ShanteL – A ty daj (2017)

shantel

Można powiedzieć, że dobrze pisać o tym, o czym najpewniej nie napisze nikt inny. Podejść serio do twórczości niewymagającej podobnego podejścia. Szukać w rejonach, które z mojej perspektywy są peryferiami, ale dla wielu to centrum. Jest w tym coś autoironicznego. Poza tym, co pożyteczne, nie szkodzi. Dlatego zaryzykuję recenzję płyty grupy ShanteL, prowokacyjnie – wziąwszy pod uwagę poetykę tekstów discopolowych i to, że nie są zwykle pisane językiem ezopowym – zatytułowanej \”A ty daj\”.

Nie jestem uprzedzony do całego nurtu – o dziwo i wbrew pozorom. Ot, ludyczny folk, którego być może główną przywarą jest to, iż to folk rodzimy. Oczywiście to trochę co innego niż wykonywanie przedwiecznych, zachowanych w tradycji mikroojczyzn pios(e)nek przez ubrane w tradycyjne stroje starsze panie ze wsi i miasteczek albo Słowian(ecz)ki w wiankach, z warkoczami, ale to też element naszej kultury, tożsamości, duszy. Wiem, że zaczynam pisać dziwności, ale piszę słuchając, a że miewam problemy nie tylko z podzielnością uwagi, ale i z jej skupieniem, proszę, by niniejszy akapit odczytać stosownie, mając na uwadze tę sugestię.

Piosenki są o tym, o czym można odgadnąć, że są. I są takie, jakie wiadomo, że będą. To właściwie kwestia zaufania, że włączyłem, poznaję, próbuję się odnieść i w ogóle tak serio-serio. Czytam sporo poezji, szczególnie jak na tak prostego osobnika, także sporo tekstów o poezji, którą czytałem i zachodzę w głowę, jak to jest, że w tekstach – powiedzmy – krytycznych następuje nie tyle nadinterpretacja, ile nadprodukcja sensów i wartości, z byle wierszokletów tłuczących impulsywne strofy robi się sumienia społeczności, jednostki wybitnie wrażliwe i zdolne, a przecież mógłbym tak samo, mógłbym tak samo no… Mógłbym tak samo o chłopakach z ShanteL, o rozdarciu, o tym, że forma i poetyka są odpowiednio zredukowane celowo, że to zabiegi czysto literackie, że to takie ironiczne jak projekt Mister D Pani Pisarki Masłowskiej (brrr… choć pióro szanuję), że wersy w rodzaju \”mam wielką chęć na ciebie, Kasiu / jestem dorosły, a ty masz trochę czasu\” to refleksja głęboka i ze wszech miar wartościowa, że tak się mówi szerokiemu gremium o fundamentalnych uczuciach i bolączkach, że w tym wyraża się całe pragnienie kochania i bycia kochanym (kochaną), że pewne rzeczy są jednocześnie proste i niewymownie trudne zarazem. Mógłbym, tym bardziej że jestem dopiero w połowie płyty.

Ale tak serio: jest w tym pewne wysmakowanie. Bez błysku, może bez wkładu własnego (czy to jeśli chodzi o inwencję, czy serce), ale słyszałem – głównie mimowolnie – mnóstwo bardziej inwazyjnych projektów, które narodziły się lub odrodziły po tym, jak wrócił boom i szał na disco polo, i za ogólnie w dobrym tonie przyjęto jawne, nieironiczne sympatyzowanie z tą stylistyką. Być może nie mieliśmy do czynienia z czymś podobnym w czasach pirackich kaset magnetofonowych i programu “Disco Relax”.

W każdym razie, wspomnieliśmy o wysmakowaniu. Jasne, że nikt tu nikomu życia nie komplikował, i nie komplikował sobie, ale jest w tym kalkowaniu pewna bezpretensjonalność (“może wtedy wezmę cię za rękę / zerwę twą sukienkę” – jak to daleko, także wziąwszy pod uwagę rym, od ujęć tradycyjnych, no jak?), poza tym trzeba docenić, że nikt nie czyni tu pozornie zawoalowanych aluzji aktów fizycznej miłości, pochwała hulaszczości i wszelkiego używania nie przekracza akceptowalnych norm, a cały romantyzm, porównania do narkotyków i powietrza, przełknę, potem najwyżej tylko wezmę w płuca sporo rzeczonego powietrza (i tylko powietrza), by powoooli je wypuścić.

To, że raz Kasia, raz Natalia, i że znów raczej blondynki, też wezmę za zabieg celowy, skalkulowany pod gusta, pragnienia i projekcje słuchacza, za którego w porywach nieoczekiwanej nieskromności się nie uważam. Zresztą gdyby próbowali inaczej, coś by nie grało. Albo wyszłoby, że pastisz i podśmiewanie się z kanonów, które kanonami są przecież nie bez przyczyny i nie po nic.

Dziesięć utworów. Dla tych, którym mało, dwa remiksy. W swojej niszy ShanteL jest tym, czym w black metalu ten zespół, co miał okładkę kropka w kropkę jak Darkthrone w okresie (nie)sławnej trylogii, tylko dwadzieścia lat później, i grał podobnie (tylko dwadzieścia lat później), ale już zupełnie nie pamiętasz, jak się nazywał, w głowie nie został choćby dźwięk. Z tą różnicą, że jak wpiszemy nazwę zespołu na Youtubie, to naszym oczom ukażą się liczby siedmio-, a nawet ośmiocyfrowe. To nie musi smucić, ani tym bardziej wiele znaczyć (szczególnie w ogólnie rozumianym… kontekście), po prostu wskazuję różnicę. A ten wpis sugeruję potraktować jako pamiętnikarski, pamiętniczkowy w zasadzie, poczyniony w myśl wspaniałych wersów z utworu Nagrobków (“bardzo jest mi źle, gdy myślę o tobie  (…) / bardzo jest mi źle, więc myślę o tobie”) albo uznać, że muszę się pożalić i tak szukałem powodu, albo w ogóle nie dociekać, co mną powodowało.

———-

Tekst jeszcze z poprzedniego blogu.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s