Slowdive – Slowdive (2017)

slowdive

Dwadzieścia dwa lata to kawał czasu, a tyle upłynęło od czasu wydania poprzedniej płyty Slowdive. Wielu podchodzi do takich powrotów z rezerwą. Delikatnie mówiąc. A czy Neila Halsteada, Rachel Goswell, Christiana Savilla, Nicka Chaplina i Simona Scotta również należy przywitać chłodno?

Otwierający płytę utwór “Slomo” przestrzega przed takim nierozważnym krokiem. Choć ktoś może złośliwie zauważyć, że jedynie odwodzi. Przez te siedem minut możemy się jednak uspokoić. Zorientować się, że to wciąż ten sam zespół, który jeśli wykazaliśmy wcześniej odrobinę dobrej woli, zdążyliśmy pokochać. I ucieszyć się, że wrócił. Wprawdzie sam na pytanie o ulubionych wykonawców pewnie bym nie odpowiedział, bo się nie da, ale niewątpliwie pomyślałbym wówczas o Slowdive. Za “Souvlaki”. Za “In mind” i “Missing you” z ostatniej epki. Za obie części “Avalyn”, bez których nie byłoby pewnie obu części “Gebrechlichkeit” Burzum (odważne, ale co [mi] tam!). Za wszystkie demówki. Za to, że nagrania, których nie wyliczyłem, są co najmniej dobre. Dlatego nie gniewam się, że na nowej płycie nie grają ambient techno. A przynajmniej nie gniewam się aż tak bardzo.

Dostajemy miks dream popu i shoegaze’u, co nie jest może niespodzianką, ale trudno też powiedzieć, by było to aż tak zachowawcze, jak się wydaje. Należy bowiem zadać pytanie: czy “Slowdive” to materiał bliźniaczo podobny do któregoś z poprzednich? Czy to odcinanie kuponów lub zjadanie własnego ogona? Czy można muzyków posądzić o cynizm? Jak ktoś się uprze, to wynajdzie odniesienia czy podobieństwa, albo przynajmniej jakieś sobie uroi. Może też rzucać nazwami zespołów, które powstały w tak zwanym międzyczasie (The xx, Beach House, DIIV), ale to oczywiste, że nikt nie tworzy w próżni, a udawanie, że wciąż mamy rok 1995 byłoby w sumie słabe i niezbyt mądre. Zresztą wydaje mi się, że płyty wybitne funkcjonują niejako poza czasem.

Pamiętam, jak uparcie poszukiwałem czegoś, co będzie choć w połowie tak dobre, tak poruszające i angażujące jak Slowdive. W zasadzie bez istotnych rezultatów, choć coś tam znalazłem. Raczej pojedyncze utwory. Teraz Brytyjczycy sami wypełnili pustkę po sobie. Musi widocznie istnieć pewna prawidłowość, bo jeśli – dajmy na to – tęskni się za konkretną osobą, to istnienie kogokolwiek innego nie jest w stanie zadusić (czy zagłuszyć) tego uczucia. Choćby nie wiem co.

A wracając do meritum… Właściwie w każdym z ośmiu utworów pojawia się taki moment, taka melodia, że człowiek uświadamia sobie, iż zwyczajnie nikt nie potrafi tak jak oni. Że są w tym absolutnie najlepsi. I że jeśli ma się talent, jeśli jest się wybitnym, to nie można tego tak po prostu stracić. I chyba nic, co zostało przez ten zespół nagrane wcześniej, nie było tak… sentymentalne. Jak nagrania Mojave 3, projektu powstałego niejako na gruzach Slowdive (przynajmniej jeśli spojrzymy na horyzont czasowy i skład). I uważam, że wciąż grają o wiele cięższą i bardziej ekstremalną muzykę od wszystkich metalowych hord.

Tak teraz myślę, że single wybrano… dziwnie. Rozumiem, że miały dać możliwie najpełniejsze wyobrażenie o całości (i właściwie dają), ale gdyby wybrano chociażby “Don’t know why” i “No longer making time” (dla mnie to już klasyk), to pewnie znałbym już w obu kompozycjach każdy dźwięk na pamięć. Ale co się odwlecze… Niewykluczone, że niedługo wkuję wszystkie osiem. A wręcz bardzo prawdopodobne.

Największą wadą “Slowdive” może się ostatecznie okazać, że ta płyta została nagrana przez TEN zespół. I że stało się to teraz, a nie dwadzieścia lat wcześniej. Jeśli jednak nie przejmujesz sie, Drogi Czytelnikiem, takimi kwestiami, a w muzyce istotna jest dla Ciebie muzyka, to nie powinieneś być zawiedziony. Jest mi głupio, bo przez chwilę zwątpiłem. Dość powiedzieć, że ta płyta niekoniecznie znalazłaby się poza podium, gdybym miał uszeregować wszystkie nagrane przez Slowdive od najlepszej do najgorszej. Nie wiem tylko, bo to mi przemknęło przez myśl, czy tytuł nie jest klamrą (debiutancka epka też była imienna), spinającą dyskografię grupy i sugestią, że już nic więcej nie planują nagrywać.

Ach, i okładka – wbrew opinii niektórych – jest kapitalna!

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s