Z ręką na pulsie (#22): Butelka, Father Kong, The Ryszard Kramarski Project

Butelka – Szpun’n’roll
butelka

Toruńska (a jakże!) Butelka, autorzy przeboju “Dekoder TV Trwam” wraca z kolejną płytą. I to już piątą! Niestety nie będąc głębiej zaznajomiony z twórczością owych panów, obawiałem się, że będą próbować mnie rozśmieszyć, co obarczone jest niemałym ryzykiem niepowodzenia. No ale teksty, których tematykę dobrze oddaje okładka, są proste, ostre i w sumie z jajem, więc pasują do niewyszukanej, thrashowej sieczki. Choć trzeba przyznać, że jest tu sporo melodii, a nawet – uwaga! – śpiewania. Wtedy myślałem sobie, że oto Tomek Kłaptocz (Akurat, Buldog) postanowił odnaleźć się w nowej dla siebie stylistyce. A tak na poważnie, to, że moje obawy były niesłuszne, nie zmienia to faktu, iż nie mogę pokusić się o bardziej pochwalne stwierdzenia niż “nie czułem zażenowania, słuchając tych ośmiu utworów”.

A w “Alfie Romeo” słyszałem… Primordial. Serio. Za to plus. No a “Panie Jarku” ma fajną motorykę – mimowolnie wystukiwałem rytm.

Father Kong – The Sunny, Dirty Days
father kong

Nie wiedzieć czemu, nazwa projektu przywoływała – być może niebezpieczne – skojarzenie z tym wszystkimi upalonymi stonerami, które nawet byłyby dobre na panujący obecnie nam niemiłościwie upał, ale jak już sięgać po płyty pustynno-trawiaste, to wystarczy mi w zupełności imienny album Kyuss (znany też jako “Welcome to Sky Valley”). A jak jest, gdy włączymy płytę? Na pewno nieźle. Najbliżej kojarzy mi się Skalpel, być może dlatego, że sam Skalpel kojarzę mgliście. Father Kong tkwi w pewnym zawieszeniu, które być może nie wynika z niezdecydowania czy chęci trafienia do szerszej publiki, między jazzem a elektroniką. Tak najogólniej. Jednocześnie gdyby stwierdzić, że ani to jazz w jakimkolwiek wariancie, ani żadna z nisz elektronicznych (może dalekie echa nagrań Noona?), dałoby się to obronić. Broni się tez “The Sunny Dirty Days”, mimo że polecałbym tę płytę – raczej kierując się intuicją – na duszne, wciąż niezbyt długie noce.

The Ryszard Kramarski Project – music inspired by The Little Prince
the ryszard kramarski project

Rock progresywny (szczególnie w nowoczesnym ujęciu) nie jest moim ulubionym gatunkiem muzycznym, do “Małego Księcia” pewnie nigdy nie wrócę, albumy koncepcyjne to dość ryzykowny pomysł, a w dodatku okładka “music inspired by The Little Prince” nie jest specjalnie… zachęcająca, ale… Przede wszystkim całe szczęście, że mimo owego źródła inspiracji – zapewne nie tylko w warstwie tekstowej – płyta nie poniewiera w całkowicie nieludzki sposób człowiekiem, bo takiej i tak znam aż nadto. Inna rzecz, że w ogóle nie budzi jakichś większych emocji, co najwyżej może wprowadzić momentami w stan lekkiej melancholii. Podobają mi się krótkie momenty, gdy konwencjonalny patos ustępuje miejsca naturalnej przebojowości. Albo gdy słychać przestrzeń, nawet jeśli jest nią pustka. Oczywiście cały czas nad muzyką unosi się duch natchnionej przaśności, ale taki już urok całej stylistyki. Elementu zaskoczenia nie stwierdzono, ale płyta jest naprawdę przyjemna. I o dziwo, nie widzę nic wstydliwego w tym, by to otwarcie przyznać.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s