Trzcina (2017)

trzcina

Dawno nie oglądałem filmów. No, trafił się jeden, przypadkiem, gdy skakałem po kanałach i nie wiedzieć czemu, trafiwszy na jakąś produkcję z pewnym aktorem grającym jedną z głównych ról w polsatowskiej “Pierwszej miłości” (nawet nie wiem, czy nie zmienili go w obsadzie z pięć lat temu, nieważne), obejrzałem ją, co może świadczyć nie najlepiej o mojej kondycji psychiczno-intelektualnej. Albo o tym, że nie straciłem zamiłowania do peryferii kultury. Ale “Trzciny” nie oglądałem ironicznie.

W czasach licealnych, czyli jakiś czas temu, lokalni twórcy zapatrzeni byli we wczesne produkcje Zespołu Filmowego “Skurcz”, zresztą jakby dziesięć lat za późno, więc ganiali po okolicznych lasach i łąkach, kręcąc sceny walk na kije. Wtórne, złe i zupełnie nieśmieszne, choć wzór obrali sobie godny. Musiałbym szukać albo pytać kolegów, bo sobie nie przypomnę tytułów. Rzecz w tym, że wiele się zmieniło. I na lepsze, i na dobre.

Tak o tym piszę, odbiegając od tematu (do którego właściwie jeszcze nie przeszedłem), bowiem mając to wszystko w pamięci, odczuwam pewien dysonans poznawczy, oglądając “Trzcinę”. Bo film ma scenariusz. Bo aktorzy grają. Bo słychać porządną muzykę. Bo to wszystko takie profesjonalne i na serio, a jednocześnie nie wątpię, że z pasją. Bo dźwięk jest dobry, wszystko słychać co w polskim filmie jest zjawiskiem raczej rzadko spotykanym. Takiej “Idy”, dajmy na to, z tego powodu wręcz nie dało się oglądać.

Trochę tęsknię za tamtą amatorszczyzną, bo uznaję dzieła złe, ale złe wybitnie, za ciekawsze od dzieł jedynie dobrych. I nawet jak słyszę w dialogach kilka bluzgów, to są one takie… poprawne. Niektóre gesty bohaterów, ton ich wypowiedzi, zdania, jakie formułują wydają się – jakkolwiek to brzmi – wyświechtane, nienaturalne (albo wręcz zbyt naturalne, przez co sztuczne), ale powiedzmy, że wiem, jak ciężko pisze się dialogi, a jeśli chodzi o pisanie scenariuszy, to napisałem w życiu jedynie jeden treatment, i to dla kogoś, mimo że nie miałem o tym pojęcia (na szczęście pomogłem, więc tekst chyba był udany), i nie miałem pojęcia, że tak zaszkodzę sobie. No nieważne, znów. Introspektywne wtręty.

Nie chcę opowiadać fabuły, mówić o grze aktorów albo bawić się w przytaczaniu faktów i żonglerkę nazwiskami, które niewiele powiedzą, bo nie uważam się za mądrzejszego od kogokolwiek. Nie lubię tego czytać, więc sam tak nie robię. Zresztą kiedyś w “zajawce” streszczono w dwóch zdaniach jeden z filmów Kieślowskiego tak, że pierwsze zdanie ujmowało zwrot akcji, a drugie – zakończenie. Wyborny żart.

To poprawny film. Wprawdzie niczym nie zaskakuje, ale trudno żałować, że poświęciło się godzinę na seans. Sprawnie zrobiony, przemyślany, z przesłaniem. Może brakuje (prze)błysku, odrobiny szaleństwa i nieszablonowości, ale z drugiej strony, właśnie takie filmy, przegadane i pozbawione dosłownej akcji (a najlepiej i fabuły, ale nie można [nie] mieć wszystkiego), lubię. Po takie sięgam. Gdyby “Trzcina” była w bazie Filmwebu, wystawiłbym tę szóstkę, choćby na zachętę. Albo za pewną reminiscencję, trwającą kilka sekund, która rezonowała we mnie już do końca projekcji, mimo że sam zwrot akcji był taki sobie. Albo po prostu za ostatnie kilkanaście minut. W każdym razie, warto po tę produkcję z Pascalowskim tytułem sięgnąć.

A ja pisząc te słowa, spoglądam w prawo, na półkę z książkami, wynajduję wzrokiem “Myśli” i rozważam sięgnięcie – dosłowne – po tę książkę, mimo że nie jestem orędownikiem czytania, co lubię powtarzać i podkreślać. Ot, przekora.

A “Trzcinę” można obejrzeć można tutaj.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s