Anathema – The Optimist (2017)

anathema

Mógłbym zacząć tę recenzję jakże oklepaną frazą o koniu z encyklopedii Chmielowskiego, co załatwiłoby także kwestię podsumowania. To dałoby pole do popisu i pozwoliło wykorzystać jedną z metod pisania wstępu, polegającej na zadawaniu ciągu pytań, na które autor śpieszy udzielić po chwili odpowiedzi, a przy okazji pochwaliłbym się, jakie to związki frazeologiczne o tych zwierzętach znam i dałbym radę w całkiem zabawny, pasujący do kontekstu (i rytmu) sposób zastosować. Spróbuję jednak inaczej.

Jak ktoś wywodzi się z całej tej rzeszy wrażliwców – czy to ze względu na wychowanie przez Tomasza Beksińskiego, czy z powodu “samowolnego” wsiąknięcia w “klimaty” – to do kolejnych płyt Anathemy może podchodzić z sentymentu. Nie do końca wiem, jak to działa, bo w moim przypadku wystarczy chwila racjonalnej refleksji, by spostrzec i orzec, że czasy świetności tego zespołu przeminęły jeszcze w ubiegłym tysiącleciu (nie wskażę konkretnej cezury – ta jest bezpieczniejsza, mniej polemiczna), a sama skłonność do progresji nie okazała się… progresywna. A mimo tego sięga się po to, co tam nowego wypuszczą. Taki dziwny upór i przekładająca się widocznie także na sympatie muzyczne – nawet jeśli są dawne i zdążyły wygasnąć – wierność.

Właściwie mam ochotę, być może nieco (się) tłumacząc, popisać o tytułowym utworze z ich poprzedniej, bez cienia wątpliwości nieudanej płyty, “Distant Satellites”. Otóż było to “Again” Archive w wersji apatycznej (ogromny plus!), wyzute z kiczowatego nadęcia i “trójkowego” artyzmu, z(a)warte w niesłusznie krótkiej formie (osiem minut), której nie uzasadniał nawet wałkowanie refrenu milion razy, bo taki refren mogli wałkować dwa lub trzy miliony razy. Ku chwale własnej i mojej uciesze. To obok “Angeliki” najlepsze, co nagrali. I nikt nie przekona mnie, że czarne jest czarne, a białe jest białe jest inaczej.

Chętnie bym też wspomniał o milionie innych rzeczy, które nikogo nie interesują, bo lubię wydobywać z rzeczywistości to, co pozornie nieistotne, samą próbę opisu traktując jako swoistą wprawkę i ćwiczenie sprawności wysłowienia, co nie zaszkodzi, a nawet może pomóc, ale o “The Optimist” pisać nie mam ochoty. Jest trochę jak nowe logo zespołu, “zdobiące” jej okładkę, czyli niepotrzebna. Tak poprawna, jakby rzecz zasadzała się na tym, by niczego nie wyrazić, niczego nie zawrzeć i nie ująć, nijak nie oddziałać. Jeszcze “Leave it behind” zapowiada, że może jednak przegną w drugą stronę i będą nieprzekonująco emocjonalni, nagrają drugie “Judgement”, ale nie. Kiedyś to były smutasy, takie romantyczne smutasy, później tylko smęcące smutasy, w ostatnich latach może nie wesołki, ale już nie ludzie, którzy mają co z siebie wyrzucić (wyjątkiem wspomniany w poprzednim akapicie utwór, ale jak czytałem w wywiadzie, to odkopany i dokończony staroć). Najgorsze, że to wcale nie jest zła muzyka, nawet wpada w ucho (choć nie zapada w pamięci), tylko że będę uparcie podnosił, iż pozbawienie sztuki wyrazu i grzęźnięcie wraz z nią w przeciętności zaprzecza sensowi tworzenia. “The Optimist” to taki zbiór lekko mdłych wprawek, takie przygrywki i plumkanie niebudzące żadnych emocji.  Czyli to, czego można było się spodziewać.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s