Ulver – The Assassination of Julius Caesar (2017)

ulver

Dałem się nabrać. Wprawdzie nikt nie próbował mnie wprowadzić w błąd, bo sam sobie coś dopowiedziałem, ale i tak czuję, jakbym został oszukany. Najpierw tytuł, rzucony bodaj w wywiadzie, w którym jakiś forumowy śmieszek przemianował Juliusza Cezara na Juliusza Słowackiego. A Słowacki, jak wiemy i pamiętać winniśmy, wielkim poetą był. Potem okładka. I coś mi się uroiło, że nie zaskoczą. To znaczy nie mnie, bo zagrają to, co przed czterema laty. A tu figa.

Skąd myśl, że po raz pierwszy naprawdę się powtórzą? Dlaczego przyjąłem, że zespół, którego każda kolejna płyta jest rzeczywiście inna od każdej poprzedniej nagle się zatrzyma? “Bergtatt” stworzył te wszystkie Agallochy, a i Opeth na “Morningrise” gra właściwie to samo tylko inaczej zaszufladkowane. Gdyby nie “Kveldssanger”, nie powstałby pewnie “Forlatt” Vàli, a co za tym idzie, także “Skoglandskap”, a świat, mój świat, byłby wówczas bez wątpienia o wiele uboższy. “Nattens Madrigal” dowodzi, że “Transilvanian Hunger” to ładnie brzmiąca, starannie wyprodukowana muzyka, wyznaczając granicę stylistyki lo-fi w black metalu, za którą jest już tylko śmieszność. “Themes From William Blake’s The Marriage of Heaven and Hell” to rzeczywista awangarda, symboliczny pomost między trylogią a kolejnymi nagraniami (vide zaproszenie Ihsahna, Samotha i Fenriza do jednego z utworów), któremu być może zawdzięczają profil w serwisie Metal Archives. “Perdition City” zarówno jako rzecz triphopowa, jak i darkjazzowa czy zwyczajnie elektronicznie w zasadzie nie ma w moim ignoranckim postrzeganiu żadnej konkurencji. “Blood Inside” można nazwać – choćby przewrotnie – albumem progrockowym, a to, że mozna się od niego odbić jak od ceglanego muru tylko potwierdza, że mówimy o albumie wielkim. Nie tylko dlatego, że megalomańskim, rozbuchanym, w dwojakim sensie pysznym. “Shadows of the Sun” to jego rewers, antyteza albo ciemniejsza strona. Ambientalna kontemplacja i introspekcja. “Wars of the Roses” syntezuje wątki z trzech (a nawet czterech) poprzednich płyt, podając je w zaskakująco przystępny sposób i być może dlatego to rzecz odebrana niezwykle chłodno (i ZAWSZE przekręca się tytuł na “War of the Roses”). Mnie się podoba, i to bardzo, a finał w postaci “Stone angels” z ogromnym udziałem niesławnego Daniela O’Sulivana to coś tak wspaniałego, że cała płyta sprawia wrażenie jedynie nerwowego wprowadzenia. Do “Messe I.X-VI.X”, w istocie będącej mszą, wracam najczęściej, a “Mother of mercy” słyszałem pewnie ze trzysta razy. “ATGCLVLSSCAP” uznaję dobrodusznie za koncertówkę i wybaczam granie ultranudnego jamu przez osiemdziesiąt minut. Poza tym mieliśmy kilka filmowych soundtracków (“Lyckantropen Themes”, “Svidd Neger”, “Riverhead”), epki (w tym fenomenalną “A Quick Fix of Melancholy”, być może dla heroinistów, i bez cienia wątpliwości najlepszy utwór zespołu, czyli “Not saved”, na glitchowej “Silence the Singing”), kolaborację z Sunn O))), materiał dydaktyczny w postaci psychodelicznej “Childhood’s End” z coverami utworów z końca lat 60. XX wieku, występ z Norweskiej Opery Narodowej (intro i outro to niedostępne nigdzie indziej rzeczy, choć słowo daję, że fragment intra pojawiał się parę lat temu jako tło muzyczne w pewnym polskim serialu), remiksy… Słowem: wszystko. Niemal wszystko.

A tu proszę! Ulver na “The Assassination of Julius Caesar” gra synthpop. Kto by się spodziewał? Można uznać to za pytanie za retoryczne. Jak ktoś jest mocny w tej stylistyce (ja nawet za Pet Shop Boys nie przepadam), to sobie (do)powie, co i kogo tu słyszy. Mnie się przypomina rozgrywka w GTA: Vice City – jak podejrzewam, nadal najlepszej części tej popularnej serii gier – i jeśli powstanie kiedyś jej remake, to powinno się zrobić dla którejś z tych kompozycji wyjątek (wyjątek, bo nie pochodzą z lat 80.) i dodać ją do ścieżki dźwiękowej. I jak wcześniejsze płyty wprowadzały raczej w stan zadumy, tak ta… zdumiewa. A właściwie i zdurnieć można. Za pierwszym razem, słysząc końcówkę “So falls the world” (no odjazd kompletny!), po części właściwej przypominającej do złudzenia typowy utwór z “Wars of the Roses”, to musiałem podgłośnić. Trochę dlatego, że nie wierzyłem w to, co słyszę, ale przede wszystkim ze względu na to, że to, co usłyszałem, było doskonałe. “Southern gothic” kontynuuje wątek, “Transverbation” oferuje coś podobnego, acz w bardziej stonowanej wersji, podobnie “1969”. I tak wymieniłem mimochodem połowę utworów.

A mamy jeszcze “Rolling stone”. Jak Ulver nagrywa utwór z refrenem, to jest święto. Zdarzało się, że na płytę trafiał jeden taki (odsyłam do tych z pierwszej dekady obecnego milenium), często próżno było szukać jakiegokolwiek. A ten tutaj jest tak nośny, tak chwytliwy, tak kapitalny, że potrafi (za)chwycić nawet mimo tego, że zwrotki nie są nudnym smęceniem, które potem zostaje skontrastowane tym zaśpiewanym w dwugłosie cudeńkiem. Nie. To od pierwszych do ostatnich sekund hit. Niemal dziesięciominutowy. W większości instrumentalny. Ot, typowa dla zespołu przewrotność. Gdyby nie to, i jazgotliwa część końcowa, nie zdziwiłbym się, słysząc “Rolling stone” w takim RMF FM. A już przynajmniej w takiej Trójce.

W ogóle im bardziej Ulver staje się bezkompromisowy w przebojowości, w sięganiu trzydzieści lat wstecz i niespełnianiu czyichkolwiek oczekiwaniach, tym lepiej na tym wychodzi. Dlatego najsłabiej wypada zachowawczy, acz chwytliwy singiel (“Nemoralia”) i nieco smętny “Angelus Novus”. Ale za to jedyny utwór, o którym jeszcze nie wspomniałem, czy ostatni w zestawie “Coming home”, jego ostatnie cztery minuty… Znów słychać, że mamy do czynienia z zespołem wielkim, którego forma również jest wielka.

Wielu powie – i już powiedziało, bo przeczytałem sporo opinii – że w najlepszej od dekady. Co najmniej. Nie umiem powiedzieć, ale skoro gdybym miał w tym konkretnym momencie wskazać trzy ulubione płyty Norwegów, to wskazałbym między innymi “Messe I.X–VI.X”, a tę wydano w 2013 roku, to… Na pewno “Assassination of Julius Caesar” to płyta bardzo dobra, dająca większą radochę ze słuchania niż cokolwiek, co panowie nagrali przez ponad dwie dekady. Pytanie, czy właśnie owa nieskrępowana frajda jest najważniejsza i decydująca. Na pewno wymowne jest to, że słuchając, mam ochotę puścić niektóre utwory osobom, które Ulvera nie lubią czy wręcz nie znoszą (albo szanują pierwsze dwie płyty), a już się spodoba i będą chciały więcej, powiedzieć im, czym zostały właśnie uraczone. Dobrze, że “ATGCLVLSSCAP” to był tylko wypadek przy pracy, choć przyznaję, że tak wielki, iż nieomal zwątpiłem w tych kolesi.  Grają co chcą i jak chcą. I tak samo jak chcą i kogo chcą rozstawiają po kątach. Czyli znów wszystko po staremu.:)

Teraz tylko czekać na rzeczywistą wiosnę i słuchać, słuchać, i słuchać.

<zapętla “Rolling stone”, podkręca głośność>

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s