Lana Del Rey – Lust for Life (2017)

lana del rey

Ukazała się nowa płyta Lany Del Rey, zatytułowana “Lust for Life” – rzeknie ktoś. Na co druga osoba, całkiem rozsądnie, może zadać pytanie, jaki mamy rok. Staram się być gdzieś pośrodku, zanim zdecyduję się na krok w którymś kierunku. Albo tam, skąd przybyłem, czyli ze swoistej ekscytacji, albo w drugą stronę, gdzie nie dotrą do mnie wieści o kolejnych poczynaniach artystki. A nawet jeśli dotrą, to pozostanę na nie głuchy.

Można powiedzieć, że są takie gwiazdy, które owszem, świecą jasno i potrafią przykuć uwagę, ale już w chwili, gdy je dostrzegamy, spadają z firmamentu. Z perspektywy czasu nie wiem, czy w przypadku panny Lizzy Grant najlepsza nie byłaby szufladka “novelty”, choć muszę przyznać, że najciekawsze rzeczy nagrały jeszcze wtedy, gdy nie wyciągnęli je skądś spece od mediów, marketingu i sprzedaży, nie opakowali odpowiednio i nie upchnęli złaknionej gawiedzi. Wtedy całą fejkowość osoby wokalistki, którą różne osoby usiłowały mi wskazać, wypunktować i wpoić, bym wyciągnął z tego wnioski i może posłuchał jakiejś prawdziwej muzyki, nagrywanej przez prawdziwych artystów, ale doszedłem do przekonania, że to JEST prawdziwa muzyka. A jak się uprę… Zresztą wydana przed pięcioma laty płyty “Born to Die” była w ogólnym rozrachunku niezła, mieszały się na niej utwory świetne i dramatycznie złe. Drugą jakoś odpuściłem, mimo że pojawiała się w rozmaitych wyprzedażach, uznawszy, że skoro single są całkiem przeciętne, to nie ma co, bo nic lepszego tam się pewnie nie znalazło. Z trzeciej nie słyszałem być może nic. A przynajmniej nie pomnę.

Słucham sobie “Lust for Life” i dość szybko pojawia się pytanie, czy to Lana jest bardziej zmęczona wydmuszkową stylistyką retro, czy ja. A może tylko udziela mi się jej zblazowanie, zresztą też będące częścią całej szopki? Wprawdzie najważniejsze są piosenki, ale tutaj ich nie słyszę. Podejrzewam, ze gdyby w tym wszystkim kryła się jakaś prawda – proszę mnie źle nie zrozumieć – to albo obserwowalibyśmy, jak wokalistka stacza się na dno, albo dotarłby już do nas komunikat o jej smutnym końcu. Tu nie tylko przydałoby się odświeżenie, bo pojawiające się tutaj wtręty (t)rapowe czy nieśmiałe flirty z r’n’b na niewiele się zdają, tylko wymyślenie siebie na nowo. I to nie przez sztab specjalistów, dla których muzyka to towar jak każdy inny.

Sztuczka, która działała za pierwszym razem, nie działa już wcale. Fakt, są artyści, którzy mogą nagrywać wciąż jedną i tę samą płytę, co jest przyjmowane z radością, ale oni mają indywidualny charakter. Lana Del Rey wydaje się kimś w rodzaju postaci z taniej powieści obyczajowej, której kolejne części są taśmowo produkowane, całość zaś dumnie nazywa się sagą, bo to modne. Głębi w tym większej nie ma, wyuczone rzemiosło autora nie może zastąpić talentu, a jeśli czytamy dalej, to z przyzwyczajenia. Albo z wygody. Można posłużyć się inną, równie banalną metaforą i przyrównać tę płytę do sztuki mięsa (hah), które wprawdzie jest już nieco nieświeże, ale jeśli się je odpowiednio przyprawi i wyeksponuje w dziale jak trzeba, to klient się nawet nie kapnie.

“Lust for Life” to dla mnie taka spóźniona o lata, niepotrzebna i wyprana ze wszystkiego, co do tamtej płyty przyciągało lub odrzucało od niej (mogło się to dziać jednocześnie), wersja “Born to Die”. Miałka, nudna i pretensjonalna. Przypominam sobie, jak ktoś przeczytawszy w skupieniu jakiś mój dawny blogowy tekst, spojrzał na mnie i spokojnie zapytał: no dobrze, ale co to wnosi? Obawiam się, że kolejne płyty będą podobnie… bezpieczne. A szkoda, bo gdyby to smętne zawodzenie inaczej opakować, najlepiej w jakiś psychodeliczny odjazd, okroić do samych wokaliz, przenieść z lat 50. XX wieku (powiedzmy) do końcówki dekady następnej, to mógłbym się zakochać ponownie. “Tomorrow never came”, chyba jedyny JAKIŚ utwór, podpowiada, że kierunek na horyzoncie czasowy byłby odpowiedni. A tak to wszystko się wzięło wypaliło. Nie będę wracał. Tak jak nie wracam do niczego, co ta pani nagrała wcześniej. Przeciętność i nieprawda to najcięższe przewiny w sztuce.

Aha, lojalnie uprzedzam, że płyta trwa przeszło siedemdziesiąt minut. Wprawdzie pod koniec forma wyraźnie zwyżkuje (utwory 13-15, finałowy to niestety autoparodia), ale i tak jest to swoista perwersja.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s