Z ręką na pulsie (#25): Arcade Fire, Coldplay, Grizzly Bear

Arcade Fire – Everything Now
arcade fire

Arcade Fire to nigdy nie był zespół dla mnie, a przynajmniej tak przyjmuję, więc się nie spinam ani nie zaperzam. Co więcej, ów stan rzeczy przestaje być pewny (albo w istocie to NIE BYŁ zespół dla mnie), bo na tyle, na ile to w moim przypadku możliwe, bawię się bardzo dobrze. Mimo że wcale tego po mnie nie widać. Owszem, jest w tych piosenkach coś… głupkowatego, swoista muzyczna afazja, ale nie trzeba pobłażliwej dobrotliwości, by odkryć w nich ogromne pokłady bezpretensjonalnego uroku. Wygląda na to, że zasilam szeregi mniejszości ze swoim entuzjastycznym odbiorem. I albo naprawdę coś ze mną nie tak, albo to – ostrożnie mówiąc – naprawdę dobra płyta.

Coldplay – Kaleidoscope (ep)
coldplay
Sytuacja podobna co w przypadku opisywanej niżej płyty Grizzly Bear”. A może to w pewnym sensie wypadkowa obu pozostałych pozycji z tego odcinka cyklu “Z ręką na pulsie”? Z “Painted Ruins” ma całkowitą niewyrazistość, a z “Everything Now” – odchudzony o “to coś”… banał? Albo mam jakiś zjazd, albo to naprawdę długie dwadzieścia kilka minut. Wiem, że po “Something just like this” muszę posłuchać “So you wanna be a superhero”. Jakieś bliższe mi to w wyrazie. W obu przypadkach zgoda – nie ma co zgrywać herosa. A grupa Coldplay zapewne robi krok w tył. Choć z drugiej strony, przynajmniej nie stoi w miejscu.

Grizzly Bear – Painted Ruins
grizzly bear

To taka płyta, o której niespotykanie trudno cokolwiek napisać. Gdy próbowałem do niej wrócić, trzymając laptop na kolanach, to w pewnej chwili ułożyłem go przed sobą na tapczanie, podkuliłem nogi, ułożyłem głowę na poduszce i zapragnąłem zasnąć. Zreflektowałem się jednak, że byłoby to cokolwiek osobliwe i frapujące, a jestem taką indywidualnością, dla której przykuwanie uwagi to ostatnie, czego potrzebuje. I ponieważ nieplanowanie, i zupełnie nagle, w głowie zrodziła się puenta tego miniwywodu nie na temat, wysnuję nieśmiałe przypuszczenie, że może podobnie mają muzycy grupy Grizzly Bear, gdy komponują.

nieznane / zapomniane: Ziyo – Ziyo (1989)

ziyo

Pisanie o muzyce jest dla mnie często pisaniem pretekstowym. Ale muzyka zawsze stoi przed tekstem, więc niezależnie od tego, co spontanicznie zaimprowizuję, przedmiot jest ważniejszy od podmiotu. Tak się trochę zawczasu tłumaczę, bo wiem, co mi się w głowie układa, gdy komponuję tamże notkę o imiennej płycie tarnowskiej grupy Ziyo.

W czasach dogorywania poprzedniego blogu, który parę osób pamięta, działy się tam – z mojej perspektywy – rzeczy dziwne. Cały problem polega na tym, że nie można komuś zabronić wstępu, a jedynie wyrazić wprost, że nie życzymy sobie odwiedzin danej osoby. Gdy to nie działa, człowiek ucieka się do komunikowania we wpisach takich treści, które nie zostaną wychwycone przez pozostałych czytelników, ale będą wnykami, w które nasza niepożądana duszyczka niechybnie wpadnie, raniąc się boleśnie. Przykładowo, odnosząc się merytorycznie do obejrzanego filmu, spytam retorycznie, jak można nie zakochać się w dziewczynie o niebieskich włosach. Albo zostawię ślady śladów, które pozostawił po sobie we mnie ktoś inny. Albo zadrwię, bo we mnie sentymentalizm miesza się z pamiętliwością. Teraz to już nie zadziała, skoro ostatecznie byłem zmuszony pozbyć się prowadzonego – nie twierdzę, że z wielkim powodzeniem – przez ponad siedem lat blogu. Wyłącznie po to, by mieć względny spokój. Dowiedziałem się przy okazji, że to zbrodnia, i że byłbym zdolny do każdej podłości, ale to takie tam. Zmierzam do tego, że planując wówczas napomknienie o tej płycie, ułożyłem sobie sformułowanie, utrzymane w podobnym duchu do tych wzmiankowanych, zgodne z prawdą i bardzo złośliwe, że to moja ulubiona rówieśnniczka. Zamiast tego, jak piszę bez sprawdzania, coś tam opowiadałem o tym, że nie rozumiem, dlaczego pozostaje poza ścisłym kanonem szeroko rozumianego polskiego rocka tamtych lat. Bo nie rozumiem. Nazwę zespołu powinno się wymieniać jednym tchem wraz z Siekierą czy Kultem. I mniej więcej, mocno upraszczając, tam lokują się te dźwięki. Wiem, że tak sobie można gadać, ale gdyby “Ziyo” nagrała wówczas grupa Kazika Staszewskiego, to podejrzewam, że spora część fanów uważałaby to dzieło za najwybitniejsze w jego dorobku. Nie zawsze oczywiste i naprawdę dobre teksty, chłodny, przesiąkniętą miejską, późnojesienną melancholią klimat i to coś, co trudno nazwać, a pewnie jeszcze trudniej uchwycić w samej muzyce.

Tak się dziwnie poukładało, że sporo naprawdę ważnych nagrań poznałem w pierwszej połowie maja ubiegłego roku. Gdybym nadal starał się zastawiać wnyki, gdybym nadal nie czerpał najmniejszej przyjemności z samego pisania, pewnie i to bym odpowiednio “wykorzystał”. Ale myślę, że w tym przypadku to w każdym możliwym sensie zupełnie bez znaczenia. “Ziyo” nie wiąże się z żadnym czasem i sentyment nie odgrywa żadnej roli w tym, jak tę płytę odbieram. A myślę, że spokojnie umieściłbym ją pośród – powiedzmy – dwudziestu ulubionych krążków nagranych w naszym kraju. A że znam ich nieco więcej niż dwadzieścia, to ma jakieś znaczenie. Jest kapitalny. Tak po prostu. Ale nie wierzcie mi na słowo.;)

 

Z ręką na pulsie (#24): Moon Diagrams, Steven Wilson, Suffocation

Moon Diagrams – Lifetime of Love
moon diagrams

Muzyka do spania. I nie to, że taka nudna. Ot, techno, które nie pulsuje zbyt mocno, więc głowa nie rozboli. Ni mniej, ni (wiele) więcej. Miękkie, przyjemne, lekkie. Bonusem będą dwie cokolwiek oniryczne piosenki, a że jedna z nich pojawia się zaraz po wstępie, to można się zacząć zastanawiać, czy to jeszcze jawa, czy to już coś pomiędzy.

Ciekawostka: Moon Diagrams to Moses John Archuleta – perkusista Deerhunter.

Posłuchać można tutaj.

Steven Wilson – To the Bone
steven wilson

Liczyłem na miks Petera Gabriela i Paula Simona z “Graceland”, z domieszką klimatów rodem ze ścieżki dźwiękowej “Blade Runnera” Vangelisa i środkowego Talk Talk. Może do tego trochę Kate Bush. Nie wiem czemu. Chyba coś przeczytałem tam czy tu. Oczywiście tu i ówdzie można, jak się okazuje, to i owo usłyszeć, ale… Uwaga, dygresja. W tym roku ukazał się pewien album. No i wszyscy recenzenci – jak jeden mąż – wśród głównych wpływów dopatrywali się twórczości zespołu x. No i wyszło na to, że owszem, zespoły y czy z to owszem, w ogóle można pół alfabetu wyliczyć, ale tego iksa autor muzyki nigdy nie słuchał i nie był dla niego inspiracją, o czym czytam w prasowym wywiadzie. Dlatego wyliczać sobie można. Być może o to właśnie chodzi w tym… sporcie. A jeśli chodzi o “To the Bone”, to najważniejsze, że są to piosenki. Może trochę zbyt grzeczna i ładne, pozbawione szaleństwa, a niekiedy także i fantazji, ale na ogół bezpretensjonalne. Progresywne ślady też można by bez większej szkody dla całości zatrzeć. Koniec końców, petardy na miarę ubiegłorocznej płyty Bon Iver nie dostajemy, bo i na to po cichu liczyłem. Jednak posłuchać nie wadzi.

Suffocation – …Of the Dark Light
suffocation.jpg
Mierzyłem się przed paroma dniami ze starym Suffocation. Porwany (obłędem) nie zostałem, choć muszę przyznać, że chłopaki się starały. Tutaj od pierwszych dźwięków uderza – w negatywnym sensie – brzmienie, jakże “godne” naszych czasów. Z nudnawej młócki robi się młócka sterylna, w której równie wiele prawdy i naturalności co na obrazku “zdobiącym” okładkę “…Of the Dark Light”. Dostajemy w teorii uczciwe trzydzieści pięć minut tego, co ograne i zgrane. Bardzo długie trzydzieści pięć minut. Z dawnych wielkich, jak już ktoś koniecznie musi, sugerowałbym tegoroczną płytę Obituary. Chyba że zaproponowana wcześniej muzyka do spania w obliczu zaburzeń snu okaże się niezdatna – wtedy zawsze lepiej sprawdzić nową płytę Suffocation niż faszerować się prochami.

Dobre darmowe płyty (sierpień 2017)

Mornië Utúlië – W bezmiarach nocy (ep) (atmosperic black metal) (2017) (6/10)
mornie utulie
Smutne szumy i wrzaski. Ameryki Bartek Brożek nie odkrywa (nie tylko dlatego, że nie jest to granie na tamtejszą modłę), ale na szczęście, co mogłaby sugerować Tolkienowska nazwa projektu i obrana stylistyka, nie jest to także próba odtworzenia klimatów, jakie proponuje szwajcarski Summoning (i niestety kopiści). Takiego grania nigdy za wiele, a że epka jest dość krótka, to może być nawet mało.

POBIERZ (Bandcamp)

Winter Aid – The Murmur of the Land (indie folk) (2017) (7/10)
winter aid
Napisał do mnie w pewnym miejscu jakiś sympatyczny jegomość, pytając, czy mam w płytotece coś z dorobku Winter Aid poza epką “The Wisp Sings”. Nie miałem, więc mogłem wysłać jedynie link do Bandcampa zespołu, co zresztą uczyniłem. Mój interlokutor zreflektował się momentalnie, w sposób jednoznaczny i dość brutalny karcąc się za to niedomyślenie (?), ale wiadomo, że najciemniej jest pod latarnią. Zresztą dzięki temu dowiedziałem się, że ukazała się niniejsza płyta. Jeśli litościwie pominąć przemianowany na “Wisp” i przearanżowany (nie ma mojej zgody na to!) utwór tytułowy z tamtej epki, który jest jednym z najważniejszych dla mnie kawałków muzyki poznanej w ostatnich dwudziestu miesiącach. Bardziej indie niż folk, ale mi takie smęcenie podchodzi. Jeśli – jak to drzewiej wyczytałem – Coma jest małym Kultem, to Winter Aid jest małym Foreign Fields. I mimo że paralela wydaje się dziwna, trudno mi sformułować milszy komplement.

POBIERZ (Bandcamp)

Ziomy – Zbyszko (ep) (cloud rap) (2017) (7/10)
ziomki
Wyszukiwarka Google działa tak, że dysponując nazwą zespołu i tytułem epki, nie mogłem na ten materiał trafić. Zanim trafił mnie szlag, o co jakby coraz łatwiej, dołożyłem do uporu trochę sprytu i znalazłem. Potem było już naprawdę przyjemnie. Kolejne dwa kliknięcia prowadzą na ślad Wypas muzycznej Grupy, co samo w sobie powinno stanowić dostateczną rekomendację. Siedmiominutowe dzieło koncepcyjne, które stawia pytania i nie przynosi odpowiedzi.

POBIERZ (Bandcamp)

ShanteL – A ty daj (2017)

shantel

Można powiedzieć, że dobrze pisać o tym, o czym najpewniej nie napisze nikt inny. Podejść serio do twórczości niewymagającej podobnego podejścia. Szukać w rejonach, które z mojej perspektywy są peryferiami, ale dla wielu to centrum. Jest w tym coś autoironicznego. Poza tym, co pożyteczne, nie szkodzi. Dlatego zaryzykuję recenzję płyty grupy ShanteL, prowokacyjnie – wziąwszy pod uwagę poetykę tekstów discopolowych i to, że nie są zwykle pisane językiem ezopowym – zatytułowanej \”A ty daj\”.

Nie jestem uprzedzony do całego nurtu – o dziwo i wbrew pozorom. Ot, ludyczny folk, którego być może główną przywarą jest to, iż to folk rodzimy. Oczywiście to trochę co innego niż wykonywanie przedwiecznych, zachowanych w tradycji mikroojczyzn pios(e)nek przez ubrane w tradycyjne stroje starsze panie ze wsi i miasteczek albo Słowian(ecz)ki w wiankach, z warkoczami, ale to też element naszej kultury, tożsamości, duszy. Wiem, że zaczynam pisać dziwności, ale piszę słuchając, a że miewam problemy nie tylko z podzielnością uwagi, ale i z jej skupieniem, proszę, by niniejszy akapit odczytać stosownie, mając na uwadze tę sugestię.

Piosenki są o tym, o czym można odgadnąć, że są. I są takie, jakie wiadomo, że będą. To właściwie kwestia zaufania, że włączyłem, poznaję, próbuję się odnieść i w ogóle tak serio-serio. Czytam sporo poezji, szczególnie jak na tak prostego osobnika, także sporo tekstów o poezji, którą czytałem i zachodzę w głowę, jak to jest, że w tekstach – powiedzmy – krytycznych następuje nie tyle nadinterpretacja, ile nadprodukcja sensów i wartości, z byle wierszokletów tłuczących impulsywne strofy robi się sumienia społeczności, jednostki wybitnie wrażliwe i zdolne, a przecież mógłbym tak samo, mógłbym tak samo no… Mógłbym tak samo o chłopakach z ShanteL, o rozdarciu, o tym, że forma i poetyka są odpowiednio zredukowane celowo, że to zabiegi czysto literackie, że to takie ironiczne jak projekt Mister D Pani Pisarki Masłowskiej (brrr… choć pióro szanuję), że wersy w rodzaju \”mam wielką chęć na ciebie, Kasiu / jestem dorosły, a ty masz trochę czasu\” to refleksja głęboka i ze wszech miar wartościowa, że tak się mówi szerokiemu gremium o fundamentalnych uczuciach i bolączkach, że w tym wyraża się całe pragnienie kochania i bycia kochanym (kochaną), że pewne rzeczy są jednocześnie proste i niewymownie trudne zarazem. Mógłbym, tym bardziej że jestem dopiero w połowie płyty.

Ale tak serio: jest w tym pewne wysmakowanie. Bez błysku, może bez wkładu własnego (czy to jeśli chodzi o inwencję, czy serce), ale słyszałem – głównie mimowolnie – mnóstwo bardziej inwazyjnych projektów, które narodziły się lub odrodziły po tym, jak wrócił boom i szał na disco polo, i za ogólnie w dobrym tonie przyjęto jawne, nieironiczne sympatyzowanie z tą stylistyką. Być może nie mieliśmy do czynienia z czymś podobnym w czasach pirackich kaset magnetofonowych i programu “Disco Relax”.

W każdym razie, wspomnieliśmy o wysmakowaniu. Jasne, że nikt tu nikomu życia nie komplikował, i nie komplikował sobie, ale jest w tym kalkowaniu pewna bezpretensjonalność (“może wtedy wezmę cię za rękę / zerwę twą sukienkę” – jak to daleko, także wziąwszy pod uwagę rym, od ujęć tradycyjnych, no jak?), poza tym trzeba docenić, że nikt nie czyni tu pozornie zawoalowanych aluzji aktów fizycznej miłości, pochwała hulaszczości i wszelkiego używania nie przekracza akceptowalnych norm, a cały romantyzm, porównania do narkotyków i powietrza, przełknę, potem najwyżej tylko wezmę w płuca sporo rzeczonego powietrza (i tylko powietrza), by powoooli je wypuścić.

To, że raz Kasia, raz Natalia, i że znów raczej blondynki, też wezmę za zabieg celowy, skalkulowany pod gusta, pragnienia i projekcje słuchacza, za którego w porywach nieoczekiwanej nieskromności się nie uważam. Zresztą gdyby próbowali inaczej, coś by nie grało. Albo wyszłoby, że pastisz i podśmiewanie się z kanonów, które kanonami są przecież nie bez przyczyny i nie po nic.

Dziesięć utworów. Dla tych, którym mało, dwa remiksy. W swojej niszy ShanteL jest tym, czym w black metalu ten zespół, co miał okładkę kropka w kropkę jak Darkthrone w okresie (nie)sławnej trylogii, tylko dwadzieścia lat później, i grał podobnie (tylko dwadzieścia lat później), ale już zupełnie nie pamiętasz, jak się nazywał, w głowie nie został choćby dźwięk. Z tą różnicą, że jak wpiszemy nazwę zespołu na Youtubie, to naszym oczom ukażą się liczby siedmio-, a nawet ośmiocyfrowe. To nie musi smucić, ani tym bardziej wiele znaczyć (szczególnie w ogólnie rozumianym… kontekście), po prostu wskazuję różnicę. A ten wpis sugeruję potraktować jako pamiętnikarski, pamiętniczkowy w zasadzie, poczyniony w myśl wspaniałych wersów z utworu Nagrobków (“bardzo jest mi źle, gdy myślę o tobie  (…) / bardzo jest mi źle, więc myślę o tobie”) albo uznać, że muszę się pożalić i tak szukałem powodu, albo w ogóle nie dociekać, co mną powodowało.

———-

Tekst jeszcze z poprzedniego blogu.

Taco Hemingway – Szprycer (2017)

taco hemingway

Istnieje grupa artystów, na których płyty nie czekam, a mimo to po nie sięgam. Być może z obowiązku, jeśli można mówić o nim w związku z prowadzeniem (ultra)niszowego blogu, ale zawsze. Być może dlatego, że interesują mnie tak zwane peryferia. Do owej grupy zalicza się ni(e)jaki Taco Hemingway – przywołując trafne zdanie redaktora Dejnarowicza nt. pana Piotra Bukartyka, wstydliwa dla popkultury RP postać.

“Trójkąt Warszawski” łyknąłem, lokując tę płytę dzięki odrobinie dobrej woli gdzieś w dolnych rejonach stanów średnich. Irytującą, manieryczną, pretensjonalną i dość kiepską, gdy chodzi o warsztat kolesia za majkiem (“wyrobi się” – rzekł mi wówczas ktoś, kto w odróżnieniu ode mnie zna się na rzeczy). Później, gdy zaczął się cały szał, było już tylko gorzej, bo zarówno “Marmur”, jak i “Wosk” to rzeczy jednoznaczne złe, złe w najgorszy możliwy sposób, i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej.

No ale czas na kolejną dawkę osobliwej przyjemności, jakiej nawet Popuś – czy tam sam, czy wsparty przez niemal tak samo zdolnych kolegów – nie jest w stanie zapewnić. Ciekawą rzeczą wydaje mi się fakt, że przed przystąpieniem do odsłuchu otwarte miałem w przeglądarce internetowej dwie zakładki: jedną ze stroną internetową Filipa Szczęśniaka, z której możemy (ale nie musimy, co warto podkreślić) pobrać epkę, a drugą z tekstem o tematyce osobnej, którego część tytułu brzmiała “dno dna”. Wierzę wprawdzie w siłę sugestii, bardziej niż nawet w siłę określonego nastawienia a priori, ale… no… mimo wszystko… No postaram się, w każdym razie.

Chętnie wkleiłbym w tym miejscu fragment kadru (bo nawet nie rozdziału), krótkiej książki, którą powoli sobie gdzieś na boku kończę. Bardzo rzeczowo, bo poprzez użycie terminów, których nie znam, w tym nazw gatunków i różnych formacji geologicznych, opowiada o specyfice flory i fauny miejsca, które niekoniecznie tamże istnieje, gdyż owa przesada służy co najwyżej wyolbrzymieniu pewnego tragizmu niby-postaci. No i jako że odnośnie zakończenia szkicu, który pierwotnie miał nawet trafić na poprzedni blog, zdania były różne (a to, że jest dobre, chociaż nie powinno, że wydźwięk pozytywny, a to, że nadziei w tym nie ma, a to znów, że w ogóle nie ma zakończenia, a całość jest zawieszona, a to znowu, że jest ono niejednoznaczne), postanowiłem zasugerować w taki zawoalowany sposób własne odczytanie. I pewnie brak litości. Wiadomo, to oczywiste, że dla tutejszego Czytelnika jest to wyimek równie nieistotny jak całość, jednak służyłoby to (p)odkreśleniu stopnia zainteresowania “Szprycerem”. Jakbym znał autorski przepis na szarlotkę, to mógłby być właśnie przepis na szarlotkę.

No dobra, jedziemy z tematem.

“Nostalgia”. Pierwsza myśl? Wada wymowy. Ta sama dykcja. Niezmiennie flow. Budzące uśmiech politowania przyśpieszenia. “Chodź”. Green Grenade umiał lepiej w trapy, serio. I ten jego ghostwriter był lepszym tekściarzem. Posłuchałbym chętnie “SKRRRT”. Znów przezroczystość. Wersy (z metra) cięte jak na płytach sprzed półtorej dekady. Przypominają się też linie wokalne na wczesnych płytach Black Sabbath, gdzie to, co wygrywał pan Iommi, przypominało amatorskie taśmy z “Szansy na sukces”, a przecież tam każdy prawilny ziomek brał profesjonalną. “Tlen”. Głęboko westchnąłem. Przypadek? Niesondze. Facepalm. Kiwanie głową z niedowierzaniem. Ten refren… Jak to możliwe? Przecież człowiekowi powinno się coś włączać, nie wiem, zapalać jakaś lampka… Chciałbym to odsłyszeć, naprawdę. “Głupi byt”. Zastanawiam się, czy typ miał jakiś pomysł wejściem w autotune i byciem na czasie. Nawijka, o której szkoda gadać, do bitów, o których nie da się nic pasować… Cóż, to nawet ma sens. “Dele”. Przez chwilę myślałem, że wracamy do “Muzyki rozrywkowej” takiego jednego, co jest dużo zdolniejszy i mógłby wrócić, żeby się panoszyły takie wacki. I to tak zanim jeszcze gospodarz wjechał (hah) na bit. “I.S.W.T”. A.I.P.w.Ch czy jakoś tak. “35”. Tak, narkotyki to dobry pomysł. Nie, narkotyki to zły pomysł. Chyba że jest się tym, co to brał narkotyki, żeby nagrywać muzykę, do której można brać narkotyki. Myślę, że wiadomo, o kogo chodzi. “Karimata (mute)”. To “mute” dało mi złudną nadzieję. Gasła przez pięć minut i sześć sekund. Takie trochę przymilanie się do ulicy jakby. Ale w rurkach to może być cokolwiek ryzykowne. I kolejne puszczenie oczka (hihi) do pana Krawczyka. Poprzednie było ze dwa utwory temu. Nie chcę wyłapywać takich rzeczy specjalnie, by nie sugerować, że to jakieś erudycyjne czy coś. “Saldo ’07”. Tak mi się przypomina, jak ktoś się nazwał saldem, odnosząc się do mnie. I dziurą w moim czasie. Tak, to by teraz bardzo pasowało.

Wiem, że tak się nie pisze recenzji. W ogóle tak sie nie pisze. Tylko że mi wolno pozwolić sobie na sporą nonszalancję, bo nikogo nie oszukuję. Taco się zmienił i jest taki sam. Spróbował czegoś nowego i nic nowego nie zaprezentował. Taką sobie herbatę dopijam teraz. Jest bardzo słaba. A i tak dużo lepsza i bardziej esencjonalna niż ta epka. Być może to najgorsza rzecz w jego dorobku, bo taka… niewyraziście zła. Mogłem z powodzeniem ocenić i odhaczyć bez słuchania. To nieśmiało sugeruję Wam.

Z ręką na pulsie (#23): Converge, Église, Pourbon

Converge – I Can Tell You About Pain (ep)
converge
Uczciwe wciry, po których można mieć najwyżej żal o to, że oberwaliśmy za mało. Niekoniecznie przepadam za takimi łamańcami, ale jestem kupiony intensywnością. Poza tym takie Converge czy Dillinger Escape Plan to trochę lepsze grajki niż, no wiecie, Frontside. Choć to jeden z zespołów z kategorii “bardzo szanuję, ale raczej nie słucham”. I nie mam na myśli sosnowiczan. Jestem usatysfakcjonowany, a jednocześnie chcę więcej.

Posłuchać można tutaj.

Église – Burial (ep)
eglise
Ponieważ udało się zmierzyć z Converge, będzie tematycznie i porównawczo. Église podobną marką nie jest (i może już się nią nie stać, bo zespół rozwiązał się w dniu premiery epki), ale to w niczym nie przeszkadza. Trochę szkoda, że kończą, bo najwyraźniej dopiero się rozkręcali. Żegnać się w taki sposób to nie wstyd. Hardkorowe podejście do matematyki, ale z wyraźnym pierwiastkiem humanistycznym (vide “Tempest”).

Posłuchać można tutaj.

Pourbon – Pourbon
pourbon.jpg

Okładka kojarzącą się z Luxtorpedą Nasum (z domieszką Darkthrone) to miła rzecz. A wiadomo, że czymś trzeba ku sobie skłonić, przykuć uwagę. Muzycznie to rzecz… nietypowa. Dłuższą chwilę zajmuje zorientowanie się, co jest grane, choć składowe łatwo wskazać (mathcoce, sludge, trochę noise’u). Spora część utworów dobiega końca, zanim prawdziwie się rozpocznie, jakby zostały nagle porzucone, brzmienie wydaje się nieco zbyt… mechaniczne, ale koniec końców nie jest to złe. Choć proponowałbym raczej którąś z dwóch pozostałych pozycji.

Posłuchać można tutaj.

Z ręką na pulsie (#22): Butelka, Father Kong, The Ryszard Kramarski Project

Butelka – Szpun’n’roll
butelka

Toruńska (a jakże!) Butelka, autorzy przeboju “Dekoder TV Trwam” wraca z kolejną płytą. I to już piątą! Niestety nie będąc głębiej zaznajomiony z twórczością owych panów, obawiałem się, że będą próbować mnie rozśmieszyć, co obarczone jest niemałym ryzykiem niepowodzenia. No ale teksty, których tematykę dobrze oddaje okładka, są proste, ostre i w sumie z jajem, więc pasują do niewyszukanej, thrashowej sieczki. Choć trzeba przyznać, że jest tu sporo melodii, a nawet – uwaga! – śpiewania. Wtedy myślałem sobie, że oto Tomek Kłaptocz (Akurat, Buldog) postanowił odnaleźć się w nowej dla siebie stylistyce. A tak na poważnie, to, że moje obawy były niesłuszne, nie zmienia to faktu, iż nie mogę pokusić się o bardziej pochwalne stwierdzenia niż “nie czułem zażenowania, słuchając tych ośmiu utworów”.

A w “Alfie Romeo” słyszałem… Primordial. Serio. Za to plus. No a “Panie Jarku” ma fajną motorykę – mimowolnie wystukiwałem rytm.

Father Kong – The Sunny, Dirty Days
father kong

Nie wiedzieć czemu, nazwa projektu przywoływała – być może niebezpieczne – skojarzenie z tym wszystkimi upalonymi stonerami, które nawet byłyby dobre na panujący obecnie nam niemiłościwie upał, ale jak już sięgać po płyty pustynno-trawiaste, to wystarczy mi w zupełności imienny album Kyuss (znany też jako “Welcome to Sky Valley”). A jak jest, gdy włączymy płytę? Na pewno nieźle. Najbliżej kojarzy mi się Skalpel, być może dlatego, że sam Skalpel kojarzę mgliście. Father Kong tkwi w pewnym zawieszeniu, które być może nie wynika z niezdecydowania czy chęci trafienia do szerszej publiki, między jazzem a elektroniką. Tak najogólniej. Jednocześnie gdyby stwierdzić, że ani to jazz w jakimkolwiek wariancie, ani żadna z nisz elektronicznych (może dalekie echa nagrań Noona?), dałoby się to obronić. Broni się tez “The Sunny Dirty Days”, mimo że polecałbym tę płytę – raczej kierując się intuicją – na duszne, wciąż niezbyt długie noce.

The Ryszard Kramarski Project – music inspired by The Little Prince
the ryszard kramarski project

Rock progresywny (szczególnie w nowoczesnym ujęciu) nie jest moim ulubionym gatunkiem muzycznym, do “Małego Księcia” pewnie nigdy nie wrócę, albumy koncepcyjne to dość ryzykowny pomysł, a w dodatku okładka “music inspired by The Little Prince” nie jest specjalnie… zachęcająca, ale… Przede wszystkim całe szczęście, że mimo owego źródła inspiracji – zapewne nie tylko w warstwie tekstowej – płyta nie poniewiera w całkowicie nieludzki sposób człowiekiem, bo takiej i tak znam aż nadto. Inna rzecz, że w ogóle nie budzi jakichś większych emocji, co najwyżej może wprowadzić momentami w stan lekkiej melancholii. Podobają mi się krótkie momenty, gdy konwencjonalny patos ustępuje miejsca naturalnej przebojowości. Albo gdy słychać przestrzeń, nawet jeśli jest nią pustka. Oczywiście cały czas nad muzyką unosi się duch natchnionej przaśności, ale taki już urok całej stylistyki. Elementu zaskoczenia nie stwierdzono, ale płyta jest naprawdę przyjemna. I o dziwo, nie widzę nic wstydliwego w tym, by to otwarcie przyznać.

Nocny Kochanek – Zdrajcy metalu (2017)

nocny kochanek

Nocny Kochanek. Nie lubię zaczynać recenzji od encyklopedycznych notek, bo czuję, jakbym sugerował czytelnikowi, że czegoś nie wie. W każdym razie, kojarzyłem ich, gdy grali jeszcze pod szyldem Night Mistress, w końcu to zespół z istotnym stażem, coś tam zdarzyło mi się (u)słyszeć (“Kapitan Bomba”, wiadomo), a teraz przyszło mi się zmierzyć z ich czwartą już płytą, zatytułowaną “Zdrajcy metalu”.

Zacznijmy od tego, iż mój stosunek do heavy metalu – czy metalu w ogólności – jest tak poważny, że mogę przyznać się do noszenia spranej koszulki Iron Maiden z okładką singla “Purgatory”. Bo w sumie hipsterska. Przyznać się, ale nie od razu paradować w niej publicznie, acz ewentualne skrępowanie niekoniecznie wynika z tego, że… Jejku, dobra, bo ugrzęznę. Rzecz w tym, że nie ma świętości, a już na pewno świętością nie jest muzyka. No, przynajmniej nie taka. Kto wie, czy nie o tym jest sama płyta.

A co na niej? Najpierw kilka wesołych utworów o uciechach życia, taki rock\’n\’roll bez rock\’n\’rolla, acz przy wersie \”dwa słowa wyhaftowane z moich ust\” nawet się uśmiechnąłem, uczciwie przyznaję. Jest to istotne, bowiem później już się nie zdarzy. Dalej mamy balladę, \”Dziewczynę z kebabem\”. I byłoby fajnie, a przynajmniej inaczej, ale przy refrenie wiem, że już to słyszałem (tu zerkam w tracklistę, by sprawdzić numerek przy tytule – jest szóstka) pięć razy. Podobnie ze “Smokami i gołymi babami”, gdzie to, co ożywcze, kończy się w tym samym momencie (tylko że tutaj mamy zgrywę – i chyba także zrzynę – z mojego ukochanego Dragonforce’a). Później albo o niczym (“Piosenka o niczym”), albo o tym samym co wcześniej, albo bóg (?!) wie o czym (“Gdzie jesteś?”).

Można \”Zdrajców metalu\” odebrać jako żart, albo jako płytę heavymetalową. Poczucie humoru mam takie, jakie mam, jeśli w ogóle jakieś, więc zawodzenie o etosie prawdziwka nie śmieszy mnie w żaden sposób, a seksistowskie wtręty – choć pewnie jestem chamem i prostakiem – rażą. Mimo oczywistego zrozumienia, że to jest tak samo na serio jak większość rzeczy w tym gatunku, tylko że tutaj nikt się nie spina i nie pozuje na prawdziwego wojownika i zabójcę smoków, który ma każdą, którą zechcę. Gdyby napisał je ktoś, kto ma lżejsze pióro i gdyby tematyka nie była aż tak oklepana i przewidywalna, bo właściwie najlepsze są same tytuły… No ale zostawmy teksty i spójrzmy na samą muzykę. Czy to coś zmieni? Teoretycznie, bo wprawdzie poziom kiczu jest podobny, ale bardziej “kucowate” są mimo wszystko liryki. Jednak w praktyce jest… nudno. Nudno i męcząco. Oczekiwałbym – a przynajmniej nieśmiało liczył – że muzyka mnie porwie, że poczuję jakąś energię, ale zaraz włączę sobie “To Violate the Oblivious” Xasthur i znajdę tam więcej riffów, pomysłów i życia (sic!). No ale muszę się w tej kwestii mocno mylić, bo jak widzę, zespół wyprzedaje koncerty (za to chwała, niech się chłopakom wiedzie!), więc…

Cóż, najlepiej potraktować moje wynurzenia jak smęty gościa, który dziesięć lat temu, w technikum, słyszał i lubił jakąś płytę Eldo, bo wtedy dopiero wchodził \”w klimaty\”, zapuszczał włosy, dziś siedzi w trzecioligowym niemieckim thrashu, a ktoś chce, by sprawdził to, co nagrał jakiś inny raper, którego ksywkę ledwo kojarzy z tamtych czasów. Dla mnie to taki heavy metal jak z tworów Taco Hemingwaya rap, ale życzę, by i popularność była porównywalna. Bo właściwie czemu nie? Tym czasem odpuszczam. Sobie. Nocnemu Kochankowi. Wam.

A sobie odpalę jednak Nunczaki Orientu, o!

———-

Tekst jeszcze z poprzedniego blogu.