Taco Hemingway – Szprycer (2017)

taco hemingway

Istnieje grupa artystów, na których płyty nie czekam, a mimo to po nie sięgam. Być może z obowiązku, jeśli można mówić o nim w związku z prowadzeniem (ultra)niszowego blogu, ale zawsze. Być może dlatego, że interesują mnie tak zwane peryferia. Do owej grupy zalicza się ni(e)jaki Taco Hemingway – przywołując trafne zdanie redaktora Dejnarowicza nt. pana Piotra Bukartyka, wstydliwa dla popkultury RP postać.

“Trójkąt Warszawski” łyknąłem, lokując tę płytę dzięki odrobinie dobrej woli gdzieś w dolnych rejonach stanów średnich. Irytującą, manieryczną, pretensjonalną i dość kiepską, gdy chodzi o warsztat kolesia za majkiem (“wyrobi się” – rzekł mi wówczas ktoś, kto w odróżnieniu ode mnie zna się na rzeczy). Później, gdy zaczął się cały szał, było już tylko gorzej, bo zarówno “Marmur”, jak i “Wosk” to rzeczy jednoznaczne złe, złe w najgorszy możliwy sposób, i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej.

No ale czas na kolejną dawkę osobliwej przyjemności, jakiej nawet Popuś – czy tam sam, czy wsparty przez niemal tak samo zdolnych kolegów – nie jest w stanie zapewnić. Ciekawą rzeczą wydaje mi się fakt, że przed przystąpieniem do odsłuchu otwarte miałem w przeglądarce internetowej dwie zakładki: jedną ze stroną internetową Filipa Szczęśniaka, z której możemy (ale nie musimy, co warto podkreślić) pobrać epkę, a drugą z tekstem o tematyce osobnej, którego część tytułu brzmiała “dno dna”. Wierzę wprawdzie w siłę sugestii, bardziej niż nawet w siłę określonego nastawienia a priori, ale… no… mimo wszystko… No postaram się, w każdym razie.

Chętnie wkleiłbym w tym miejscu fragment kadru (bo nawet nie rozdziału), krótkiej książki, którą powoli sobie gdzieś na boku kończę. Bardzo rzeczowo, bo poprzez użycie terminów, których nie znam, w tym nazw gatunków i różnych formacji geologicznych, opowiada o specyfice flory i fauny miejsca, które niekoniecznie tamże istnieje, gdyż owa przesada służy co najwyżej wyolbrzymieniu pewnego tragizmu niby-postaci. No i jako że odnośnie zakończenia szkicu, który pierwotnie miał nawet trafić na poprzedni blog, zdania były różne (a to, że jest dobre, chociaż nie powinno, że wydźwięk pozytywny, a to, że nadziei w tym nie ma, a to znów, że w ogóle nie ma zakończenia, a całość jest zawieszona, a to znowu, że jest ono niejednoznaczne), postanowiłem zasugerować w taki zawoalowany sposób własne odczytanie. I pewnie brak litości. Wiadomo, to oczywiste, że dla tutejszego Czytelnika jest to wyimek równie nieistotny jak całość, jednak służyłoby to (p)odkreśleniu stopnia zainteresowania “Szprycerem”. Jakbym znał autorski przepis na szarlotkę, to mógłby być właśnie przepis na szarlotkę.

No dobra, jedziemy z tematem.

“Nostalgia”. Pierwsza myśl? Wada wymowy. Ta sama dykcja. Niezmiennie flow. Budzące uśmiech politowania przyśpieszenia. “Chodź”. Green Grenade umiał lepiej w trapy, serio. I ten jego ghostwriter był lepszym tekściarzem. Posłuchałbym chętnie “SKRRRT”. Znów przezroczystość. Wersy (z metra) cięte jak na płytach sprzed półtorej dekady. Przypominają się też linie wokalne na wczesnych płytach Black Sabbath, gdzie to, co wygrywał pan Iommi, przypominało amatorskie taśmy z “Szansy na sukces”, a przecież tam każdy prawilny ziomek brał profesjonalną. “Tlen”. Głęboko westchnąłem. Przypadek? Niesondze. Facepalm. Kiwanie głową z niedowierzaniem. Ten refren… Jak to możliwe? Przecież człowiekowi powinno się coś włączać, nie wiem, zapalać jakaś lampka… Chciałbym to odsłyszeć, naprawdę. “Głupi byt”. Zastanawiam się, czy typ miał jakiś pomysł wejściem w autotune i byciem na czasie. Nawijka, o której szkoda gadać, do bitów, o których nie da się nic pasować… Cóż, to nawet ma sens. “Dele”. Przez chwilę myślałem, że wracamy do “Muzyki rozrywkowej” takiego jednego, co jest dużo zdolniejszy i mógłby wrócić, żeby się panoszyły takie wacki. I to tak zanim jeszcze gospodarz wjechał (hah) na bit. “I.S.W.T”. A.I.P.w.Ch czy jakoś tak. “35”. Tak, narkotyki to dobry pomysł. Nie, narkotyki to zły pomysł. Chyba że jest się tym, co to brał narkotyki, żeby nagrywać muzykę, do której można brać narkotyki. Myślę, że wiadomo, o kogo chodzi. “Karimata (mute)”. To “mute” dało mi złudną nadzieję. Gasła przez pięć minut i sześć sekund. Takie trochę przymilanie się do ulicy jakby. Ale w rurkach to może być cokolwiek ryzykowne. I kolejne puszczenie oczka (hihi) do pana Krawczyka. Poprzednie było ze dwa utwory temu. Nie chcę wyłapywać takich rzeczy specjalnie, by nie sugerować, że to jakieś erudycyjne czy coś. “Saldo ’07”. Tak mi się przypomina, jak ktoś się nazwał saldem, odnosząc się do mnie. I dziurą w moim czasie. Tak, to by teraz bardzo pasowało.

Wiem, że tak się nie pisze recenzji. W ogóle tak sie nie pisze. Tylko że mi wolno pozwolić sobie na sporą nonszalancję, bo nikogo nie oszukuję. Taco się zmienił i jest taki sam. Spróbował czegoś nowego i nic nowego nie zaprezentował. Taką sobie herbatę dopijam teraz. Jest bardzo słaba. A i tak dużo lepsza i bardziej esencjonalna niż ta epka. Być może to najgorsza rzecz w jego dorobku, bo taka… niewyraziście zła. Mogłem z powodzeniem ocenić i odhaczyć bez słuchania. To nieśmiało sugeruję Wam.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s