Stachursky – Chłosta

Chłosta!
W ogóle, centralnie, kamieniem go, bez kitu!

Chłosta!
Sianie!
Viagra!
Jaranie!

Kamieniem go, bez kitu!
W ogóle, centralnie, kamieniem go, bez kitu!

Nie trzeba wgłębiać się zanadto w powyższe strofy, by dojść do przekonania, że mamy do czynienia z utworem o niezbyt wesołej, a wręcz pesymistycznej i jednoznacznie krytycznej wymowie. Jak już z naszych wcześniejszych przemyśleń dotyczących twórczości pana Łaszczoka wynikało, nie jest on apologetą pokoleń współczesnych, nie szuka usprawiedliwień dla ich marnej kondycji moralnej, umysłowego zniewolenia i autodestrukcyjnych ciągot. Nie próbuje ludzi dźwigać, podnosić czy nobilitować. Nie bawi się też ani w pretensjonalne moralizatorstwo, ani w wysilony dydaktyzm. Po prostu celnie ukazuje problemy, wyraźnie je nakreślając i precyzyjnie nazywając, ale jednocześnie nie podsuwając autorskich koncepcji ich rozwiązania (jak czynił to, dajmy na to, Prus w swoich felietonach), choć z pewnością jego potencjał intelektualny pozwoliłby mu na to. Podobnie jest w  \”Chłoście\”.

Warto w tym miejscu poczynić dygresję i zauważyć, czego przez karygodne zaniedbanie nie uczyniliśmy przy okazji któregoś z poprzednich tekstów, że pan Łaszczok odwołuje się do antycznych źródeł poezji, kiedy to była ona publicznie prezentowana przy akompaniamencie liry. Zmienia on jedynie instrumentarium, wpisując się z wyczuciem i taktem w kontekst współczesności, unikając anachroniczności i nie narażając się na niezrozumienie bądź wręcz wykluczenie z powodu tejże. Choć i tak śmiem sądzić, że nie rozumiemy w pełni tego, co poeta za wszelką cenę chce nam powiedzieć, a nierzadko wręcz wykrzyczeć.

Nie zważając jednak na dramat niepełności i niepewności interpretacyjnej, spróbujemy poczynić nasze rozważania. Najpierw kilka słów o tytule. Może on być rozumiany dwojako:
a) jako forma niewyrafinowanej przemocy fizycznej;
b) jako zespół narzędzi służących massmediom do umysłowej tresury obywateli i programowania ich poglądów;
Poecie zapewne nie chodziło o chłostę w tradycyjnym rozumieniu, dlatego skupmy się na punkcie \”b\”. Otóż poprzez użyte w nim pojęcie “massmedia” rozumiemy świat, jaki kreują i przedstawiają. Fakty wprawdzie nie są i tak w żaden sposób dostępne obiektywne, bo przefiltrowujemy je, poddajemy subiektywnej interpretacji, opierając się na własnej wiedzy, doświadczeniu i odnosząc się do posiadanego, wyrobionego już w jakimś stopniu, choć wciąż “plastycznego” i podatnego na “modelowanie” światopoglądu. Pan Jacek mówi nam o tym, że jesteśmy stale zanurzeni w ich strumieniu, bezsilni wobec szumu informacyjnego, nie potrafimy się wyzwolić z poddańczego stosunku wobec tego, co i kto nam (się) mówi. Biernie, bezwiednie, bezrefleksyjnie aprobujemy bądź negujemy, posługując się tą samą argumentacją, jaka służyła innym do jej (nam) wtłoczenia.

Wiersz posiada bardzo przemyślaną strukturę stroficzną. Kolejne zwrotki wynikają z poprzednich, poszerzają grupę poruszanych spraw, stanowią rozwinięcie myślowych koncepcji poety i na pewno nie można powiedzieć, że są dziełem przypadku. Ktoś, owszem, mógłby wnieść do dyskusji argument o lapidarności tego utworu i powołując się tylko na nań, zakrzyknąć, że i treści musi być w nim mało, ale myliłby się on, wykazując się jedynie niewrażliwością na poezję, ignorancją, a być również – jeśli by pójść dalej – zdradzając niewielki potencjał intelektualny. Udowodnimy to w kolejnym akapicie.

Po pierwsze, wiersz ma budowę klamrową (pomijam w tym wnioskowaniu słowo \”chłosta\”, stanowiące pierwszy wers utworu, ze względu na jego hasłowość i silniej naznaczony związek z środkową częścią rozważań poety, a nie którąś z krańcowych), dzięki czemu jest domknięty i wybrzmiewa mocniej. Początek i koniec wiersza (“w ogóle, centralnie, kamieniem go, bez kitu”) jest przesycony żywiołem mowy potocznej, żywej, dynamicznej, emocjonalnie zaangażowanej. Jednakże podmiotu, który je wypowiada, nie należałoby utożsamiać z samym autorem, ale raczej z postacią, poetycką kreacją, którą stworzył poprzez te słowa.. Można zresztą o niej, wbrew pozorom, sporo powiedzieć. Na pewno jest to człowiek prosty, niewykształcony, silnie reagujący na zastaną rzeczywistość (ekspresywizmy). Jest to w pewnym sensie homo faber (choć raczej w węższym niż wynikałoby to z sensu tego sformułowania zakresie), który transponuje to, co zasłyszał lub przeczytał w przekazie oficjalnym (tj. medialnym), na dyskurs niepubliczny, wręcz intymny, prywatny, w czym ujawnia się także jego rola reporterska, choć sam podmiot nie stanowi źródła, lecz pełni rolę medium, samemu ingerując wyłącznie w formę, by móc przekazać informacje bez dystansu (na płaszczyźnie prywatnej ten jest wszak ograniczony do minimum, co byłoby nie do pomyślenia w przypadku aktu komunikacyjnego typu redaktor czytelnik/widz/słuchacz). Rola, jaką odgrywają w tym media, jest jednakże niepoślednia, bowiem “naprowadzają” one na taki sposób nieformalnego przekazu poprzez samo jego tworzenie. I tak tutaj, załóżmy, informując o jakiejś tragedii (łączenie słowa “kamień” z kamienowaniem, co wcale nie jest nieuzasadnione, biorąc pod uwagę to, że wykazaliśmy ekspresję, która nie wzięła się przecież znikąd, choć ów “kamień” sprowadza się tu wyłącznie do ujęcia symbolicznego, stanowiąc pars pro toto wzmiankowanej tragedii bądź szerzej, samej informacji), ukazując pewne obrazy, prowokują do ich przenoszenia, tłumaczenia na język kontaktów bezpośrednich, codziennych.

Tę konstatację konstytuują dodatkowo eksklamacje w strofie kolejnej (“Chłosta! / Sianie! / Viagra! / Jaranie!”). Choć pozornie pozbawione większego sensu, stanowią one sensowny ciąg przyczynowo-skutkowy, unaoczniający proces rozprzestrzeniania się wirusa informacji. Można go przedstawić za pomocą punktów w następujący sposób:
1. Informacja zostaje nadana i za pomocą sygnału zostaje przekazana odbiorcy (człowiekowi) przez nadawcę (media).
2. Informacja zostaje odebrana i zdekodowana przez odbiorcę, wywołując u niego określoną reakcję i wymuszając ustosunkowanie się do niej.
3. Informacja wpływa na człowieka, wywołuje u niego reakcję emocjonalną (np. pobudzenie, wzburzenie, szok) i chęć (a czasem przymus) jej dalszego przekazywania.
4. Informacja ( w odpowiednio zmodyfikowanej formie – patrz wyżej) rozprzestrzenia się na płaszczyźnie kontaktów interpersonalnych, jest omawiana i dyskutowana.
Jak widzimy, pierwsze dwa punkty można by odnieść do klasycznego modelu komunikacji Shannona i Weavera (o którym poeta nie mógł nie wiedzieć), kolejne dwa są jedynie prostym nastęstwem tegoż, ukazują dalsze życie informacji, jej rozprzestrzenianie się i wpływ, jaki wywiera na tych, z którymi ma styczność. Widzimy tu ponadto, że zmienia się perspektywa podmiotu – tym razem można ją nazwać autorską. Może pan Łaszczok wyraża się w sposób nazbyt emfatyczny, choć emfazę tę niejako „zbija”, „znosi” wspomnianą już w kontekście całego utworu lapidarnością (tu jest to wręcz hasłowość, o której też napomknęliśmy), więc nie można mu tego wliczyć w poczet jakichś artystycznych uchybień utworu. Stachursky zdaje się bowiem cały czas panować nad swym piórem. To prawda – nie jest w stanie tak dusić wszystkiego w sobie, cyzelować słownictwa jak Staff, ale i czasy mamy teraz inne, i społeczeństwo, więc nie należy nawet takiej postawy twórczej oczekiwać. Poezja musi być adekwatna do tego, do czego się odnosi, a w tym względzie nie możemy mieć do pana Łaszczoka właściwie żadnych zastrzeżeń.

Stachursky to poeta, który pod płaszczykiem atrakcyjnej dla młodego odbiorcy formy i pozornie błahej treści skrywa mocny, wyrazisty i wartościowy przekaz. Mógłby się silić na erudycję, wykazywać, a wręcz chełpić się tym, że partycypuje w kulturze wysokiej i poprzez swoje obycie w niczym nie ustępuje najwybitniejszym polskim poetom ostatnich kilkudziesięciu lat, ale nie czyni tego, a my i tak wiemy, że postawienie go w jednym szeregu z Miłoszem czy Szymborską, polskimi noblistami z dziedziny literatury, nie jest w żadnym razie nadużyciem. Łaszczok to uważny obserwator rzeczywistości, jego refleksje są przenikliwe i trafne, choć często gorzkie, a wręcz skrajnie pesymistyczne. Ale czy w obecnych czasach mogłyby być inne? Czy potrzebni nam są afirmatorzy życia, którzy zachłyśnięci codziennością, śpiewają swoje wyabstrahowane z rzeczywistości pieśni pochwalne o wyjątkowości istnienia w każdej postaci i formie? A może przydaliby się nam tacy twórcy, którzy odnosząc się do tragedii narodowych z przeszłości, chcą wzbudzić w skosmopolityzowanym społeczeństwie ostatnie spazmy patriotyzmu? A może łakniemy awangardzistów, którzy posługując się obrazoburstwem, tanią kontrowersją, rozmytą kontestacją i językową gmatwaniną, będą próbowali nam powiedzieć to, że tak naprawdę nic nie mają do powiedzenia? A możemy wolimy Jacka Łaszczoka, który naszym językiem, będąc jednym z nas, nie ponad lub obok, powie nam, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy? Niech każdy odpowie sobie na to pytanie sam.

Prawdziwa sztuka nawet we współczesnym świecie nie jest bezbronna i powinna się jakoś obronić.

Contra spem spero.

POSŁUCHAJ

———-

Tekst (mocno) archiwalny.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s