??? – W lesie indygo (very raw demo) (2018)

w lesie indygo

Mam problem. Bo chcę – choćby to była fanaberia – napisać o płycie. Tak wyjątkowo. Zebrać refleksje, w uporządkowany i chłodny sposób spróbować je wysłowić, a następnie zgrabnie podsumować. Jednak za każdym razem, próbując zasiąść do tego, uciekam w siebie. W tę część, która została. Powzięty zamiar przypomina próbę zanurzenia się w sięgającej kostek wodzie. I wtedy szukam – tak teraz myślę – swoistego zrozumienia w dziele, które sam chciałbym zrozumieć. Myślę o czymś, czego przecież nie stworzyłem, jako o tym, co mogłoby wyrażać moje własne lęki i bolączki, być przyzywaniem osobistych demonów. Wynajduję paralele, znajome dykcje, pokrewne stany, znajome emocje. Tak myślę, czy to nie jest poniekąd to, o nader często mnie posądzano w ostatnim czasie, a mianowicie pewna przemądrzałość, poczucie, że sam wiem lepiej, co autor miał na myśli, jak się czuł… Jedna mądra osoba – jedna z wielu, które wydaje się, że w minionym roku utraciłem – z pełnym przekonaniem mówiła mi o tym, że empatia opiera się na rozumie. Potrafię, i chcę, zgodzić się z tym dopiero teraz. Trochę późno. Ale jeśli już myślę, to wolno. Toteż sądzę, że nie chodzi tu o to, iż świadomość, że ktoś, choćby ktoś zupełnie obcy, może przeżywać coś podobnego, podobnie głęboko, osłabia dojmujące poczucie samotności absolutnej. Rozumiem porywy serca. Nawet takiego, które zostało już porwane. Na strzępy. Wiem, że czas absolutnie niczego nie zmienia, nie leczy ani nie zabliźnia ran; wiem, że rozpacz wprawdzie krzepnie, ale wciąż jest wrzącą lawą, skrytą jedynie nietrwale pod cienką skorupką. Rozumiem poczucie winy, przeświadczenie o słabości dzieła, gdy taki poryw już się dokonał. Pomijam fakt, że walor jakichkolwiek tutejszych tekstów jest w najlepszym razie znikomy, większość z nich powstała w swoistych stanach rozpaczliwej manii, albo manii zwyczajnej (jeśli nie są rozżalone), “natłukłem” w ten sposób mnóstwo wierszy, próz, bzdur jakichś do szuflady albo na porzucone już facebookowe strony, i ogólnie rozumiem, jak to jest obudzić się następnego dnia na kacu po czymś takim (bo ktoś – nie daj boże – przeczytał albo co gorsza, wysłał wiadomość); rozumiem też, co to poczucie winy, jakiekolwiek, mógłbym książkę o tym napisać, gdybym był trochę zdolniejszy; mógłbym bo zachciało mi się dać opętać socjopatce, i tak nie wyswobodzić się przez kilka lat, co pozostawia w człowieku ślad tak wyraźny, że nikomu bym nie życzył podobnej przeprawy. Wtedy usprawiedliwiała mnie swoista dobrotliwa naiwność, jakże charakterystyczna dla równie zwyczajnych i prostych osób jak ja, teraz zaś mój wywód może usprawiedliwiać fakt, iż garścią refleksji podzieliłem się drogą mniej formalną z samym autorem, co samo w sobie ma dla mnie wagę i wartość, więc po trosze mam z głowy, ale jednak chciałbym coś powiedzieć, coś dodać. To demo może dotrzeć do szerszej publiki, jeśli tylko będzie mieć szansę. Polecałbym je fanom muzyki gitarowej, w ogóle osobom, które posługują się terminem “muzyka gitarowa”, i nawet jeśli byłaby w tym pewna przewrotność, pewnie i złośliwość, to przecież nie ma nic zdrożnego w polecaniu tego, co wartościowe. Powiedziałbym, że to (neo)folk, jakiego nie było, mając przy tym nadzieję, że takie hasło nie wybrzmi po czasie jakże smutno i smętnie, jakże głucho i cicho. Na tym demie wszystkiego jest jakby mniej niż wcześniej, wszystko jest jakby bardziej stonowane, ale to dobrze, tylko lepiej, wszystkie interludia, wstępy i postludia wzmacniają wybrzmienie oszczędnie dawkowanych partii wokalnych, przywodzących na myśl zarówno drugą, jak i trzecią Siekierę, całość nadal osnuwa charakterystyczna dla tego projektu nadrealność, dwojako rozumiana senność, umownie potraktowana warstwa brzmieniowa, ogólnie to rzecz bardziej wymagająca intelektualnie niż dema wcześniejsze (dla mnie za bardzo, ale dla mnie strona tekstu jest epopeją), bo nie uderza w nas fala rozpaczy, tylko musimy sami pogrążyć się w jej toni, w jej tonach, tak emocjonalnie-chłodnych, tak w dalszym ciągu przesiąkniętych, przesyconych bólem, który zdążyło się przeżyć, przeżuć i pojąć, przez co wrósł mocniej, zakorzenił się jeszcze skuteczniej. Nie sądziłem, że ??? zostanie  “wskrzeszone”. Mam za to pełne przekonanie, że warto się z nim zapoznać.

Posłuchać można tutaj.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s