2017 [zagranica]

Próba w miarę przekrojowego ujęcia 2017 roku w muzyce zagranicznej.

50. Mount Eerie – A Crow Looked at Me
mount eerie1
Nie wiem, czy uzasadniać uwzględnienie, czy pozycję. Na wszystko mam jedną odpowiedź: widać tak musiało być.

49. Palehorse/Palerider – Burial Songs
palehorse.jpg

[odsłuch]
Brzmi absurdalnie, raczej niespecjalnie wpisuje się w obowiązującą systematykę gatunków, ale to serio jest doomgaze. Post-doomgaze. I to jest dobre, i właściwe.

48. Lorn – Arrayed Claws
lorn.jpg

[odsłuch]
To nie był chyba najlepszy rok dla black metalu. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie. Lorn w jakimś stopniu ratuje sytuację, nie proponując może nie, czego byśmy nie słyszeli, ale to nic. Ważne, że tej powtórki – z rozrywki przecież – chce się słuchać.

46. Carla Dal Forno – The Garden (ep)
carla dal forno.jpg
Ubiegły rok należał do kobiet. Między innymi do tej uroczej Australijki.

46. Jeroen Diepenmaat – knip/plak EP03
Jeroen Diepenmaat

[notka]
[odsłuch]
Coś jak Basinski. Dla tych, którzy nie chcą wpaść w głęboką depresję. Albo w katatonię.

45. Electric Wizard – Wizard Bloody Wizard
electric wizard
[notka]
Jakbym był fanem zespołu, toby mi się pewnie nie podobało. Na szczęście nie jestem.

44. Godspeed You! Black Emperor – “Luciferian Towers”
godspeed you black emperor.jpg

[odsłuch]
Patrz wyżej.

43. Grave Pleasures – Motherblood
grave pleasures.jpg

The Cure mogłoby nagrać taką płytę. Kiedyś. Wtedy bym ich może lubił. No ale niestety. Albo jeszcze lepiej: Joy Division. Wtedy… Chociaż nie, wtedy nic by się pewnie nie zmieniło.

42. Vin de Mia Trix – Palimpsests
vin de mia trix

[odsłuch]
Prawie sto minut nielichego funeral doom metalu. Nie dla słabych, hah.

41. Enslaved – E
enslaved

[notka]
Po starej znajomości. I za to, że obierają słuszny kierunek, nie gubiąc się przy tym jak chociażby Opeth.


40. Ēirikura – Reflection of a Higher Realm
eirikura

[recenzja]
Romowe Rikoito w lżejszej wersji.

39. Old Tower – The Rise of the Specter
old tower.jpg
[odsłuch]
Dobry projekt z nurtu dungeon synth należy traktować jak objawienie. Może nie jest to Til Det Bergens Skyggene, ale narzekanie byłoby niesprawiedliwe i niepoważne.

38. The Necks – Unfold
the necks

[notka]
[odsłuch]
Właściwie to tak, jak pisałem: jazz, w którym jest sporo miejsca na niejazz.

37. Mesarthim – Presence (ep)
mesarthim
[notka]
[odsłuch]
Mieszanie black metalu z psybientem wydaje się absurdalne, ale po pierwsze, wypada całkiem sensownie, a po drugie – co jeszcze bardziej istotne – Mesarthim nie zawodzi w żadnym z elementów.

36. Wolves in the Throne Room – Thrice Woven
wolves in the throne room

[notka]
[odsłuch]
Gdyby to była darkfolkowa płyta, na której przez czterdzieści minut śpiewałaby ta pani co w pierwszym utworze, to “Thrice Woven” byłoby na liście jakieś trzydzieści pozycji wyżej.

35. Skáphe – Untitled
skaphe.jpg
[odsłuch]
Skáphe utrzymuje piekielnie (hihi) dobry poziom.

34. Sinmara / Misþyrming – Sinmara / Misþyrming
GDOB2_25CH_001

[notka]
Bo “Ivory stone”.  Zapewne najlepszy blackmetalowy utwór 2017 roku. Druga strona splitu też całkiem ok.

33. The Caretaker – Everywhere at the End of Time – Stage 2
the caretaker

[notka]
Leyland Kirby i jego stara sztuczka – odcinek bóg wie który. Wiem, że jestem nabierany, ale co (mi) tam.

32. Slow – V – Oceans
slow.jpg
[odsłuch]
“Déluge” to dla mnie już niemal klasyk. Mieszanie funeralnego doomu z post-rockiem każdemu wychodzi na dobre.

31. Obituary – Obituary
obituary

[notka]
Sama zabawa, same bangery. I to na deathmetalowej płycie, która nawet nie jest deathmetalowa. Cuda i dziwy.

30. Power Trip – Nightmare Logic
power trip
[notka]
[odsłuch]
Umieszczam na liście thrashmetalową płytę. To samo w sobie najlepiej świadczy o jej poziomie.

29. Phoebe Bridgers – Stranger in the Alps
phoebe bridgers.jpg

[odsłuch]
Ten smutek jest prawdziwy, promieniuje. Czasem to wystarczy, by zasłużyć na wyróżnienie. Zresztą właściwie taki smutny indie folk, jeśli tylko dostrzegę w nim prawdę, to właściwie wszystko, czego mi trzeba.

28. Brand New – Science Fiction
brand new

[notka]
[odsłuch]
To nieprofesjonalne, ale ograniczę się do stwierdzenia, że “Science Fiction” mi się podoba. Nawet bardzo.

27. Demen – Nektyr
demen.jpg

[odsłuch]
Rzecz z innego świata, z innych czasów, a jednocześnie tak bliska i współczesna, leciutka i ciężka zarazem, oniryczna i niepokojąca. Do różnych wynalazków z wytwórni 4AD pewnie nigdy się nie przekonam. No to mam Demen.

26. Bell Witch – Mirror Reaper
bell witch
[notka]
[odsłuch]
Można nagrać płytę, która jest potwornie ciężka ze względu na sam kontekst (śmierć wokalisty), może być to płyta z zupełnej niszy (funeral doom metal), można nie iść na żadne ustępstwa (jeden ponadosiemdziesięciominutowy utwór), a mimo to stworzyć dzieło tak… uniwersalne, w jakże przewrotnym sensie przystępne. I monumetalne nie tylko ze względu na rozmiar.

25. Swans – Deliquescence
swans

Swans może nie słucha się na kolanach, ale nawiązując do wypowiedzi (nie)dawnej znajomej, jak się słyszy tych chłopaków, to się człowiek zwija w kłębek. Ich niedawne koncertówki zapowiadały to, co będzie, ta najpewniej zamyka pewien etap. Bardziej udanie niż ostatnia płyta studyjna.

24. The Ruins of Beverast – Exuvia
the ruins of beverast

[notka]
[odsłuch]
Jeden koleżka męczył mnie z tym The Ruins of Beverast. Czasem dobrze, gdy ludzie bywają równie uparci jak ja.

23. Myrkur – Mareridt
myrkur

[recenzja]
[odsłuch]
Przeglądałem kilka dni temu nowy numer pisma Teraz Rock. W takiej minirubryczce przedstawiają tam trzy recenzowane w numerach wcześniejszych płyty, które zasługują na szczególną uwagę, opatrując je króciutkim wyimkiem z recenzji. Przy “Mareridt” brzmiał on “blackmetalowe objawienie”. Niech tak będzie.

(tak, można się śmiać)

22. Converge – The Dusk In Us
converge
[notka]
[odsłuch]
Wreszcie zaskoczyło mi Converge. Choć na “The Dusk In Us” zaskakują raczej nieszczególnie. Nadal nie bardzo potrafię rozróżnić ich płyty na tyle, by móc je wyraźnie uporządkować w hierarchicznym porządku, więc przyjmuję – w pewnym uproszczeniu – że każda jest dobra. Ta również. A we fragmentach, w których zwalnia, wręcz kapitalna.

21. Arcade Fire – Everything Now
arcade fire

[notka]
Jako fan Abby propsuję. Niech dalej tak grają, bez oglądania się na utyskujących fanów, a będzie bardzo dobrze.

20. Foreign Fields – Take Cover Dark
foreign fields.jpg
[odsłuch]
Mój telefon spełnia kilka funkcji. Po pierwsze, odtwarza muzykę. Po drugie, służy za notatnik, gdy potrzebuję zapisać jakiś błysk, pojedyncze zdanie, które przypadkiem usłyszę, krótką myśl. Ostatnio, gdy przywróciłem ustawienia fabryczne (to naprawiło problem z usuniętymi aktualizacjami, ale żeby było ciekawie, rzęch tnie się od tej pory jak nie wiem), okazało się, że notatki przepadły. Żadna niespodzianka. W jednej z nich zawarłem zdawkową wersję na temat “Take Cover Dark”, czyli płyty będącej ponownym odczytaniem “Take Cover”, wydanej rok wcześniej. Owa refleksja brzmiał mniej więcej tak, że piosenki, przez które człowiek się rozpadał, same się rozpadły. Zabawne, jak niewiele zostaje. Po kimś, kto był, tylko płyty, które przypominają o tym, że ten ktoś nigdy nie wróci. Ponoć jestem najbardziej upartą istotą na świecie. Dlatego nie wiem, czy Foreign Fields przestanie być kiedyś moim ulubionym zespołem, bo za taki przyjąłem go uznawać. Ta wersja, niemal całkowicie pozbawiona partii wokalnych, zbudowana z jakichś szkieletów pierwotnych kompozycji, często zloopowanych, na których tylko czasem uda się nabudować coś innego (“Take cover”), jest nawet lepsza, bo wydaje mi się, że mniej bolesne dla mnie niż takie “When you wake up” w oryginale byłoby wbijanie przez pięć minut nadgarstkiem gwoździ w ścianę. Gwoździ zwróconych nie w tę stronę.

19. Ostraca – Last
ostraca

[odsłuch]
Srogie screamo.

18. Mastodon – Cold Dark Place (ep)
mastodon
[notka]
Przejmujący, spójny, zwarty materiał. Najciekawszy od czasów “Crack the Skye”. W duchu tamtej płyty. Szkoda, że to pewnie tylko taki skok w bok.

17. Pagan Altar – The Room of Shadows
pagan altar

[notka]
[odsłuch]
Smutniejsze i bardziej absurdalne od losów tego zespołu wydaje się tylko to, że “The Room of Shadows” jest jego ostatnią płytą. I prawdopodobnie najlepszą w dorobku. Nie lubię heavy metalu, za doomem też nieszczególnie przepadam, ale to, co robili ci goście, było i będzie absolutnie wyjątkowe.

16. Julie Byrne – Not Even Happiness
julie byrne.jpg

[odsłuch]
Julie Byrne była pierwszą z pań, które skradły mi w minionym roku serce. Nadal darzę ją szczerym i ciepłym uczuciem. Może szaleć za nią trudno, ale nie sposób jej nie lubić.

15. Corbin – Mourn
corbin

[odsłuch]
Bezkompromisowość black metalu, chłód coldwave’u, (po)nowoczesność cloud rapu. Słowem: r’n’b idealne. Idealne dla mnie. Z niezwykłym ładunkiem ekspresji i egzaltacji, bardzo emocjonalne i przejmujące.

14. Mering & Rosenberg – Myths 002 (ep)
mering rosenberg
[notka]
Mam chęć zagrać w Baldur’s Gate. Właściwie to w drugą część. Najlepiej zainstalowaną z tych płyt, które pożyczyłem sto lat temu koledze na wieczne nieoddanie.

13. Peter Silberman – Impermanence
peter silberman

[odsłuch]
Okładka mówi w zasadzie wszystko. Zarówno o poziomie płyty, jak i o jej charakterze. I gdybym w tej swojej ignoranckiej łepetynie zajarzył, że to pan z The Antlers, tobym się nie z(a)bierał do “Impermanence” tak… permanentnie. Przez jakieś pół roku. Polecam nie powtarzać tego błędu.

12. Kristofer Maddigan – Cuphead
kristofer maddigan

[notka]
[odsłuch]
Zbyt cienki bolek ze mnie, żeby ukończyć Cupheada na domyślnym poziomie trudności. Ze ścieżką dźwiękowej – mimo jej rozmiarów – trudności nie miałem.

11. Julien Baker – Turn Out the Lights
julien baker

[notka]
Albo to mój spóźniony zapłon, ale progres w stosunku do debiutu jest naprawdę niemały. Teraz mnie to bierze, chwyta, momentami wstrząsa, a rzucić na podłogę czy cisnąć mną w ścianę potrafi. W świecie, w którym królowałyby właśnie takie utwory, ten tytułowy byłby wielkim radiowym przebojem.

10. Nortt – Endeligt
nortt

[notka]
[odsłuch]
Nie spodziewałem się tego, mimo mojej szczerej sympatii do Nortt, że ten nieznany z imienia i nazwiska Duńczyk nagra najlepszą metalową płytę w 2017 roku. I to wcale nie dlatego, iż długo w ogóle nie spodziewałem się, że nagra jakąkolwiek. Nie mogłem też przypuszczać, że usłyszę na niej melodie, i że w ogóle będzie tak piękna, choć nie wiem, czy to określenie można przyłożyć do funeral doom metalu. Żadnego sprzedania się tutaj nie ma, rewolucji też nie, ale to wreszcie nie jest cień “Ligfærd”.

9. Ulver – The Assassination of Julius Caesar
ulver

[recenzja]
[odsłuch]
Jeśli pominąć epki, koncertówki, soundtracki i kolaboracje, to może się okazać, iż “The Assassination of Julius Caesar” jest najsłabszą płytą Norwegów. Tak, minimalnie gorszą od kompilującej pomysły z “Perdition City”, “Blood Inside” i “Shadows of the Sun” “Wars of the Roses”. Tak, gorszą od – jak się zdaje – bardzo wyszydzaną przez brać metalową “Messe I.X–VI.X”, do której wracam bodaj najczęściej. Tylko że różnice są różnice są niekiedy bardzo minimalne, a za to dzieło należy się przecież ósemka w dziesięciostopniowej skali. Wydana kilka miesięcy później epka pokazuje, że synthpopowa stylistyka, jeśli Ulver pozostanie jej wierny (w co bardzo wątpię, niestety), może być dla tego zespołu odpowiednia. Na pełnym albumie jest jeszcze trochę kombinowania, progresji, spojrzenia własną przeszłość, rozkroku, ale nie ma co, i tak znów zaskoczyli. I znów pozytywnie.

8. Susanne Sundfør – Music For People In Trouble
susanne sundfor

[notka]
[odsłuch]
Dowód na to, że nie trzeba cudować, by nagrywać cudowne płyty. Proste, banalne wręcz, te utwory też są chwilami może wręcz banalne, ale jakże prawdziwe.

7. Gas – Narkopop
gas

[notka]
odsłuch]
Tytuł mylący, ale nie mam pretensji, nie czuję się zrobiony w konia ani nabity w butelkę. Lubię takie techno, z nienachalnym, acz wyczuwalnym pulsem, i gdy nie zanika on w jakichś ambientach, jest naprawdę świetnie.

6. Winter Aid – The Murmur of the Land
winter aid
[notka]
[odsłuch]
Jeszcze kilka miesięcy i ta płyta byłaby pewnie na podium. Gdy wypowiedziałem się na dawnym blogu o epce, osoba, którą mi ją poleciła, była zaskoczona – fakt, że miło – iż mi się podobała. Na “The Murmur of the Land” początkowo trochę kręciłem nosem, bo raz, że nie zmieścił się tutaj jeden utwór z tamtego wydawnictwa, a dwa, że ten najlepszy został jakkolwiek zmieniony, co uznałem za wręcz świętokradztwo, ale ogólnie to wszystko jest wspaniałe, wszystko jest bolesne, czepiać się nie mam do czego.

5. Nadia Reid – Preservation
nadia reid
[notka]
[odsłuch]
❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤

4. William Basinski – A Shadow in Time
william basinski.jpg
[odsłuch]
Jedna z lżejszych i łatwiejszych jego płyt, spuentowana wprawdzie jednym z najpopularniejszych motywów w dorobku tego pana (tym z “Melancholii”), a więc odtwórcza, no i nieszczególnie porywająca (tj. tylko dobra) w drugiej części, ale w tej poświęconej Davidowi Bowie to Basinski w wielkiej formie.

3. Kari Rueslåtten – Silence Is the Only Sound
kari rueslatten

[notka]
Babka ze Storma na ćwierćwiecze kariery artystycznej nagrywa dzieło życia. Bardzo intymne (choć niekoniecznie wyciszone), którego nie doceni zapewne szersze grono słuchaczy, a szczególnie brać metalowa, ale to już problem tych, co wzruszą ramionami.

2. Slowdive – Slowdive
slowdive

[recenzja]
Dość powiedzieć, że to nie jest najgorsza płyta Slowdive. W tej opinii bez wątpienia odosobniony nie będę. Ale już uznając “Falling ashes” (oby rzeczywiście poszli później w tę stronę!) za jeden z dziesięciu ich najlepszych utworów – licząc wszystkie demówki – mogę sprawić, że ktoś popatrzy na mnie pogardliwie i popuka się w głowę. Kurczę, to już bardzo wiele, że wrócili. A że zrobili to w taki sposób, to już w ogóle coś pięknego. Naśladowców mogą mieć całe mnóstwo, ale w tym przypadku uczeń nigdy nawet nie doścignie mistrza.

1. Nyctalgia – A Hint of Eternity
nyctalgia
[recenzja]
[odsłuch]
Listy uważam za najwyższą z literackich form. Te, które trzymam w szufladzie biurka (pewnie na wypadek, gdybym chciał sobie coś zrobić… a bym nie umiał), w warunkach sprzyjających mogłyby zostać wydane i przejść do kanonu, bo nawet nie dlatego, że próbuję być teraz na próżno zgorzkniale złośliwy albo w ogóle niewiele czytałem, tak mi się coś wydaje, że właściwie dowolny, zupełnie zwyczajny wyimek któregoś z nich to zwyczajnie jedna z najlepszych próz, z jakimi zdarzyło mi się obcować. Zdumiało mnie, gdy przesiedziawszy pół roku nad próbą sformułowania własnej literackiej wypowiedzi (jak zostanę sławnym pisarzem, którym ponoć mógłbym zostać, bo mam talent, warsztat i nie jestem mniej zdolny od krajowej czołówki, jak utrzymywała pewna redaktoreczka, to nie omieszkam poinformować), dotarło do mnie, jak bardzo przesiąkłem rytmem wypowiedzi tamtej osoby, do jakiego stopnia bezwiednie można pisać tak, jak pisałaby ona, gdyby zechciała samą siebie jakoś upamiętniać. No ale właściwie chodzi mi o to, że w jednej z kopert znajdował się także szkic okładkowej grafiki z “A Hint of Eternity”, znanej na długo przed premierą płyty. To samo w sobie jest dla mnie wystarczającym argumentem, by to właśnie pełnoprawny debiut Silvio Pfiffnera umieścić na szczycie listy. Nie wiem, czy na jakikolwiek inny krążek w życiu tak czekałem. Jestem nieco rozczarowany, ale to i tak obiektywnie (tzn. nie obiektywnie, ale pominąwszy wszelkie osobiste odchyły) najlepsze, co wyszło w minionym roku. I właściwie nie wracam do tych utworów

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s