie ma się nic do powiedzenia. Myśleć, zanim się powie. Być wdzięcznym – w każdym możliwym sensie. Dawać, darować, darzyć. Wypaczyć można wszystko – im to piękniejsze, tym łatwiej – ale to wybaczenie jest istotne. To naprawdę potrzebny materiał, skłaniający do istotnej refleksji, wbrew wszelkim marketingowym założeniom. Ta płyta, będąca samospełniająca się przepowiednią o [jej] sukcesie, wydaje mi się raczej zapowiedzią zmiany. Takiej na dobre. I na lepsze. Oczywiście “SOMA 0,5 mg” jest takim misiem na miarę naszych czasów i oczekiwań najszerszego grona potencjalnych kupców (“Za chwilę dalszy ciąg programu”, w tym fragmencie, będzie podpowiedzią, by poszukać rymu do rzeczownika), ale to jak w filmie – lot lotem, tylko co to za lot… na żyłce.

Ta zresztą pewnie [komuś] pęknie. A ja pomacham z dołu, w niebo o barwie pogorzeliska.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s