Nyctalgia – A Hint of Eternity (2017)

nyctalgia

Pamiętam pewien wieczór, właściwie późne popołudnie, przełom sierpnia i września 2013 roku. Raczej wrzesień. Specyficzny czas. Nie wiem, czego wtedy słuchałem, ale będąc na Youtubie, dostrzegłem w rekomendacjach piękne zdjęcie. Możliwe, że utwór “wyjściowy” był od kogoś, więc ów ktoś pozostawił po sobie przynajmniej jedną dobrą rzecz. Dobrą, bowiem trafiłem wówczas na “Time changed everything”. To, co usłyszałem, okazało się piękniejsze od tego, co wcześniej zobaczyłem. Parę chwil później pojawił się blue screen, a po restarcie komputera coś było nie tak ze sterownikami do karty sieciowej. Zanim się z tym uporałem… No ale nawet jeśli to wszystko, co wtedy, przepadło, to została przynajmniej Nyctalgia. I wreszcie, po przeszło trzech latach od nieco późniejszej zapowiedzi, dostajemy debiutancką płytę.

18 marca 2016. Minęło dziesięć miesięcy, 303 dni, 7272 godziny, od momentu, w którym… Sam nie wiem. Tak mi się to wiąże i splata, tak to przydusza i więzi. Odnalazłem dziś pewien szkic, jeden z tych bezcennych, którego nie musiałem specjalnie szukać, przedstawiający “scenę” z okładki. Nie mój, bo sam rysuję jeszcze gorzej niż piszę (to naprawdę możliwe), ale po takim “wprowadzeniu” byłem już odpowiednio nastrojony. Chciałem odwiedzić miejsce, związane z osobą mającą to dzieło na sumieniu, w którym nie byłem od tamtego czasu, od tamtego dnia, zresztą nawet nieco podobne do tego tu wyobrażenia, ale deszczowa aura i wskutek tego nie najlepsza droga tam prowadząca ostatecznie mnie od tego odwiodły i zawróciłem już z łąk. Widocznie naprawdę więcej tam nie pójdę. Choćby to było ulubione miejsce nie tylko dwóch sympatycznych adeptów sztuk walki, którzy niegdyś poprosili mnie tam najzupełniej uprzejmie – a takim osobom się z pewnych względów nie odmawia – bym zrobił im zdjęcie, ale i moje.

Mimo to poczułem w kościach tak przejmujące zimno jak w ten słoneczny majowy dzień. I większe niż dziś, gdy wiatr i chłód. Wstrząsnęła podobnie jak sam tytuł jednego z wcześniejszych utworów pana Pfiffnera, “Eternity was not enough”, gdy dotarło do mnie, że to rzeczywiście BYŁO za mało. Prawdę mówiąc, to płyta, która zrobiła mi największą krzywdę od pół roku, od “Skeleton Tree” Nicka Cave’a. Powody podobne, choć osobowo inne, skutek również. Mógłbym dodać, że nie wiem, co myśleć o tej muzyce, bo słuchając, myślę o niej samej najmniej, ale chyba naprawdę mam to, co spodziewałem się dostać. Tylko że dostałem… mocniej. Mocniej niż mogłem się spodziewać. I mam… za swoje. Przypomina mi się “Spirit of Eden” Talk Talk, gdy idzie o samo budowanie nastroju i takie zmierzanie do kulminacji, że ta ostateczna nigdy nie następuje. Na pewno łatwo rzucić, że to banał tak grać, poplumkać trochę, dodać smyczki i chóry, banał i tandeta, ale to, co najpiękniejsze, chyba zawsze musi być nieco banalne, gdy spojrzeć na to płytko.

“A Hint of Eternity” to materiał pełen euforii i rozpaczy. Pewnie każdy zrozumie go i poczuje inaczej. Dobrze, by zrozumiał i poczuł. Może bębny brzmią nieco dziwnie, może nie dzieje się tu bóg wie ile, może dla mnie, czyli osoby, która demo słyszała pewnie ze sto pięćdziesiąt razy, to jednak pewne novum, choć do post-rocka można podchodzić na różne sposoby, ale jest cudnie. Nie muszę udawać, że się znam ani niczego podobnego sugerować. Wystarczy, że dla mnie pewnie nic w najbliższych miesiącach nie będzie mogło z tą płytą konkurować.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s