Antoine de Saint-Exupéry – Mały Książę (1943)

mały książę

Po kolei. Jesienią próbowałem obejrzeć film animowany na podstawie “Małego Księcia”. Książki wcześniej nie czytałem. O dziwo. Żadna z owych prób nie zakończyła się powodzeniem. Jednakże wskutek tego sięgnąłem po lekturę. I przez pierwsze rozdziały wydawało mi się, że właściwie niepotrzebnie. Później, gdy zamiast znudzenia czułem… ból, było jasne, że mogłem sobie darować. Chciałem wtedy dopisać coś swojego, niejako własne zakończenie, ale nie wyszło. Niedawno, po pewnej rozmowie, temat wrócił. I nazajutrz impulsywnie, w jakąś godzinę (licząc wykonane w zeszycie szkice), wyrzuciłem z siebie to, co poniżej. Ot, by sprawić przyjemność komuś, z kim wówczas rozmawiałem. A że tekst, gdy o nim pomyślałem pierwotnie, miał powstać na potrzeby blogu, jeszcze wcześniejszego, to go tutaj wrzucę. Trudno to nazwać choćby luźną stylizacją, skoro bazowałem na jednokrotnym przeczytaniu. I to odległym w czasie.

Ot, żart. A że gorzki….

A “Małego Księcia” każdy czytał, więc nie polecam.;)

———-

Rozdział 28.

Mały Książę wrócił na swoją planetę. Nie była już jego. Nie czuł, że jest. Stała się jedną z setek planet. Jedną z setek. Planetą. Obrosły ją baobaby, które w czasach sprzed wyruszeniem w podróż karczował. Teraz ledwo starczało miejsca na ruch, poruszenie, oddech. Wypatrzył pośród nich czerwony kielich, jedyną prawdziwą koronę. Swoją Różę. Nie była już jego. Nie czuł, że jest. Stała się jedną z setek róż. Jedną z setek; różą.
Znalazł się najbliżej, jak tylko możliwe, ale ona wciąż pozostawała setki, tysiące kilometrów stąd. Wciąż poza światem.
Róże nie opędzają się od adoratorów. Mogą skromnie przymknąć płatki, ale to nieprawdziwa skromność i pachną przy tym jeszcze piękniej. Adoratorzy są im potrzebni, by nie przestały być różami.
Nie chciała spojrzeć, patrzeć, widzieć. To, że wrócił, niczego nie zmieniało. Jednak w końcu przemówiła.
– Długo cię nie było. Myślałam, ze już zawsze.
Nie umiał odpowiedzieć. Nie tęskniła – tego był pewien. Tak, jak był pewien jej, odchodząc.
– Już zawsze… – powtórzył za nią.
Choć nic innego nie miało znaczenia, najdotkliwiej pozbawione go były jego własne słowa.
– Zawsze minęło. Umarłam. Umarłeś. W tym życiu nie możemy być razem – mówiła.
Czuł, że cokolwiek by odparł, ona się temu oprze. Ale chciał móc słyszeć jej głos. Wydało mu się, że całą wieczność przeżył i przebył w ciszy.
– Im byłem dalej, tym byłaś mi bliższa – rzekł Mały Książę.
– Im dłużej cię nie było, tym było cię mniej – odparła róża, która była kiedyś Różą.
– Ciemniej… – zamyślił się.
– Nie – podniosła głos, by znów przemówić dotychczasowym, wyzutym z emocji tonem. – Malałeś. Czułam tylko pojedyncze ukłucia. Takie, jakie poczułbyś i ty, próbując mnie objąć. Z czasem rzadsze i niebolesne.
Słuchał jej z całą uwagą, jaką można poświęcić komuś, kto zasługuje na nią jak nikt, ale z każdym słowem to, co mówił, zlewało się w melodię, w pieśń żałobną w obcym języku.
– Najpierw byłeś – kontynuowała – całym niebem i wszystkimi gwiazdami, które widać i których nie widać. Potem stałeś się Słońcem. W końcu, końcu końców, ze Słońca miałeś już tylko dystans, który dzielił. Ciebie i mnie, twoją planetę. Aż ostatecznie zgasłeś. Zgasłeś ostatecznie.
– I było ciemno – zauważył bez satysfakcji Mały Książę.
– Nie – jej ton znów stał się stanowczy. – Nie było. Nie było cię. Nie ma.
Każde jej słowo dudniło. W ciszy. W pustce. Każde było zatrutym kolcem.
– Nie – zdołał jedynie wyszeptać, ale w jego zaprzeczeniu i niezgodzie była pogodzenie się ze wszystkim, z czym nie można się pogodzić.
Baobaby prężyły się pewnie wokół róży, a ona nie skąpiła im swych wdzięków. To było dla niego zbyt wiele, albowiem pozostała wszystkim. Chciał rzucić, że nie jest jedyną, że jest jedną z setek, zwykłą różą, ale nie potrafił, nie mógł. Zresztą dla nich i dla niej to nie miałoby znaczenia. Tutaj była i zawsze będzie jedyna.
– Oswoiły cię – rzucił do siebie.
– Nie jestem dzika – obruszyła się.
Wiedział, że już nie ma o czym, nie ma z kim, nie ma jak. Przypomniał sobie o baranku. Jeszcze on mu został. Wypatrywał, ale nigdzie go nie było.
– Gdzie…
– Uciekł. Za tobą. Teraz nie ma tu ani ciebie, ani jego – odpowiedziała rzeczowo.
Nie miał tam czego szukać. Wszystko, co tu znalazł, co miał, co oddał i w czym mógł się odnaleźć, zgubił i stracił.
– Musisz wrócić tam, skąd nie było powrotu – podkreśliła, skreślając ich ostatecznie.
Zapadło milczenie – ostatnia z klamek.
Tak się pożegnali.
A Małego Księcia nie było już ostatecznie i prawdziwie.

Advertisements

2 thoughts on “Antoine de Saint-Exupéry – Mały Książę (1943)

  1. “[Róże] Mogą skromnie przymknąć płatki, ale to nieprawdziwa skromność i pachną przy tym jeszcze piękniej. Adoratorzy są im potrzebni, by nie przestały być różami.”Zgrabna i trafna metafora, przywodzi mi od razu skojarzenia z rajskim jabłkiem 🙂 Kłóciłabym się jednak, że książka Ci się nie podobała, skoro wywarła na tyle silne wrażenie, żeby zainspirować do napisania tego fragmentu (notabene całkiem dobrego jak na moje oko)

    Like

    1. Właściwie nie twierdzę, że mi się nie podobała. Może raczej nie zanosiło się na to, że wywrze na mnie wrażenie. No i właśnie ze względu na to, że wywarła, raczej bym do niej nie wrócił. I z tego samego powodu bym jej nie polecał.;)

      Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s