Top 25: polskojęzyczne utwory ostatniego ćwierćwiecza (5-1)

Ostatnia część listy, w której nie zachowuję choćby pozorów obiektywizmu.

5. Lenny Valentino – Uwaga jedzie tramwaj (z płyty “Uwaga jedzie tramwaj”, 2001)
POSŁUCHAJ

uwaga, jedzie tramwaj
gdy jedzie, ziemia się trzęsie
trzęsie się cały mój świat

Wybrałem do pierwszej piątki utwór, w którym śpiewa Artur Rojek. Gdy próbuję sobie uświadomić niecodzienność tego zdarzenia, dociera do mnie, że Maciej Cieślak wielkim muzykiem jest. Ktoś nie tak dawno chciał przejść od (cierpkich) słów do (ręko)czynów, gdy próbowałem przekonać go do tego, do czego przekonać jest dość nierozsądnie. Płyty nie rozumiem, chyba nawet Myslovitz miewało lepsze, ale tytułowa kompozycja wyrasta ponad wszystko, co nagrał wrażliwiec ze Śląska. Nawet tekst udało się skroić dobry, odpowiednio krótki, pozbawiony nienasyconego emocjami smęcenia. Dlatego zamiast lekceważącego komentarza w rodzaju “wielkie rzeczy”, należy zakrzyknąć, że to rzecz wielka.

4. Towary Zastępcze – Przesilenie (z płyty “Długa przerwa”, 2013)
POSŁUCHAJ

Jeszcze w parkach miłość ćwiczy pocałunki
Pierwszy tramwaj śniąc przeciąga się na torach

Mógłbym napisać jedno zdanie, oczywiście zgodne z prawdą, i postawić kropkę, w czym kryłby się pewien żart. Brzmiałoby ono tak: “>>Przesilenie<< to prawdopodobnie inspirujący utwór, jaki znam”. Ale kogo interesują rzeczy – nawet jeśli dobre – pisane nie bez przyczyny do szuflady? No właśnie. Dlatego przytoczę odnoszące się do tematu refleksje.

Pierwszą płytę Towarów Zastępczych doceniam, bo poczucie humoru i dystans to ważne rzeczy – także w muzyce. Druga też była w porządku, ale “Długa przerwa” podoba(ła) mi się jeszcze bardziej, choć wspominam ją jako taki misz-masz, pomieszanie z poplątaniem. No ale to, co udało mi się stamtąd wyciągnąć i zachować dla siebie, jest zachwycające, zdumiewające, niesamowite i och, i ach, i boże, co się dzieje… Lica rodzimych śpiewaków-wierszokletów winien oblać rumieniec wstydu, że są tacy tyci-tyci, a ja robię taaaaaakie oczy (zwykle mam taaakie), bo oto okazuje się, że jakoś tak znikąd wynurzyło się postrockowe monstrum, czterominutowa słowno-muzyczna pełnia, która pozostawia mnie w stanie raz tęsknej ekstazy, innym razem ekstatycznej tęsknoty. I dociera do mnie, co dzieje się coraz rzadziej, że kurczę, zazdroszczę niektórych wersów, że nazywałbym siebie poetą, gdyby były moje, choć przecież są moje. I nie muszę się wałęsać nocą wśród parkowych ławek i zaspanych tramwajów, by były. Już nawet nie wiem, co ja właściwie piszę. Boli mnie, ale tak inaczej, tak… wyżej. Pełniej.

(westchnienie)

Nie do opisania. Miłość.

I właśnie ta “inność”, ta “wyższość”, ta “pełnia”… One… decydują. Przyjąłem określać ten utwór mianem niemożliwego. Bo jest niemożliwy. A jednak się stał. Nie mam pojęcia jak, naturalnie niczego nie ujmując samym Towarom Zastępczym, ale można tylko się cieszyć, że coś o tym zadecydowało. I słuchać, słuchać, i słuchać…

3. Kury – Jesienna deprecha (z płyty “P.O.L.O.V.I.R.U.S.”, 1997)
POSŁUCHAJ

Brazylijski serial już nie cieszy jak kiedyś…

Lubię “P.O.L.O.V.I.R.U.S.” za to, że niejedną nie najlepiej dysponowaną intelektualnie osobę może poważnie oburzyć. “Jesienna deprecha” już niekoniecznie, no chyba że zagorzałych fanów disco polo. Takich muzycznych szalikowców. Niestety nie mam możliwości szerszej i rzeczowej weryfikacji tego przypuszczenia. Na szczęście. Najlepsze jest to, że niezależnie od głębi, poziomu i sposobu odczytania – zarówno tekstu, jak i całej reszty – utwór pozostanie tak samo genialny. To, jak naturalnie kolejne wersy, które w zasadzie nie mają większego sensu, stają się coraz bardziej bełkotliwe, a muzyka ostatecznie “łamie się”, przechodząc w część nieomal jazzową, w dodatku przy zachowaniu charakteru i niewyrafinowania części wcześniejszej… To chyba nawet nie jest pastisz, prędzej inteligentnie prowokacyjny “zamach” na polskość. Udany. I bezkrwawy.

2. Za Siódmą Górą – Koło źródła (z płyty “Rogalów – piosenki ku pokrzepieniu serc”, 2008)
POSŁUCHAJ

Za wiaduktem, ponad stawem…

Przytoczę wpis z dawnego fanpage’a. Spisany w pewien grudniowy poranek, spontanicznie, w parę chwil. Być może złośliwie. Przytoczę, bo mogę. I żeby gdzieś nie przepadł.

Jadę autobusem. Poranek słoneczny, choć mroźny, niebo czyste. Widzę dziewczynę. Gdyby to był profil Spotted: Gdziekolwiek, tobym napisał najładniejszy z “anonsów”, jaki pojawił się na łamach. Nakreśliłbym rysunek ust, kształt nosa, opisał sylwetkę, strój, określił wzrost, nazwał kolor włosów, zaznaczył, że była w okularach… Niestety ponoć prowadzę blog, i to głównie o muzyce. Ale jak to rzekł jeden z moich profesorów, wracając do dygresji… Nie widzę jej po raz pierwszy. Wprawdzie nie mam pamięci do twarzy, ale tę jedną pamiętam. Pełną szlachetnego smutku, jakiego się nie widuje. Tak łudząco podobną do tej, której nie zobaczę. Zmęczoną. Mądrą. Patrzę i ulegam złudzeniu do tego stopnia, że gdybym nie wiedział, iż to jest złudzenie, czułbym się jak ktoś, kto przypadkiem spotyka dawną koleżankę, z którą nie jest już nawet na “cześć”, co boleśnie dotyka. I na krótkie chwile ulegam, bo hej, poznaję Cię, czemu mnie nie widzisz, no… Czuję się niemal rozgniewany, gdy miejsce “pomiędzy” zajmuje kobieta z wózkiem, tłumacząca skorzystanie z komunikacji miejskiej argumentem “bo wiater”, a ja wiem, że przesłania mi swoją osobą… osobowość, człowieka. Kogoś, kto nie zraziłby do siebie lakoniczną wypowiedzią, kalaniem i kaleczeniem języka, bo jeśli już, to ja mówię kiepsko, chaotycznie i zasługuję na to, by zamykać mi usta zdaniem “poczytaj sobie >>Słownik poprawnej polszczyzny<<” (autentyk). No ale co mogę… Odezwę się? No nie odezwę. Ponoć to się robi tak, że należy wręczyć dziewczęciu wizytówkę z numerem telefonu. Niestety jest to pomysł banalny w swej osobliwości, w dodatku z pewnych prozaicznych względów niemożliwy do realizacji. I pomyślałem, że mógłbym napisać list, długi list, mimo że nie umiem pisać, a listów to już w ogóle, i gdy uzyskam sposobność, wręczyć go nieboraczce. Ładne zdania, brzydkie pismo. I zanim sam spiekę raka, a raczej zapadnę się pod ziemię, zemdleję, zostanę sparaliżowany – oddalić się. Najlepiej w ogóle zniknąć.

Albo chociaż wiersz. Mhm.

I jak słysząc po raz pierwszy poniższy utwór, pomyślałem o kimś, tak teraz, widząc kogoś, kto mi tę osobę i wszystko, co z nią związane, przypomina, pomyślałem o poniższym utworze. Tym bardziej że zobaczyłem – co jest z kolei poetyckie i niezwykłe, bodaj po raz pierwszy w życiu – przemierzający pobliski wiadukt pojazd szynowy. Dlatego przechodząc do sedna, wrzucam “Koło źródła”, po raz drugi w tym roku, tym samym nieśmiało sygnalizując sentymentalne podsumowanie ostatnich dwunastu miesięcy. Można powiedzieć, że w muzyce. Bo gdyby ktoś zechciał, bym wskazał najbliższy mi utwór ze wszystkich poznanych od początku stycznia, to po dwóch sekundach namysłu wskazałbym ten.

Wojcek Czern mówi o swojej płycie, że “tutaj nie ma negacji, tu jest gigantyczna ilość poczciwości, której jest jak na lekarstwo w ogóle w muzyce”. Po czym rozbrzmiewają pierwsze dźwięki “Koło źródła”. Poznałem tę wypowiedź wtedy, gdy już zdążyłem się zachwycić “Rogalowem”. Uderzyło mnie to, że słowa autora ujmują w prosty sposób wszystko to, co czuje, całą moją recepcję, jednocześnie wskazując, co jest czynnikiem decydującym o niezaprzeczalnej i oczywistej wyjątkowości tej muzyki. Tak, to właśnie poczciwość. I z poczciwości wynika myśl (czy chęć) opisana powyżej. Zrealizowana nie w pełni, bowiem zawsze brakuje potencjału. Ludzkiego. Zresztą naprawdę nie umiem pisać. Ta nieumiejętność objawia się w pełni wtedy, gdy mam cokolwiek do powiedzenia. Choć mówić niby też nie potrafię, a jak trzeba było, to potrafiłem wygłaszać długie i tak zaangażowane monologi, że jeśli mógłbym ich po czasie posłuchać, to byłbym zdumiony. No ale nieistotne, improwizuję. Przy pierwszym odsłuchu, na wysokości puenty (czyli w połowie utworu), byłem wstrząśnięty. Nic się nie zmieniło. Dotarła do mnie jednakże jej genialna niejednoznaczność, bowiem jedyną wskazówką, czy chodzi o dobrotliwość, czy o wyraz najgłębszej tęsknoty, jest westchnienie w otwarciu wersu “serce bije, szumią drzewa”, a i ono o niczym nie przesądza. Teraz właściwie nie ma dnia, bym nie włączył sobie “Koło źródła”. Ale w żaden sposób – czy to poprzez liczne przymiotniki, takie jak “genialny”, “zachwycający”, “poruszający”, “przepiękny”, “niezwykły” czy “jedyny”, czy to poprzez próbę ujęcia magii codzienności i przywołanie utworu w takim właśnie kontekście – nie opiszę tego, jak wielka to kompozycja. Jak wielka płyta. Ale przynajmniej próbowałem.

1. Księżyc – Zakopana (z płyty “Księżyc”, 1996)
POSŁUCHAJ

nie zapominaj
odwiedzaj mnie
kiedy przychodzisz, rosnę

Wprawdzie gdyby pięćdziesiąt osób stworzyło podobną listę, przyjąwszy parę podstawowych kryteriów (jeden utwór danego wykonawcy, tekst w języku polskim), to podejrzewam, że gdyby odbyło się to niezależnie, bez możliwości wcześniejszego zasugerowania się wskazaniami innych, powtórek nie byłoby niemal wcale. Byłbym zdumiony, gdyby któraś kompozycja pojawiła się więcej niż trzykrotnie. Być może mam kiepską wyobraźnie albo niedostatecznie uważałem na lekcjach matematyki. Zmierzam zasadniczo do tego, że to jednocześnie zrozumiałe i zadziwiające. Bowiem tak jak trenerzy drużyn w sportach zespołowych mają zawodników, od których zaczynają ustalanie składu meczowego, tak “Zakopana” jest utworem, od którego zacząłem – absolutnie nie mając innego wyboru – układanie tej spontanicznej listy. Pewnych rzeczy zwyczajnie nie da się opowiedzieć, wytłumaczyć. Przypominam sobie, jak przed pięcioma laty (zerknąłem w “ściągawkę”) odpaliłem Youtube, żeby sprawdzić, co to takiego ten Księżyc, i potrzebowałem nie więcej niż kilkudziesięciu sekund “Zakopanej”, by skopiować i wysłać komuś link, przekonany, że taki odkrycie (choć cóż to za odkrycie?) zdarza się bardzo, bardzo rzadko. Olga Drenda wspomina, że Wojcek Czern przywoływał w kontekście zespołu analogie z Ewą Demarczyk, więc od siebie mogę tylko dopowiedzieć, że są one słuszne także wówczas, gdy mamy na myśli poziom artystyczny, bowiem “Księżyc” to w moim odczuciu bodaj jedyna pozycja w polskiej fonografii, która wytrzymuje porównanie z debiutem pani Ewy. Kiedyś często spotykałem się z formułkami, których autorzy odsyłali słuchaczy metalu, chcących posłuchać czegoś naprawdę mrocznego, do wydanej w tym samym roku pierwszej płyty Kalibra 44. Pozostawię to bez komentarza. Jeśli ktoś wskazałby COKOLWIEK bardziej… czarnego, coś, co sprawia, że człowiek staje się nagle malutki, a przy tym czegoś magicznego, osobnego, to… Nie, nie wskaże. Wspomniany wcześniej kolega powtarzał później wielokrotnie, że Księżyc to zespół, który nie ma swojego odpowiednika w światowej muzyce. Jestem podobnego zdania, choć patrzę – chociażby na ten utwór – pod nieco innym kątem. Chodzi mi o to, że wydaje się istnieć całkowicie poza czasem, jakby nie dało się na podstawie samych dźwięków odgadnąć, kiedy został nagrany. To wrażenie wynika szczególnie z tego, jak brzmią partie wokalne. Ech, lepiej tu urwać, bo mogę pisać i pisać, a zaraz dojdzie do tego, że zaczną się wyznania miłości do pani Agaty Harz.;)

Arcydzieło.

———-

Pozostałe części:
25-21
20-16
15-11
10-6

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s