Z ręką na pulsie (#6): Death Like Mass, Tiil Sum, Varmia

Death Like Mass – Jak zabija diabeł
death like mass

Druga epka Death Like Mass. Na tę pierwszą, sprzed dwóch lat, zatytułowaną “Kręte drogi”, zaobserwowałem pewien szał, który mnie nie owładnął. Tym razem też ani myślę piać z zachwytu, ale pochwalić pochwalę. Właściwie zmieniło się niewiele. Wydaje mi się, że tylko formuła w pozytywnym sensie okrzepła, stężała, a więc i stała się tęższa. Nadal to dość pretensjonalne, hermetyczne granie, którego istotną wartość stanowią właśnie takie i właśnie polskojęzyczne partie wokalne (choć Licho to to nie jest, niestety), ale dzięki temu dość osobne w swej osobliwości. Jestem ciekaw pełnej płyty. Może nie doceniam w pełni potencjału Death Like Mass i doczekamy się kolejnej Mgły?

Tiil Sum – I nie ma śmierci, i sen jest tylko…
tiil sum

“I nie ma śmierci, i sen jest tylko” stanowi hołd dla urodzonego w Sosnowcu (jejku!) poety wyklętego Kazimierza Ratonia (1942-1983). Nie wiem, w jakim stopniu ów pan “zaistniał” jako “tekściarz” we współczesnej muzyce rozrywkowej, ale podejrzewam, że w niewielkim. Albo że wręcz stało się to dopiero teraz, za sprawą mrągowskiego Tiil Sum. Sięgnięcie po jego wiersze to dobry pomysł. Choćby dlatego, że świetnie komponują się z obskurną blackmetalową stylistyką. Ale wiadomo, że samo czerpanie ze źródeł kultury wysokiej nie jest decydujące i o niczym nie przesądza. Jednak trudno doszukiwać się tutaj nieszczerości, wyrachowania, względnie cynicznego zabiegu, a to, co najważniejsze, czyli sama muzyka, broni się skutecznie i bez problemu. Upraszczając, ale wyłącznie w celu skomplementowania, to taki Wędrujący Wiatr, w którym melancholię zastąpiono turpizmem, a surowe piękno uczyniono prawdziwie surowym.

Varmia – Z mar twych
varmia

Dlaczego sięgam po płyty, co do których mam uzasadnione podejrzenie, że nie będą mi się podobały? Ogólne odpowiedzi mogą być różne. Jeśli chodzi o “Z mar twych”, to pewnie dlatego, że etykietkę “folk metal” da się przypiąć nie tylko całej masie zespołów nagrywających rzeczy, których nie sposób słuchać bez zażenowania nawet w samotności, a obawiam się, że dawka alkoholu, jaką należy przyjąć, by to zmienić, jest dla mnie śmiertelna. W dodatku, jeśli chodzi o nasze zespoły, to mam niekłamany i nieskrywany uraz – bo nie chcę tego nazywać niechęcią – do całej tej słowiańskości i sentymentalnego pogaństwa. Jednak podejrzewam, że mało kogo to obchodzi, zresztą nie tyle odbiegam od tematu, ile jeszcze do niego nie przeszedłem. A zatem… Varmia to nie Primordial, Moonsorrow czy choćby Agalloch, ale mogę bez bólu posłuchać. Nie ma rustykalnych melodyjek, teksty w sporej części mi umykają, wokale są w porządku (nawet jeśli takie… naturszczykowskie). Nie zostanę fanem, nie zmienię podejścia, nie wrócę do “Z mar twych”, ale najgorszy jest tu właściwie tytuł całości. A muzyka to po prostu nie mój black metal (bo folk), w którym sprawdza się – co ciekawa – znana z death metalu prawidłowość, że im wolniej, tym lepiej. No ale jak przypomnę sobie Stworz (bogowie…), to widzę, że Varmia jest całkiem w porządku. Jeśli udać, że ostatniego utworu się nie słyszało.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s