Tede & Sir Mich – SKRRRT (2017)

tede sir mich

Czasem sięgam po płyty zupełnie spontanicznie. Nie zastanawiam się. Motywacją jest to, że mogę potem napisać parę słów. Pełni to funkcję terapeutyczną. I nie chodzi wcale o wylewanie frustracji. Tak było także teraz, gdy postanowiłem poznać “SKRRRT” duetu Tede & Sir Mich.

Interesująca w rapie jest nadprodukcja. Nie to, że do niego przyciąga, ale frapuje, zastanawia. Płyty wypuszczane co roku, wypełnione po brzegi utworami (czasem nie starcza miejsca na jednym krążku), a każdy z nich mieści w sobie tyle słów, ile wystarczyłoby na domknięcie tomiku poezji. Nie wiem, czy Jacek Graniecki padł jej ofiarą. Takie głosy dało się słyszeć już przed laty. Prawdopodobnie brak mi zapału, by weryfikować to samemu. Być może jest z nim jak z Gałczyńskim, o którym czytałem mniej więcej takie zdanie, że nie był to może najlepiej wykształcony czy najlepszy polski poeta, ale bez wątpienia najzdolniejszy. To, że jestem z natury wątpiący, nie ma znaczenia. Nie muszę lubić jednego czy drugiego, by dostrzegać potencjał. I Tede musi go mieć, i umieć cynicznie spieniężyć, i nie jest mu potrzebny tęgi umysł ani setka kawałków pod rozkminkę.

“SKRRRT” to oczywiście rzecz dość jednorodna, całość przesiąknięta jest – posługując się metaforyką ghostwritera stojącego za Green Grenade’em – fioletowym klimatem. Mógłbym pomyśleć, że jestem na to lekko o dekadę za stary, teraz zresztą już w ogóle zlikwidowali gimnazja (a więc niejako fanbase rapera), ale przecież Jacek Graniecki jest z rocznika ’75, co wręcz zdumiewa. I powinno wpędzać w niemałe kompleksy koleżków ponad dwa razy młodszych, cale to pokolenia Instagrama i Snapchata, tych szesnastolatków kładących zblazowane szesnastki na senne bity. Odnoszę wrażenie, że Tedemu przychodzi to z taką łatwością, tak naturalnie… Taka mieszanka świeżości i doświadczenia, jakkolwiek banalnie to brzmi, praktyczne urzeczywistnienie maksymy “mogę wszystko, nic nie muszę”. I zżymanie się na cokolwiek – czy to na głupie językowe kalki, czy to, że kawałki są właściwie o niczym (no, można też powiedzieć, że na przykład o furach i butach), czy na wystudiowany hedonizm, czy skupienie się na tym, by za wszelką cenę być na czasie – będzie cokolwiek bez sensu. Może to kwestia braku oczekiwań, albo wręcz oczekiwania słabizny, względnie utrwaleniu się w świadomości takiego obrazu warszawskiego rapera, że redukuje się do samego warsztatu, który pozostaje nienaganny. A umieć bez wątpienia trzeba umieć. I tyle.

Nie wymieniam kawałków, nie rozbijam płyty na poszczególne fragmenty, nie próbuję żadnego wyróżnić. Należy jednak wspomnieć, choćby w jednym zdaniu, że producent robi dobrą robotę, dając pole do popisu koledze za majkiem. Właściwie może to, co piszę, sprowadza się do lawirowania mającego na celu uniknięcie wyrażenia opinii, ale chyba nie do końca tak jest. Jak na materiał, który bez wątpienia nie jest dla mnie, “SKRRRT” bardzo mi odpowiada. Wchodzi bezproblemowo, i to bez wspomagania żadnymi substancjami, choć trudno mi ją osadzić w szerszym kontekście. Te wszystkie trapy i cloudy to nie dla mnie, porównanie z Peją czy Gangiem Albanii byłoby krzywdzące dla Tedego, a “prawdziwy” rap, czymkolwiek takowy jest, to nie jest. Ale chylę czoła. Nikt tu sobie wysoko poprzeczki nie zawiesza, ale pokonuje ją z wyraźnym zapasem. Doceniam. Najbardziej wyrachowanie.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s