Michał Witkowski – Wymazane (2017)

michał witkowski.jpg

Nie wierzę prozaikom. Wniosek ten formułuję po raz pierwszy, a że nie czynię tego w formie wierszowanej, to niedowierzanie nie będzie reakcją w złym tonie. Nie dalej jak wczoraj – a właściwie to dalej, bo przed trzema dniami, ale tak brzmi się mówi – próbowałem bezskutecznie wskazać z nazwiska autora prozy, którego ceniłbym sobie szczególnie. Na myśl, raz za razem, przychodziły takie, które kojarzyć można raczej z poezją i dramatem. Wolę pomyśleć – albo przynajmniej sugerować – że nie jest to spowodowane faktem przeczytania w życiu zawstydzająco małej liczby (bo przecież nie ilości) książek.

Michałowi Witkowskiemu zaufałem. Niewiele mnie to wówczas kosztowało, bo zgarnąłem “Zbrodniarza i dziewczynę” w jakiejś wyprzedaży, ale jak to z zaufaniem zwykle bywa, prędzej czy później zostanie zawiedzione. I właściwie za każdym kolejnym razem, kiedy chciałem więcej – albo dawałem ostatnią drugą szansę – mogłem jedynie zachodzić w głowę, co też ja w nim widziałem.

Oczywiście przesadzam. Nie chcę za to przesadzić z przytaczaniem fabuły – na szczęście dość pretekstowej – bo tego nie lubię i unikam. Zawsze będę wspominał sytuację, kiedy chciałem obejrzeć w telewizji któryś z filmów Kieślowskiego, co zresztą zrobiłem, a dwuzdaniowe streszczenie w programie objęło tę pozycję w tak, że autorowi udało się zdradzić CAŁĄ fabułę obrazu. Gratulacje.

“Wymazane”, najprościej rzecz ujmując, wydaje się książką Michała Witkowskiego napisaną przez Michała Witkowskiego. Nie autoparodią. Raczej czymś w rodzaju stylizacji na samego siebie. Fanfikiem z nieistniejącego uniwersum pióra osoby, w której umyśle owo uniwersum się stwarza. Można odnieść wrażenie, że szło zbyt dobrze, by mogło się udać. Być może wcale nie, być może całość rodziła się w bólem, ale jest z nią tak, jakby powstała mimochodem, a to z reguły – tak myślę, mam prawo – nie wróży nic dobrego. Nadal mnóstwo tu dygresji, wycieczek w odległą przeszłość, braku istotnego skrępowania, ale to już było, wszystko było, a to, co mamy, nie bardzo zaskakuje, nie może zaszokować.

Autor nie ma kompleksu prowincji, zapewne dlatego, że na to, co obce i egzotyczne, patrzy ze wskazanego w obserwacji zjawisk egzotycznych i obcych dystansu. By podać banalny przykład, taka “Piaskowa Góra” Joanny Bator była ze względu na ów kompleks pisarki rzeczą absolutnie nieczytelną (tj. nienadającą się do czytania). Tytułowe Wymazane, znamiennie nazwana fikcyjna miejscowość położona na północ od Suwałk, jest w istocie fikcyjna. Nie ma w niej, podobnie jak w mieszkańcach tejże, romantyzmu czy magii, ale też nie o to chodzi, by była. Nawet w takim miejscu zachodzi podział na lokalizacje – powiedzmy – bardziej i mniej prestiżowe, który wyznacza płynąca tamtędy rzeka. Może tylko nieco na siłę wszystko musi być w całej tej szarudze i beznadziei osobliwe i jakieś.

Główny bohater jest interesujący. To taki piękny chłopaczek, zresztą o nazwisku Piękny, Damian Piękny, któremu mało tego, że urodził się i żyje w miejscu, do którego z racji swojej światowej (a przynajmniej warszawskiej, wszak nasza stolica jest jakąś mityczną krainą) urody nijak nie przystaje, to jeszcze fizycznie pociągają go tylko – przepraszam za dosadność określenia, ale jest ono w duchu książki – stare baby, będące jednocześnie zbiorowym adresatem dedykacji “Wymazanego”. Ale nie dokończyłem. Zatem jest interesujący. Z perspektywy autora. Gdybym był Michałem Witkowskim, tobym pewnie z chęcią stworzył pozycję, której głównym bohaterem uczyniłbym właśnie taką postać. Szkoda, że sam Witkowski pojawia się jedynie w epizodzie – fakt, że kilkakrotnie przywoływanym (przyjeżdża na spotkanie autorskie do biblioteki w Wymazanym, która to biblioteka w momencie dziania się zasadniczej fabuły już nie istnieje) – bo według mnie jest zdecydowanie najciekawszą osobą, jakie pojawia się w jego prozie. Potrafi napisać – czy też wykreować – siebie w sposób niezwykle ujmujący i brawurowy. Do czegokolwiek, co albo ma pozór zmyślenia, albo pozbawione jest pozoru prawdy, nie ma ręki i szczęścia.

Nie będę się denerwował. To niezła książka, przyzwoita. Tylko że akurat od Michała Witkowskiego nie oczekuję, by pisał książki przyzwoite. Nadal wierzę, że facet ma zbyt duży potencjał, by tak nonszalancko go trwonić. Albo złośliwie ukrywać. Dlatego zamierzam wrócić do zarzuconego – nie wiedzieć czemu – “Lubiewa” (lekturę wielu książek kończę, zanim ją zacznę, no offence), a o tej pozycji – i tak zdecydowanie lepszej od “Margot”, a chyba nie gorszej niż osławiony “Drwal” – nie będę (nie)długo pamiętał. No, może poza samą końcówką, klamrą, bo tu świetnie udało się ukazać pewne przenikanie. Niestety przenikliwość całości, mimo erudycji i poczucia humoru autora, jest dość pozorna. Trochę szkoda.

(Michał Witkowski, Wymazane, Kraków 2017)

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s