Nocny Kochanek – Zdrajcy metalu (2017)

nocny kochanek

Nocny Kochanek. Nie lubię zaczynać recenzji od encyklopedycznych notek, bo czuję, jakbym sugerował czytelnikowi, że czegoś nie wie. W każdym razie, kojarzyłem ich, gdy grali jeszcze pod szyldem Night Mistress, w końcu to zespół z istotnym stażem, coś tam zdarzyło mi się (u)słyszeć (“Kapitan Bomba”, wiadomo), a teraz przyszło mi się zmierzyć z ich czwartą już płytą, zatytułowaną “Zdrajcy metalu”.

Zacznijmy od tego, iż mój stosunek do heavy metalu – czy metalu w ogólności – jest tak poważny, że mogę przyznać się do noszenia spranej koszulki Iron Maiden z okładką singla “Purgatory”. Bo w sumie hipsterska. Przyznać się, ale nie od razu paradować w niej publicznie, acz ewentualne skrępowanie niekoniecznie wynika z tego, że… Jejku, dobra, bo ugrzęznę. Rzecz w tym, że nie ma świętości, a już na pewno świętością nie jest muzyka. No, przynajmniej nie taka. Kto wie, czy nie o tym jest sama płyta.

A co na niej? Najpierw kilka wesołych utworów o uciechach życia, taki rock\’n\’roll bez rock\’n\’rolla, acz przy wersie \”dwa słowa wyhaftowane z moich ust\” nawet się uśmiechnąłem, uczciwie przyznaję. Jest to istotne, bowiem później już się nie zdarzy. Dalej mamy balladę, \”Dziewczynę z kebabem\”. I byłoby fajnie, a przynajmniej inaczej, ale przy refrenie wiem, że już to słyszałem (tu zerkam w tracklistę, by sprawdzić numerek przy tytule – jest szóstka) pięć razy. Podobnie ze “Smokami i gołymi babami”, gdzie to, co ożywcze, kończy się w tym samym momencie (tylko że tutaj mamy zgrywę – i chyba także zrzynę – z mojego ukochanego Dragonforce’a). Później albo o niczym (“Piosenka o niczym”), albo o tym samym co wcześniej, albo bóg (?!) wie o czym (“Gdzie jesteś?”).

Można \”Zdrajców metalu\” odebrać jako żart, albo jako płytę heavymetalową. Poczucie humoru mam takie, jakie mam, jeśli w ogóle jakieś, więc zawodzenie o etosie prawdziwka nie śmieszy mnie w żaden sposób, a seksistowskie wtręty – choć pewnie jestem chamem i prostakiem – rażą. Mimo oczywistego zrozumienia, że to jest tak samo na serio jak większość rzeczy w tym gatunku, tylko że tutaj nikt się nie spina i nie pozuje na prawdziwego wojownika i zabójcę smoków, który ma każdą, którą zechcę. Gdyby napisał je ktoś, kto ma lżejsze pióro i gdyby tematyka nie była aż tak oklepana i przewidywalna, bo właściwie najlepsze są same tytuły… No ale zostawmy teksty i spójrzmy na samą muzykę. Czy to coś zmieni? Teoretycznie, bo wprawdzie poziom kiczu jest podobny, ale bardziej “kucowate” są mimo wszystko liryki. Jednak w praktyce jest… nudno. Nudno i męcząco. Oczekiwałbym – a przynajmniej nieśmiało liczył – że muzyka mnie porwie, że poczuję jakąś energię, ale zaraz włączę sobie “To Violate the Oblivious” Xasthur i znajdę tam więcej riffów, pomysłów i życia (sic!). No ale muszę się w tej kwestii mocno mylić, bo jak widzę, zespół wyprzedaje koncerty (za to chwała, niech się chłopakom wiedzie!), więc…

Cóż, najlepiej potraktować moje wynurzenia jak smęty gościa, który dziesięć lat temu, w technikum, słyszał i lubił jakąś płytę Eldo, bo wtedy dopiero wchodził \”w klimaty\”, zapuszczał włosy, dziś siedzi w trzecioligowym niemieckim thrashu, a ktoś chce, by sprawdził to, co nagrał jakiś inny raper, którego ksywkę ledwo kojarzy z tamtych czasów. Dla mnie to taki heavy metal jak z tworów Taco Hemingwaya rap, ale życzę, by i popularność była porównywalna. Bo właściwie czemu nie? Tym czasem odpuszczam. Sobie. Nocnemu Kochankowi. Wam.

A sobie odpalę jednak Nunczaki Orientu, o!

———-

Tekst jeszcze z poprzedniego blogu.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s