Z ręką na pulsie (#9): Gas, Obituary, The Caretaker

Gas – Narkopop
gas

To jest tak, że albo mam kolejkę płyt do opisu, albo ledwo się spinam, żeby je zebrać. A jak już jakaś czeka, to może sobie najwyżej czekać na roczne podsumowanie. Jeśli jest dostatecznie dobra. “Narkopop” spełnia ten warunek. A do tego, bym jednak znalazł miejsce dla niej na łamach, skłoniła mnie… dzisiejsza aura. W skrócie: jest szaro i deszczowo. Może czynnikiem decydującym był wczorajszy, całkiem nieśmiały i niewytłumaczalnie trudny spacer po lesie? Najlepiej byłoby to wszystko połączyć: okoliczności przyrody, warunki pogodowe i nowe dzieło Wolfganga Voigta. Trudno powiedzieć, dlaczego nie sięgnąłem po wcześniejsze, mimo że się do tego od dłuższego czasu z(a)bierałem. Może to kwestia nieodpowiednich tytułów? Nie wiem, ile tu narkotyków, na pewno popu ani trochę, więc nie ma się co napalać na powrót do lat 60. XX wieku i neopsychodeliczną reinkarnacją, nie wiem, The Beatles (po pierwsze, to oczywiste, po drugie – to dobrze). Gdy pojawia się puls, mamy ambient techno, gdy zanika – sam ambient. Oczywiście te “tętniące” kawałki są najlepsze. I wiem, że powracam wciąż do tego samego, ale chyba w moich marzeniach tak właśnie brzmiała nowa płyta Slowdive. Niech to będzie (d)ostateczną rekomendacją.

Obituary – Obituary
obituary

Mam spore wątpliwości, czy to płyta deathmetalowa. Co więcej, powiedziałbym, że tyle na “Obituary” death metalu, ile na tym blogu dziennikarstwa muzycznego. Czyli bardzo, bardoz niewiele. Jednak nie chcę się kłócić z mądrzejszymi. Mówiąc w pewnym uproszczeniu, mamy tu do czynienia z tym, z czym chciałem mieć do czynienia na “Morning Star” Entombed. Trochę szkoda, że panowie szybko wyhamowują, bo groove groove’em, ale przydałoby się dołożyć do pieca nie tylko przez pierwsze kilka minut. To z kolei przywołuje skojarzenie z ubiegłorocznym albumem Deströyer 666. W każdym razie, jest dobrze, momentami świetnie. I trochę szkoda, bo było blisko czegoś więcej niż tylko miłego zaskoczenia.

The Caretaker – Everywhere at the End of Time – Stage 2
the caretaker

Nie wiem, ile razy można prezentować ten sam trik. Nie tylko w karierze, ale i na jednym albumie. Leyland James Kirby to kuglarz, cwaniak, któremu wciąż daję się robić w konia, mimo że wiem, iż w konia jestem robiony. Naprawdę to jak z magikiem, którego sztuczka wydaje się naiwna i prosta, ale nie dość, że nie umielibyśmy jej powtórzyć, to jeszcze nie umiemy dociec, na czym polega. Może to kwestia sza(rla)tańskiego odwołania się do sentymentu, przywołanie tęsknoty za czymś, za czym się nie tęskni, bo się tego nie przeżyło? Kiedyś pomyślałem sobie, że ta muzyka przywołuje pewnego ducha, ale sama nie ma duszy. Znów mamy kolekcję sampli sprzed lat, tym razem nawet sprawnie udających jakieś utwory, a całość – choć nie mam pojęcia, jak to porównać – być może jest minimalnie lepsza od części pierwszej. Zobaczymy, co z kolejnymi czterema.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s