</3

</3

50. Radiohead – A Moon Shaped Pool (2016)
radiohead.jpg
Nie powiem, że lubię tę płytę. Raczej niespecjalnie. Pamiętam takie zdanie, wypowiedziane w kontekście relacji międzyludzkich, tu nie o sympatię chodzi. No ale lubię ją, tę płytę, trochę bardziej niż na początku, gdy odczytywałem ją bez osobistego kontekstu. Później zrosła się z pewnym czasem, a więc i wrosła we mnie, i teraz próbować się od niej oderwać to jak zrywać świeże strupy zasklepiające rany. I nic, że  one i tak same zaczną się ponownie babrać.  Moment w którym zaczynam mieć jakże znajome problemy z oddychaniem i zwyczajowym powściąganiem jakichkolwiek emocji, to “Present tense”.

49. Low – I Could Live in Hope (1994)
low
25 kwietnia 2016. Zanim wybrzmiewają ostatnie dźwięki standardu “Sunshine”. Dzielę się nim – och, jakże to banalne! – z kimś, komu winienem oddać wszystko. Teraz, gdy wybrzmiało to, co podniosłe i zdolne podnieść (nie tylko na duchu), nie umiem sobie wyobrazić bardziej okrutnego żartu niż zakończenie takiej płyty w ten sposób. Trochę mi się kojarzy z opowiadaniem tamtej osoby, niezwykle bolesne w wymowie i jasne w swej ciemności, wyzute z nadziei i życia, które nagle urywa się poprzez szczęśliwe i zupełnie niewiarygodne zakończenie. Tamto wynikało zapewne z faktu pisania pod tezę, na temat konkursowy (zresztą ów konkurs wygrała, co przy tej skali talentu wcale mnie nie dziwi), tutaj zaś nie jest żadnym spełnianiem wymogów, ale równie mocno podkreśla charakter całości. Gdyby ktoś chciał nagrać bardziej apatyczną płytę, musiałby… nic nie nagrać.

48. Opeth – Damnation (2003)
opeth
Muzyka Opeth wydaje mi się na ogół wyjałowiona z emocji i trudno uzasadnić mi aprobatywny stosunek do większości ich dorobku czymkolwiek poza sentymentem, choć z kolei wydaje mi się, że raczej w tym przypadku on nie występuje. Takich paradoksów znalazłbym zresztą więcej. Może chcę uhonorować Szwedów za to, że gdy przed paroma dniami słuchałem “Damnation”, to na wysokości “Hope leaves” przyszło mi na myśl ułożenie takiej listy. Usłyszałem bowiem coś więcej niż wcześniej. Coś więcej niż ładną piosenkę. I połapałem się, że całe “Damnation” jest czymś więcej niż zbiorem ładnych piosenek. Czymś więcej niż być może najbardziej udaną ich płytą.

47. Spiritualized® – Ladies and Gentlemen We Are Floating in Space (1997)
spiritualized
Najpierw poskarżę się, że to jeden z opisów, który muszę pisać po raz drugi. Taki urok sporządzania szkiców w windowsowym Notatniku. W każdym razie, zacząłem chyba od tego, że pierwsze wspomnienie, jakie przywołuje ta płyta, za sprawą utworu tytułowego, to jedyne udane wykonanie “Can’t help falling in love” Presleya, które nieintencjonalnie, ale może szczęśliwie przepadło. I tak jak Grechuty nie spotkało nic lepszego niż “Do Grzesia” Nagrobków, tak i Presley nie doczeka – zresztą tamtej również nie doczekał, obaj nie doczekali – większej nobilitacji. Dziwnie pisać o czymś, czego nikt, łącznie ze mną, nie może usłyszeć, więc wspomnę, że na płycie Spiritualized jest jeszcze jedenaście innych piosenek, które niezależnie od tego, jak będą i są dobre, pozostaną przy otwieraczu jedynie jedenastką innych piosenek.

46. Blur – 13 (1999)
blur.jpg
Patrz wyżej. “No distance left to run” to potwór. Do dziś powien lecieć do oporu w komercyjnych rozgłośniach radiowych, choć podejrzewam, że nie leciał nigdy. Dla mnie na wysokości wstępu to już jest za dużo. Co do płyty, to im bardziej Damon Albarn się pogrąża i zagrzebuje, tym lepiej wychodzi na tym cały zespół. Gdy unika tematu, umyka uwaga i zainteresowanie. Summ summarum, jest na tyle dobrze, by poczuć się źle.

45. Pezet – Muzyka emocjonalna (2009)
pezet.jpg
Celowanie we wrażliwość egzaltowanych licealistek. Zbędne remiksy. Mnóstwo wyrachowania. Jednak skala talentu Pezeta pozwoliła na tak dobrą realizację konceptu (nawet się o to nie obrażam), że to dla mnie jedna z istotniejszych pozycji w całym rodzimy rapie. Doceniam ją tym bardziej, że pamiętam, jak podobne próby podejmowali tacy zawodnicy jak Rover czy L.U.C. Obie należy skwitować milczeniem. I zastanawia mnie tylko, jak mogłem wykazać zainteresowanie kimś, kto mimo gruntownego wykształcenia, tęgiego umysłu, niespotykanej erudycji i wrażliwości mógł twierdzić o ostatnim z panów, że byłby zdolny pisać – cytuję – megapoezję. No tak, ja też bym mógł. Tylko że wszyscy powinniśmy – wzorem jednego z moich profesorów – przestać to robić. Dla dobra poezji właśnie.

44. ABBA – The Visitors (1981)
abba
Najlepiej byłoby napisać o “The day before you came”, bo to utwór zasługujący na elaborat, ale traf chciał, że powstał już po nagraniu przez zespół ostatniej płyty. Płyty, jakiej pewnie trudno było się spodziewać. Dało się pójść o krok dalej, czego dowodzi wspomniana kompozycja, ale trudno to zrobić, gdy krok, który się robi, jest ostatni. Zresztą “Like an angel passing through my room jest równie udanym pożegnaniem.

43. Anathema – Eternity (1996)
anathema.jpg
“Angelica”. Kto wie, czy to nie najbardziej liryczny utwór, który ma cokolwiek wspólnego z metalem. Nie wstrząsa już tak jak przed laty, całe “Eternity” zresztą podobnie, ale to nadal bodaj szczytowa rzecz z “klimatów” lat 90. O dziwo, niedoceniana nawet przy spojrzeniu na dorobek samej tylko Anathemy.

42. Archive – You All Look the Same to Me (2002)
archive
Odnoszę wrażenie, że dla każdej osoby, która znaczyła dla mnie więcej niż wszystkie inne, “Again” znaczyło więcej niż wszystkie inne utwory. Nie doceniałem ani tego kolosa – na glinianych nogach, wydawało mi się – ani “You All Look the Same to Me”. Może w ogóle mam problem z docenianiem. Pamiętam, że pewnej nocy przyśniła mi się jedna z tych osób, a nazajutrz w sklepie odnalazłem tę płytę, choć wydaje mi się, że nigdy wcześniej nie wdziałem jej na półce. Tego samego dnia napisałem – o zgrozo – jeden z bardzo niewielu jakkolwiek udanych wierszy, “spinających” w sobie oba “wydarzenia”, później przywołany w dwóch jednowersowych fragmentach w książce, której pewnie nie odważę się wysłać do wydawców, choć gdy spojrzeć na to, co zamyśliłem i chciałem przekazać, jest to rzecz pełna i przekonująca. Mniej więcej jak ta płyta.

41. Crowbar – Odd Fellows Rest (1998)
crowbar.jpg
Trudno o lepiej dobraną nazwę zespołu. Crowbarowi, szczególnie na “Odd Fellows Rest” właśnie, udaje się coś tak pozornie banalnego jak pogodzenie ciężaru riffów z ciężarem emocjonalnym samej muzyki i towarzyszących jej tekstów. Szczególnym przykładem jest “Scattered pieces lay”, bo gdy tam gitara zaczyna płakać, człowiek robi to samo. Powiedziałbym, że to nie jest płyta dla każdego. Bo nie jest. Ba, powiedziałbym nawet, że jest dla twardzieli. Takich z ogromnym sercem.

40. Beach House – Depression Cherry (2015)
beach house.jpg
Mam takie wspomnienie, że chcę posłuchać tej płyty, ale już mi zmęczenie nie pozwala, a jeszcze jej nie słyszałem, zdążyłem dopiero poznać przyjemną fakturę pudełka, więc tylko włączam sobie, stojąc przy odtwarzaczu, fragmenty kolejnych kompozycji. Całe miesiące później, zupełnie nagle, uświadamiam sobie, że “Levitation, jakże urzekające swoją lekkością do tej pory, w pewien sposób opowiada o jedynym dniu w moim życiu, kiedy przez chwilę czułem się szczęśliwy, właściwie nawet pogodę wówczas panującą potrafi oddać, i tak ciąży, tak przytłacza, tak dusi, że nawet teraz, pisząc i słuchając, muszę sobie zrobić przymusową przerwę, by dojść do siebie, więc może urwę.

39. Fleetwood Mac – Rumours (1977)
fleetwood mac.jpg
Przez długie miesiące chodziłem za tą płytą, bo tak myślę sobie, że jak będą mieli, to kupię, ale żeby specjalnie zamawiać, to nie, nie ma potrzeby, i pojawiła się wtedy, gdy poszedłem kupić inną (konkretnie “13” Blur). Dla mnie kończy się ona na “The chain”, do tego momentu trzymając poziom (apogeum osiągają być może na wysokości “Go own your way”), do jakiego trudno byłoby się komuś zbliżyć. I ten cudny jam, jakim ten utwór przechodzi w ciszę, to właściwie kwintesencja i wizytówka całego divorce popu, a na podstawie tego, jakie jego użycie funkcjonuje w świadomości Brytyjczyków, można tłumaczyć, co to znaczy “wyjąć coś z kontekstu”.

38. Forest of Shadows – Where Dreams Turn to Dust (2001)
forest of shadows
Kto kojarzy tę epkę? Nie mówię o osobach, dla których death doom metal jest najbliższą ze stylistyk, jeżeli w ogóle istnieją takie osoby. Osobliwe, że jedno z największych dokonań w swojej niszy pozostaje nieznane nawet dla wielu jej sympatyków. Muzyka zwana ekstremalną rzadko bywa czymś więcej niż kliszą, lepszą bądź gorszą, odpustowym diabełkiem, raczej nudzi niż porusza. Kołacze mi w głowie taki komentarz, dotyczący utworu “Wish”, że pan wokalista jest niezwykle smutny. Tak, kiedyś nawet takimi rzeczami próbowałem bogu ducha winne osoby katować, ale to było dawno. Wydaje mi się, że wszystko było dawno.

37. The Arrogants – Your Simple Beauty (2000)
the arrogants.jpg
Tutaj z kolei przypominają mi się inne słowa, wyartykułowane w kontekście “Let you down”, które zawierały refleksję, że ów utwór bardzo do mnie pasuje. Jako że o żadnym innym nikt niczego podobnego nie powiedział, to tak przechowuję pamięć tej pozornie abstrakcyjnej konstatacji. Trudno, zacząwszy w ten sposób, użyć jakichkolwiek przymiotników, spróbować cokolwiek napisać o płycie. Smutne, że jest jeszcze bardziej nieznana i niszowa, jak się zdaje, od opisanej przed chwilą. Ktoś powie, że to jeden z tysięcy zespołów, dość przypadkowy, ale zawsze coś decyduje o tym, że ten jeden z tysięcy jest właśnie tym, który zakorzenia się w świadomości i zyskuje tożsamość.

36. Carissa’s Wierd – Songs About Leaving (2002)
carissa's wierd.jpg
Broniłem się przed “Songs About Leaving”. Nie musiałem się nawet przy tym szczególnie wysilać, wystarczyło się nastroszyć, zamknąć w kolczastej skorupie, zza niej rzucać, że to jakieś hipsterskie pitu-pitu, ale jakby ktoś miał podobne refleksje, to niech zacznie od końca, włączy sobie to, i uwierzy, że zanim muzycy wymierzą mu ten ostateczny cios, to taki znawca-niedowiarek będzie już zgruchotany, połamany i rozbity.

35. Nick Cave & The Bad Seeds – The Boatman’s Call (1997)
nick cave.jpg
Na potrzeby dawnego blogu, zresztą zupełnie niepotrzebnie, popełniłem tłumaczenie tekstu (Are you) the one that I’ve been waiting for?, konkretnie adresowane, które dokumentnie zepsuło mi przyjemność płynącą ze słuchania, bo ilekroć słyszę tam głos Cave’a, w głowie dźwięczą mi własne wersy.  Brrr. I czuję jedynie zażenowanie. Oczywiście chciałem wówczas przede wszystkim wyrazić swój brak zrozumienia wobec dokonywania podobnych zbrodni. A tak to wszystko jest fajnie. I jednocześnie do niczego. Nawet to, że Nick śpiewa raz do żony, a raz (d)o PJ Harvey. No i ta płyta wyraźnie blednie i blaknie, jak ją porównać ze “Skeleton Tree”.

34. Bruce Springsteen – Tunnel of Love (1987)
bruce springsteen.jpg
Na początku nieco mnie mierziło całe to krycie się, kombinowanie, historyjki jakieś, jakby ktoś miał się nabrać na to, że tematyka utworów nie ma związku z biografią autora. Koiło mnie niepokojące “Valentine’s day”, z czasem coraz więcej mogłem wybaczyć, coraz więcej wynaleźć tu dla siebie. I tak najbardziej wryły się po(z)mroczne wędrówki przez miasto z rzeczonym utworem w słuchawkach, najmocniej mnie te właśnie dźwięki i wersy rozrywały, ale z czasem, jak sam nie umiałem wzrosnąć jakoś i powstać, rosły te piosenki, w których i duszy, i serca jest przecież bardzo dużo. Poza tym “Tunnel of Love” to świadectwo, że można być Bossem i nie zgrywać bóg wie kogo.

33. Winter Aid – The Wisp Sings (2013)
winter aid.jpg
Najmilszą pamiątką, jaką przechowuję z siedmioipółletniego okresu prowadzenia poprzedniego blogu, wiąże się bodaj z niepozorną notką, w której pojawiły się dwa słowa o “The Wisp Sings” właśnie. Osoba, która poleciła mi utwór tytułowy, była rozbawiona faktem użycia przeze mnie znaku zapytania przy próbie klasyfikacji gatunkowej tej muzyki. Powiedzmy, że ów uśmiech, nawet wynikający z mojej ignorancji, znaczył więcej niż mogłoby znaczyć cokolwiek. Przy okazji wyraziła zdziwienie tym, że mi się spodobało, bo nie przypuszczała. Ja też nie mogłem przypuszczać. Dziś te trzy piosenki są dla mnie niemal bezcenne.

32. Literature – Arab Spring (2012)
literature.jpg
Komu próbowałem cokolwiek stąd puszczać, ten już tego nie zapomni. Nie żeby fakt prezentowania przeze mnie jakiejś muzyki był istotną traumą. Zresztą to nie jest jakaś muzyka – to jest muzyka, która jest JAKAŚ. Ewokuje kwitnące łąki. A nic nie dołuje mnie bardziej niż wiosna. Wypada tylko pójść za las, stanąć na jakimś pagórku, zapętlić takie “Grifted” i, no nie wiem, tańczyć. Ze łzami w oczach, jak w innej piosence.

31. Wojtek Cichoń – Działa zabrane (2012)
wojtek cichoń.jpg
Wojtek Cichoń, jeśli mogę sobie pozwolić na taką refleksję ignoranta, który na półce ma najwyżej z pół setki tomików wierszy, to stwierdzam, że Wojtek Cichoń jest najbliższym mi polskim twórcą mojego pokolenia rzeźbiącym w słowie. Pamiętam, jak spontanicznie “zrecenzowałem” i tę płytę, i późniejszą solówkę Kidda, spontanicznie oddając styl autora, i za pierwszym razem nie byłem w stanie kilku osób skutecznie przekonać, że to naprawdę mój – w dodatku niezbyt poważny – tekst, bo przecież słyszę, jak on to nawija. Ale chcę jedynie powiedzieć, jak ważna to dla mnie postać. A jak ważna jest ta płyta, powiedzieć pewnie nawet nie umiem. Nie uważam, by stanowiła zapis jakiegoś chaosu, by wielkie i ważne mieszało się tu z nieistotnym i nikłym, bo według mnie, jeśli zmienia się ton, to jest to jest zmiana… horyzontalna, rejestr pozostaje niezmienny, niezmiennie wysoki. “A życie toczy się dalej”. Podobno. Za dziesięć lat ta płyta będzie pomnikiem.

30. Bon Jovi – These Days (1995)
bon jovi.jpg
Nawet jako niegdysiejszy fan, i to dość zagorzały, muszę przyznać, że największe dokonanie zespołu stanowi płyta, z której przeciętny Kowalski nie kojarzy pewnie żadnego utworu (mimo pięciu singli!), a i sam nie mam do niej sentymentu z okresu wczesnych lat nastoletnich. Potem było już tylko bardzo słabo. Tu, za sprawą choćby takiego “(It’s hard) letting you go” grupa wchodzi na szczyt. Być może skryty w chmurach, co tłumaczyłoby, dlaczego pozostaje niewidoczna z dołu. W jakimś sensie są to Himalaje depresji, nawet jeśli zmyślnie wykoncypowanej, i płyta, którą dziś powinni grać w całości na koncertach. Nawet jeśli mieliby je dawać w małych klubach, a nie na wielkich sportowych arenach.

29. Dear Euphoria – Dear Euphoria (2007)
dear euphoria.jpg
Słyszałem, że ta muzyka byłaby niezła, czy też akceptowalna, gdyby nie wokale. Ponoć mam koszmarny gust do kobiet, także do wokalistek, co może być prawdą, ale tylko połowiczną. I chyba cierpię na podobną przypadłość co ta pani. Z tą różnicą, że nie piszę piosenek, a jeśli coś piszę, to nie dla chłopców. Reszta się zgadza. Z resztą nie mogę się pogodzić. Cóż, może czasem dobrze trafić na kogoś, kto pozostawi po sobie przynajmniej muzykę, na którą samemu nigdy by się nie trafiło.

28. múm – Finally We Are No One (2002)
mum.jpg
Najlepszy, nieładnie mówiąc, towar eksportowy Islandii. Wystarczy sobie uzmysłowić, co muzycznie ten kraj ma do zaoferowania, by było oczywiste, że ranga komplementu jest spora. A gdyby ktoś stwierdził, że nie ma piękniejszej puenty płyty niż “The land between solar systems”, tobym się z kimś takim nie kłócił. Jeśli porzucić pozorny infantylizm, bijący choćby z okładki, okaże się, że w tej muzyce jest niespodziewanie niewiele światła i niewinności, za to bardzo wiele dojrzałego i wciąż dojrzewającego smutku. Na następnej płycie przybierze on chwilami monstrualne wręcz rozmiary, ale to tutaj udało się to, co negatywne i bolesne, najpełniej ująć i ujarzmić.

27. Lykke Li – I Never Learn (2014)
lykke li.jpg
Życzyłbym sobie – i innym, choć “I Never Learn” przyjęto raczej chłodno – więcej takich popowych płyt. Szczerych, impulsywnych, brudnych, niecyzelowanych. I co nie mniej istotne, pozbawionych wypełniaczy (no, może jest jeden, ale nie czepiajmy się – pozostałe osiem utworów to [potencjalne] przeboje). Zresztą zamiast pisać, zadam pytanie: jak album, z którego na singiel nie łapie się “Just like a dream”, może być kiepski?

26. Townes Van Zandt – Our Mother the Mountain (1969)
townes van zandt.jpg
Skala talentu tego człowieka nieodmiennie mnie zdumiewa i zachwyca. Townes był bardzo dobrym wokalistą, świetnym songwriterem i… poetą. Po prostu poetą. Nie bardzo wiem, co tu opowiadać. To mniej więcej jak z kolegą, który nie mógł sobie przypomnieć słowa i został poproszony, by powiedzieć pierwsze, jakie przychodzi mu do głowy, wskutek czego z supportu wyszło drzewo (cokolwiek to znaczy), bo i mnie na myśl przychodzi drzewo. To jedno, pod którym siedziałem, w wąskim pasku chłodnego cienia, próbując porządkować chaos myśli. Nie do końca wychodziło, a w tamtym miejscu obecnie jest już raczej goła polana. “Our Mother the Mountain” to tylko jeden ze zbiorów piosenek. Takie moje nieśmiałe wskazanie. Przekrojowo to w moim odczuciu jedna z największych osobowości, jakie pojawiły się na scenie muzycznej w XX wieku. Bardzo możliwe, że największa.

25. Peter Hammill – Over (1977)
peter hammill.jpg
Nie przypominam sobie, bym w przypadku jakiejkolwiek innej płyty przerwał pierwszy odsłuch z powodu konieczności ochłonięcia i dojścia do siebie. Tak było tylko z “Over”, gdy siekło mnie “This side of the looking glass”. Zdumiałem się po pewnym czasie, przeglądając przeładowany Hammillem program pożegnalnej audycji Tomasza Beksińskiego, że nie zabrzmiał wówczas ani jeden utwór z tej płyty. Całość bardzo mocno utkwiła w mojej świadomości. W postaci obrazów. Figur. Metafor. Uczuć. Czemu tak się programowo nie gra progresji?

24. Doc Corbin Dart – Patricia (1990)
doc corbin dart.jpg
Bałbym się tego człowieka. To, jak w jego utworach, w jego słowach, nieukojona rozpacz miesza się z nieujarzmionym szaleństwem, wręcz z czymś na granicy obłędu, jest czymś niespotykanym. Mnie (za)chwyciło od razu. Wystarczy sprawdzić utwór tytułowy, posłuchać refrenu, wytrwać do nagłego przyśpieszenia tuż po nim, do tych momentów, gdy wszystko się rozjeżdża i rozpada, a powrót do normy przypomina starania kogoś, kto próbuje udawać, że nie płacze, uśmiecha się, a nie nadąża z ukradkowym wycieraniem łez i łamie mu się głos. Dzieją się tutaj rzeczy zjawiskowe, niepodrabialne i osobne. I pisząc “tu”, mam na myśli całą płytę.

23. Loreena McKennitt – The Visit (1991)
loreena mckennitt.jpg
Osoba, która mi poleciła muzykę Loreeny McKennitt, chyba sama chciała ochłodzić moją ewentualną reakcję i w ramach uzupełnienia nadmieniła, iż w jej głosie jest za dużo światła. Skoro “Cymbeline” skłonił mnie do sięgnięcia po dzieło Szekspira (lata później, gdy rozmawiałem z kimś na temat przekładów i pojawił się ten fragment, to byłem miło zaskoczony, gdy ta osoba zreflektowała się, iż zna go właśnie dzięki Loreenie McKennitt), to nie może być pierwsza lepsza płyta. Bardzo podoba mi się to, jak całość ulega… zaciemnieniu, by z pozornie lekkiej, jakby newage’owej baśni stać prawdziwie głęboką folkową opowieścią.

22. The Afghan Whigs- Gentlemen (1993)
the afghan whigs.jpg
“I keep coming back”
. Słuchane w listopadowe noce. O trzeciej nad ranem. W fotelu. W ciemności, którą rozświetlałem nieśmiało bladym światłem biurowej lampki, by móc spisać, godząc tę mechaniczną czynność z drżeniem i niepokojem, bezładnie to, z czego chciałbym się wymówić. Jeśli istnieje coś takiego jak natchnienie, to były jedne z bardzo niewielu momentów, gdy takowe się ujawniało. Autorska całość – bo ta kompozycja jest jedynie coverem – zmierza właśnie do tej zawierającej w sobie właściwie wszystko perły.

21. Ewa Braun – Stereo (2002)
ewa braun.jpg
Nie dotarło do mnie jeszcze w pełni, jak wielka to płyta. Jako Polacy mieliśmy na to piętnaście lat, więc czuję się lekko usprawiedliwiony. Tym bardziej że przynajmniej zdaję sobie sprawę z tego, że istnieje, i że jest wielka. Jeśli można za pomocą słów i dźwięków oddać jesień, taką niesioną również w sobie, to udało się to właśnie na “Stereo”.

20. The Cure – Disintegration (1989)
the cure.jpg
Robert Smith to ponoć pozer. I bez tego nie lubię The Cure. W dodatku nie znoszę osoby, z którą ta płyta nie przestanie mi się kojarzyć. Ale jako że z logicznym myśleniem i w ogóle z logiką (albo w ogóle z myśleniem) niewiele mam wspólnego, to wybór jest naturalny i konieczny. Powiedzmy, że te setki tysięcy czy wręcz miliony osób nie mogą się mylić. Przynajmniej nie za każdym razem.

19. Tord Gustavsen / Simin Tander / Jarle Vespestad – What Was Said (2016)
simin tander.jpg
Marzyłem o tym, by przesłuchać tę płytę z pewną osobą. Trudno prosto wyrazić, dlaczego właśnie tę. W każdym razie, sam po nią nie sięgnąłem, byłem cierpliwy, wyłączałem radio, gdy pojawiały się tam jej fragmenty (tak, grają takie rzeczy w radiu, inaczej nie poznałbym tego krążka), aż w końcu… Cóż, przed laty pewien nieżyjący już, raczej znany (bo ktoś mnie zrugał raz zrugał słowami wiem, kto to jest) tłumacz literatury rosyjskiej i dziennikarz życzył mi kiedyś spełnienia wszystkich marzeń oprócz jednego. Jak słusznie zauważył, gdyby spełniły się wszystkie, życie nie miałoby sensu. Miał rację.

18. Kari Rueslåtten – Silence Is the Only Sound (2017)
kari rueslatten.jpg
Mimo mojej miłości do Kari nie spodziewałem się, że aż tak pozytywnie mnie zaskoczy. Dlatego pokochałem ją na nowo, jeszcze mocniej. Wokalistka, funkcjonująca choćby w świadomości moich kolegów jako “babka ze Storma”, nagrała prawdopodobnie najlepszą płytę w karierze, co gdy spojrzeć na jej dorobek, jest bardzo znaczącym osiągnięciem. Ładunek smutku poraża. Rany są jeszcze ciepłe, pulsują.

17. The Angelic Process – Weighing Souls With Sand (2007)
the angelic process.jpg
Nie ma drugiej takiej płyty. Nikt nie nagra drugiego “The resonance of goodbye”. Mimo armii kopistów. To wymowne i niewymownie smutne zarazem. Jak historia tego duetu. Jak to, co mógłbym spróbować samemu ułożyć. Metafory niczego nie (od)dadzą. Ta płyta zmiata z powierzchni Ziemi.

16. Warning – Watching From a Distance (2006)
warning.jpg
Nie ma smutniejszej metalowej płyty. Po prostu. Choć określenie “smutna” niczego nie oddaje, w dodatku może budzić negatywne konotacje. Samo podejmowanie podobnych wątków, jakie podejmowane są tutaj, jest w szeroko rozumianym metalu niespotykane. Pewnie uznaje się, że to niemęskie. No i cudowne jest to, jak muzycy Warning nie próbują niczego udziwniać ani ułatwiać. “Bridges” wyrywa serce.

15. Mickey Newbury – Looks Like Rain (1969)
mickey newbury.jpg
Można słuchać tej płyty podczas deszczowego dnia, z nosem przyklejonym do mokrej szyby. Ale sięga się po nią raczej w niepogodę ducha. Natchniona rzecz. Lepiej nie myśleć, czym natchniona.

14. Bob Dylan – Blood on the Tracks (1975)
bob dylan.jpg
Nie żartujmy, co mam napisać o “Blood on the tracks”? No albo dobra. Kupiłem tę płytę w Walentynki. Oczywiście sobie. Nie było w tym umyślności, zorientowałem się zaraz po fakcie. Inna rzecz jest taka, że dzięki temu, iż podzieliłem się tą wersją “Shelter from the storm”, po kilku miesiącach powstał pewnie najlepszy “amatorski” wiersz, jaki czytałem. Składał się z jedenastu słów. Cztery z nich to tytuł rzeczonego utworu. Trzy kolejne stanowiły niezwykle zmyślną parafrazę moich słów, właściwie zasadzającą się na prostej zmianie ich szyku, która miała być dla mnie czytelna i bolesna (oczywiście była). Kolejne dwa to wzorcowe użycie formy zwrotnej czasownika, równie dotkliwe. Ostatnie dwa były swoistą deklaracją wierności, jakiej dochowuję ja, nie jakaś po(d)miotka liryczna. O całości, bez grama ironii, można by napisać rozprawę. Zazdroszczę ekonomii wysłowienia przy jednoczesnym nieszczędzeniu razów. Dylan śpiewa raczej dużo, ale też nie chybi.

13. Nyctalgia – A Hint of Eternity (2017)
nyctalgia.jpg
Odsyłam do recenzji. To świeża rzecz, świeża rana, więc mogę. I tak wypadło, że tę płytę opisuję jako ostatnią, więc chcę mieć już to za sobą, bo klepię, klepię i klepię w te klawisze.

12. Gandalf – Gandalf (1969)
gandalf
Osiem coverów. Dwa autorskie utwory. A wszystko spójne, piękne i nasycone. Psychodeliczne i głęboko osadzone w czymś rzeczywistym, wielobarwne i zasnute mrokiem. Niewiele trzeba, by zapisać się w annałach. Przynajmniej teoretycznie niewiele. Tak jak teoretycznie niewiele trzeba, by poruszyć. A jednak udaje się tak niewielu.

11. Eels – End Times (2010)
eels.jpg
Można znaleźć w sieci mnóstwo list typu “best break up albums”. Tytuły są ciągle te same. Ten się nie pojawia, choć jeśli chcieć rozpatrywać tylko “czyste” pozycje tego typu, to od tej powinno się zacząć. Tak jak trener rozpoczyna ustalanie składu drużyny od najlepszego zawodnika.

10. Ulver With Tromsø Chamber Orchestra – Messe I.X–VI.X (2013)
ulver
Przypominam sobie wieczór w przeddzień Dnia Wszystkich Świętych. Rok 2013. Jadę na drugi koniec miasta. Nie wiem, czy chodziło mi o znalezienie właśnie tej płyty, bo cyfrowa premiera odbyła się parę miesięcy w temu, a sam krążek wówczas mnie rozczarował. No ale widząc go na półce, nie zastanawiałem się w ogóle. Wtedy mogłem się przekonać, że użycie jakiekolwiek określenia podkreślającego emocjonalny stosunek do czyjejś twórczości może wzbudzić osobliwą zazdrość. A płyta to właściwie dwie modlitwy, poprzedzone długimi wstępami. Druga z nich, “Mother of mercy”, jawi mi się z perspektywy czasu jako największe dokonanie zespołu. A “Messe I.X–VI.X” znaczy dla mnie więcej niż cokolwiek w ich dorobku. Znaczy – chciałoby się gorzko podkreślić – pustkę.

9. Grouper – Ruins (2014)
grouper.jpg
Są takie utwory, które włączają się automatycznie, gdy akurat nie ma się pewności, czego by posłuchać. Jednym z nich jest “Clearing”. Ale by wyrobić sobie wyobrażenie, a może nawet zdanie o płycie, wystarczy spojrzeć na samą okładkę. Rozpad, rozkład, rozpacz. Wszystko na wierzchu. Wywleczone na lewą stroną. Ściskane w imadle.

8. Panowie – Zerwane (2014)
panowie.jpg
Słuchałem tego do oporu przez jakieś dwa tygodnie. Właściwie nie leciało wtedy nic innego. Nie czuję przesytu. Nic mi się tu nie przejadło, nic nie znudziło. Nie dociera do mnie, że można tak grać na debiutanckiej epce. Chyba siada mi kreatywność, ale naprawdę dość powiedzieć, że to rzecz niesłychana. Hasło “najlepszy polski synthpop” nie oddaje nawet ułamka skali zjawiska, jakim są Panowie.

7. Blindead – Absence (2013)
blindead
Jesień 2013. Po czasie zastanawiam się, jak bym odbierał tę płytę, gdyby nie przesunięta data premiery. Może by… przepadła? A tak to “a3” stało się kompulsywnym rytuałem, odtwarzane wciąż przy okazji powrotów przez pewien zgaszony skwer, gdy nie dało się już czegokolwiek rozświetlić choćby wspomnieniem głosu. Wymowę całości łatwo – niekoniecznie z korzyścią dla siebie – rozszerzyć ogólnie do nieobecności. Kolejna płyta Blindead jest równie kapitalna, ale to tylko wzorcowe powtórzenie tego, co wzorcowe było już na “Absence”. Dzięki tym ośmiu utworom bardzo wiele mogłem w sobie przechować i zachować, wiele ocalić, a kto wie – tak sobie teraz myślę – czy i one mnie nie ocaliły. Sam sobie wprawdzie żartowałem, że to taka lepsza Katatonia, ale tak serio, to nie ma nic podobnego. Nic, żadna muzyka, nie przywoła podobnych obrazów i uczuć.

6. Ścianka – Białe wakacje (2002)
ścianka.jpg
Zarówno “Białe wakacje”, jak i “Dni wiatru” to rzeczy wręcz wybitne. Gdy spoglądam na liczby wyświetleń utworów Ścianki w serwisie Youtube, to czuję wręcz rozgoryczenie. Co do samej płyty, to zacytuję swoje słowa, które już kiedyś tutaj cytowałem: To jak opowieść o wakacyjnej miłości, która nie wiedzieć czemu, kończy się w środku wiosny. O utracie czegoś, czego się nie miało. O utracie i niepełnym odzyskaniu świadomości. O tym, że nie można wrócić ani odejść. Wspomnienie tego, co nie zdążyło się wydarzyć. Nic już nie muszę dodawać.

5. Za Siódmą Górą – Rogalów – Piosenki ku pokrzepieniu serc (2008)
za siódmą górą
Nie wiem, jak głęboko sięgnąć. Może do wpisu, który przytoczyłem tutaj?  Wówczas, co było dla mnie aż zbyt łatwe do przewidzenia, błyskawicznie dostałem odpowiedź w postaci zarzutów okrucieństwo, okraszonych zdrową porcją osobistych wycieczek, ale może najgorsze w tym wszystkim jest to, że cokolwiek wspomnę, wspomnę to, co jest już jedynie wspomnieniem. Jeszcze smutniejszy jest odbiór “Rogalowa…”. A może brak odbioru? Mogę słuchać tej płyty na wszystkie strony, kombinować jak pod gorę, szukać dziury w całym, ale to wciąż będzie płyta, jakich nikt nie nagrywa.

4. Ewa Demarczyk – Ewa Demarczyk śpiewa piosenki Zygmunta Koniecznego (1967)
ewa demarczyk

Usłyszałem, że mam obsesję na punkcie Demarczyk. Próby jej leczenia polegały na:
a) wykazywaniu mi, że wcale nie jest wybitnie uzdolniona wokalnie, a za przykład kogoś, kto ją przerastał, wskazywana była Violetta Villas;
b) katowaniu rozlicznymi coverami jej utworów, z których – ależ niespodzianka – ani jeden nie był dobry;
c) podnoszeniu, że Pani Ewa – tak, tak! – wcale nie była ładna, co oczywiście było autonomiczną, nieodnoszącą się do żadnych moich słów uwagą;
Przy okazji mogłem posłuchać mnogich wtrętów antysemickich, jeśli pojawiała się choćby nikła sposobność. Co ciekawe, prawie dałem sobie wmówić jakąś niezdrową sympatię (podobne “lamenty” słyszałem w przypadku Pań z Księżyca, z tą różnicą, że wówczas istotnie potakiwałem i mogłem dolewać oliwy do ognia), ale tocząc jakiś czas później dyskusję na temat Ewy Demarczyk z pewną osobą płci przeciwnej, czułem się tak, jakbym niedostatecznie doceniał zarówno wokalistkę, jak i samą płytę. Mimo że uważam, iż sam krążek to największe dzieło rodzimej fonografii.

3. Slowdive – Souvlaki (1993)
souvlaki
Pamiętam dzień, gdy słuchałem utworu “Dagger” ze sto razy. Z rzędu. I to nie żadna.. figura. Ta Która Nie (u)Znała Kontekstu rzuciła raz, naturalnie w jakimś przypadkowym momencie i bez związku z czymkolwiek, że to – bogowie! – fajny kawałek. No i to są same fajne kawałki. Rzecz nawet nie w tym, co kto lubi. A przynajmniej nie w muzyce. Ta – jak rzucił kolega – jest do umierania. Przez lata ani trochę mi się nie znudziła. I nie wytraciła ani odrobiny impetu, z jakim uderza. Wciąż jest tak samo ważna, znacząca i ciężka.

2. Foreign Fields – What I Kept in Hiding (2015)
foreign fields

Ten wpis powinien być wyważony, pisany z pozycji ledwie tylko posmutniałego śmieszka-cynika, bo taka postawa, jeśli przejrzeć blogi i facebookowe strony traktujące o muzyce, cieszy się największą popularnością. I nie wiem. Większość “What I Kept in Hiding”, z naciskiem na dwa ostatnie utwory, z którym nic nie może się równać, to wyzwanie pt. “nie wydrzyj się tak, by słyszało cię co najmniej kilkanaście tysięcy ludzi na osiedlu”. Co do finału – nawiasem mówiąc, całość też mogłaby być ścieżką dźwiękową… finału – to mam takie wspomnienia majowego poranka, to był ubiegły rok, na niebie ani chmurki, a jak mnie wtedy dopadło i zdusiło, jak sobie uświadomiłem, że może literalnie nic już nie ma, tak pewnie nigdy nie czułem się równie źle. I w zasadzie nigdy później nie czułem się już w istotnym stopniu lepiej.

1. The Beach Boys – Pet Sounds (1966)
the beach boys.jpg
Nie ma lepszej płyty niż “Pet Sounds”. Nie ma piękniejszej piosenki od “Caroline, no”. Po prostu.

Advertisements

2 thoughts on “</3

  1. O rany, paanie…no i masz, teraz muszę to wszystko przesłuchać – tylko kiedy? Naprawdę wielkie dzięki 😡 😉 niestety dla mnie masz dar takiego pisania o tych płytach, że chcę, nie chcę – teraz muszę.

    Like

    1. Jejku, a układałem sobie nieśmiało w głowie – po raz któryś już – takie uzupełnienie w postaci listy (albo dwóch list) piosenek, choćby już w kolejności alfabetycznej, bez udziwniania, i teraz nie wiem, czy dorzucać… Mnie się większość tych opisów wydaje wymuszona, to znaczy niezadowolony jestem, ale nie chciałem pisać i pisać, tak na raty, bo wcale by nie wyszło pewnie lepiej, a bym się męczył i niecierpliwił. Chyba najpierw poprawię / rozwinę część tych tutaj. Jak czasem pojmuje, że można mieć życzenie coś tutaj przeczytać (ale to głównie wtedy, gdy tekst dotyczy twórczości zainteresowanej osoby), tak zupełną abstrakcją wydaje mi się to, że to, co wskażę czy wyróżnię, ma jakiekolwiek znaczenie dla kogokolwiek. Niemniej jednak, jest mi tak miło, żę aż sformułowałem komentarz dłuższy od sporej części powyższych notek.

      Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s