Z ręką na pulsie (#38): Lastryko, LOTTO, Merkabah

Lastryko – Lastryko
lastryko1.jpg

Brakuje mi, jak by to ująć, deklaracji. Oczywiście nie wszyscy muszą manifestować i krzyczeć, opowiadać się i określać, dobrze pozostawić w niepewności i nie kłaść swojej wizji łopatą, cokolwiek miałoby to znaczyć, ale… Moje skromne umiejętności porządkowania i późniejszej artykulacji myśli pozwalają na niepełne stwierdzenie, że Lastryko zmierza. Eksplorując rozmaite odmiany rocka, których granie nie pozwoli zapełnić nawet trzecioligowych stadionów, co nie wynika ani z faktu, że na owym poziomie rozgrywek gra kilka – jak się mówi – uznanych drużyn, ani ze słabości poczynań zespołu, czyni to wprawdzie ostrożnie, ale z gracją bez porównania większą od tej, jaką się wykazałem, pisząc to zdanie. Na razie kwituję te nieśmiałe próby nieśmiałą, ale szczerą aprobatą.

Posłuchać można tutaj.

LOTTO – VV
lotto.jpg

Przy “Elite Felline” byłem umiarkowanie sceptyczny. Nie to, że odnosiłem wrażenie, iż osoby, które się znają, uległy zbiorowej halucynacji albo zawiązały jakiś tajemny spisek, mający na celu dowiedzenie szerszemu gremium, iż najciekawsze rzeczy w polskiej muzyce dzieją się w obszarach “przemilczanych” (oczywizm), a za przedstawiciela modelowego takiej postawy twórczej, wobec którego mainstreamowe media wykazują postawę cokolwiek niewzruszoną, uchodziła w poprzednim roku formacja LOTTO (to już rzecz dyskusyjna). Rzecz w tym, że tamten post/black-minimal/jazz, autystycznie repetytywny, był całkiem przyjemny i przemyślany. Gdyby to William Basinski ilustrował swoją muzyką trzeci sezon “Twin Peaks”, mogłoby to brzmieć mniej więcej tak. Z “VV” jest może nawet bardziej problematycznie. Pasuje mi powiedzenie, że lepsze jest wrogiem dobrego. Bo i utworów więcej. I pomysłów. I nastrojów. I dźwięków. A wszystkiego jakby nieco mniej. Bohaterem Anno Domini 2017 będzie pewnie ktoś inny.

Merkabah – Million Miles
merkabah

Kontynuując myśl: a może Merkabah? Poprzednia płyta mi nie podeszła, co świadczy jedynie o tym, że mi nie podeszła. Z “Million Miles” sprawy mają się już inaczej i bez wątpienia lepiej. I to właśnie ten album mógłby z pomocą nosić – i dźwignąć – tytuł “Moloch”. Za sprawą istotnego udziału partii saksofonu nie opuszczała mnie skądinąd miła myśl o rumuńskim Exit Oz, acz gdyby trzymać się tego porównania, nie jakoś kurczowo, to trzeba by było zaznaczyć, że nasi są nawet lepsi, bo nie kombinują z dodawaniem wokali. Dzięki temu spokojnie lokują swój artystyczno-intelektualny we właściwym miejscu, co przynosi wymierne i obopólne korzyści. To żadna artystowska awangarda, napuszona niczym paw (i z ichnim piórem w wiadomym miejscem), będąca osobliwą odmianą prężenia muskułów przez suchotnika, tylko dojrzała propozycja, która warto rozważyć.

Posłuchać można tutaj.

Advertisements

Na pętli (#8): Ścianka – 19 XI

I
nie ma
że boli

boli że
nie ma

II
układam
do snu
wiersze

reszta jest
milknieniem

III
zdarza mi się wsiadać
do złego autobusu
wracać Ostatnią Drogą

i wtedy boli tak bardzo
że aż wydaje się
jakby wcale nie bolało

IV
idąc wzdłuż płytko
rozkopanej drogi widzę
po drugiej stronie

nikły cień Twego cienia
aż zmrok mi wypluwa
pod nogi ochłap osiedla

V
wszystko drażni i rozdziera
od pięciuset pięćdziesięciu dni
żyję wciąż gdzieś pomiędzy

wściekłością paniką rozpaczą
chwilą remisją lub manii
bezskutecznie próbując zdusić

oddech.

POSŁUCHAJ

Jan Strach – Bjurwa fantomatyczna (2017)

jan strach

W czasach, gdy chodziłem do gimnazjum, ci, którzy do gimnazjum nie pójdą, jeśli pojawili się już na świecie, dopiero raczkowali. Odnoszę wrażenie, że znów nie zacząłem od tego, od czego zacząć zamierzyłem, więc może – och, płonne nadzieje – uda się w trzecim zdaniu. Otóż mniej więcej wówczas zwykło się mówić, z właściwym osobom w tym wieku zamknięciem i niezrozumieniem, o jednostce w istocie jednostką będącą, że ma swój świat. Obecnie postępująca degradacja i dezintegracja języka czyni to sformułowanie być może wytartym i nieużyteczny. Chodzi o to, że odarłszy je z pewnej pierwotnej zjadliwości, będzie można powiedzieć, że swój świat ma Jan Strach, czego niezbicie dowodzi “Bjurwa fantomatyczna”.

Ktoś zadał mi ostatnio pytanie, czy przypadkiem nie jest tak, że autor wie zdecydowanie więcej o swoim dziele od odbiorcy. Z racji kontekstu, jakim był wytwór mojego umysłu i – dobre sobie! – talentu, byłem zdania, iż w żadnym razie, bowiem nie da się opisać budynku, będąc w jego wnętrzu. Oczywiście moja interlokutorka, gdyby nie byłaby osobą światłą i taktowną, mogłaby swoje wątpliwości co do mojej kondycji intelektualnej wyrazić w mniej zawoalowany sposób. Choć gdyby było inaczej, to po co pisarzom czytelnicy, aktorom widzowie, a muzykom słuchacze?

Tamta skromność ustępuje jednakże miejsca skromności innego rodzaju, gdy słucham “Bjurwy fantomatycznej”. Wracając do rozważań wcześniejszych, chciałbym dodać, że ów świat, właściwie literalnie rozumiany, jest możliwy raczej do poznawania niźli poznania. Teoretycznie sprawę załatwia świetny i precyzyjny w swej abstrakcyjności tag “chaos pop”, jakim płyta została opatrzona w serwisie Bandcamp. Ale to jak uznać, że takie zaklasyfikowanie, choćby wymagało wielu wyliczeń, mogło ująć choćby cząstkę intencji. To porządkuje, ale i upraszcza refleksję. Bowiem odnoszę rzadkie wrażenie, że i bardziej próbuję czegoś tutaj dociec, coś wychwycić i odkryć, tym mniejszym powodzeniem kończą się moje mikre próby. Tropów teoretycznie mamy mnóstwo – tak słownych, jak dźwiękowych – ale to nie żadna zabawa w próbkowanie – tak dźwiękowe, jak słowne – tylko rzecz odbywająca się raczej na bardziej podświadomym poziomie. Słuchanie tych – mógłby (o)rzec ktoś niezbyt życzliwy – niepoważnych piosenek uczy pokory i wydaje się ubogacające intelektualnie. Nawet jeśli nie prowadzi do istotnych przemyśleń, a raczej na manowce. Niewykluczone, że zepchnięcie moje myślenia na taki tor wynika z tego, że sama muzyka niekoniecznie zaspokaja moje, jak by to nazwać, potrzeby estetyczne, będąc nawet na tym pozornie najpłytszym poziomie raczej niedostępna. Gdzieś po przewrotnej, ale zmyślnej i niestety nazbyt radosnej deklaracji autora, że umrzeć to ostatnia rzecz, jaką chciałby zrobić, którą przy odrobinie dobrych chęci (hah) mogę odczytać przekornie i wspak, uwaga skupia się nie tyle na tym, co przemilczane i niedopowiedziane, nie na jakiejś metafizycznej głębi, tylko na tych tropach pozostawionych bodaj tylko po to, by je gubić. Nie chcę się wygłupiać, ale nawet tytuły utworów prowadzą naturalny ciąg asocjacyjny w rejony myślowo i stylistycznie odmienne od tych eksplorowanych przez Jana Stracha. A to tylko… wierzchołek góry lodowej. W tym aspekcie płyta jawi mi się jako niezwykle wręcz bogata, pełna, jakby autor mógł wydać ją wraz ze zbiorem komentarzy i esejów, a nie jedynie z graficznym zapisem ścieżek z Audacity, opatrzonych dopiskami, które niejako mają manifestować wierność stylistyce lo-fi i nabożne do niej podejście. Ale podobno tłumaczenie dzieła to coś upokarzającego dla autora. W tej kwestii również wykazaliśmy we wspomnianej rozmowie stanowiska odmienne.

O “Bjurwie fantomatycznej” trudno pisać, choć niewątpliwie – nawet jeśli sam proceder wydaje się jałowy i zbędny – wypada. Bo przemilczanie pewnych zjawisk jest swego rodzaju manipulacją. W tym konkretnym wypadku przykrą dla autora muzyki i haniebną dla milczka. Wprawdzie pod szyldem poj.wlkp ukazała się w tym roku płyta “Do zorzy”, która właściwie zadowala mnie w pełni, ale dobrze spojrzeć na twórcę z innej strony. Nawet jeśli ta – choć niewątpliwie jaśniejsza – jawi się z mojej perspektywy jako swoista ciemna strona księżyca.

Posłuchać można tutaj.

Ēirikura – Reflection of a Higher Realm (2017)

eirikura

Mamy środek jesieni. Nie wyliczam wprawdzie do końca precyzyjnie, bowiem wówczas wyszłoby, że tenże już za nami, ale też nie chodzi mi o konkretny dzień, tylko pewien okres. Wprawdzie “Reflection of a Higher Realm” jest konceptem dotyczącym sił natury, przede wszystkim kreacyjnych, ale zawsze dobrze się no owo rodzenie przygotować. Dlatego myślę, że to dobry czas, by zainteresować się tą płytą.

Przytoczę zdanie z notki prasowej. “Projekt Ēirikura tworzą muzycy Sunset Wings, Romowe Rikoito, Āustras Lāiwan i ich przyjaciele z Prus oraz irlandzka poetka Johanna Doyle”. Żaden ze mnie entuzjasta neofolku, i to delikatnie rzecz ujmując, a już tym bardziej nie jestem rusofilem (mam odchył, i to wyraźny, w drugą stronę), jednakże nazwa drugiego z wymienionych zespołów robi na mnie wrażenie. Oczywiście to sprawdzi się jako wabik, ale szybko może wyjść, że nici z tych powiązań, i że lepiej byłoby włączyć sobie “Narcissism” lub “L’automne éternel”, zamiast słuchać tego, co nowe i nieznane.

Na szczęście nie odczuwa się podobnej potrzeby. Już przy drugim na liście “Wassara” można poczuć się jak w domu, bo to wszystko takie znajome i kojące. Ēirikura w tym świetle jawi się jako takie Romowe Rikoito dla tych, którzy niekoniecznie życzą sobie zostać przytłoczeni ciężarem dojmującego smutku, to niejako pewien negatyw tego, co tworzył tamten zespół. Zresztą jego utwór (“Rāmawas Wartā”) również tu znajdziemy. Niewykluczone, że to mój ulubiony tutaj, co nie świadczy źle o płycie. Najprościej powiedzieć, że właśnie takie wibracje i nastroje są mi szczególnie bliskie.

Chcę się poczepiać. W końcu to neofolk. Ale choć nikt nie wytrąca mi z rąk argumentów, to jednak użycie któregoś z nich wydaje mi się… bezzasadne. Bo ewentualne wady łatwo uznać za zalety, nie wykazując przy tym żadnej dobrotliwej przewrotności. Co z tego, że angielski taki sobie (pruski i irlandzki to inna sprawa, tutaj nie wiem), co z tego, że takie sobie wydają się również teksty, że w standardowym duecie wokalnym pan i pani brak istotnych talentów, skoro nawet nie tyle tworzy to taki swoisty folklor, ile zwyczajnie nie przeszkadza. Zresztą gdyby roztrząsać takie aspekty, zupełnie na siłę, to wyszłoby, że mało kto jest się w stanie skutecznie obronić.

A Ēirikura z “Reflection of a Higher Realm” broni się (nad)spodziewanie dobrze. Melancholią, nienachalnością melodii, całkiem pokaźną paletą barw i nastrojów. I czymś trudnym do uchwycenia. Robi to tak dobrze, że nawet jako osoba, której wokale we wszelkich odmianach muzyki folkowej tylko wadzą (już nie mówiąc o treściach, jakie są za pośrednictwem tekstów głoszone), muszę pokiwać głową z aprobatą i uznaniem. Wydaje mi się wręcz, że jeszcze do mnie do końca nie dotarło, jak dobra to płyta. Toteż powroty wydają się nieodzowne, a wręcz konieczne. Polecam szczególnie osobom, które uważają, że to nie jest muzyka dla nich. Mogą być później – cytując klasyka – miło rozczarowane.

Sky Burial – Chapel Image (2017)

sky burial

Bać się można wszystkiego. Można się bać tak bardzo, by nie nazywać strachu strachem, jakby w obawie – kolejnej – przed kreacyjną mocą języka. Im bardziej wydaje się on oderwany od rozumu, tym łatwiej nam go zracjonalizować. Porzucić, zamiast przezwyciężyć. Inni nawet nie spróbują spróbować zrozumieć. Dlatego nie wytłumaczę, czemu skryłem “Chapel Image” w szufladzie biurka, w której mieści się – już z trudem – absolutnie wszystko. Wybory klasycznej poezji. Dawna lokalna gazeta, którą zachowałem z powodu jakiegoś absurdalnego tekstu. Telefon, który nie działał właściwie ani przez moment. Kilka gier komputerowych, które w dobie cyfrowej dystrybucji i przymusu rejestracji w rozmaitych platformach przestają potrzebować tradycyjnych nośników. Listy, które w mig udowodniłyby mi, że można czuć się wiele, wiele gorzej, gdy wydaje się, że już z człowiekiem zupełnie źle. Mnóstwo różnych drobnostek, błahostek, drobnicy i nieistotności. A wszystko to przesiąknięte zapachem niezidentyfikowanych dla mnie perfum, którego wywabić nie sposób. Mimo pozbycia się noszących go pamiątek. W przeszłości można był tam znaleźć także jakąś istotną dla mnie książkę czy jeszcze istotniejsze dzieło plastyczne, ale i bez nich równie trudno tę szufladę zamknąć co otworzyć. No i znalazło się w niej miejsce na płytę “Chapel Image” Sky Burial.

Jak mówię – lub też: próbuję powiedzieć – nie wiem dlaczego. A jednocześnie wydaje mi się to we właściwy dla osoby nieumiejącej myśleć i zachować się logicznie osoby przesadnie wręcz logicznie i jasne. Napisanie dotychczasowych kilku zdań zajęło mi dwanaście i pół minuty. Nade wszystko nie cierpię nie dotrzymywać słowa. Tak bardzo, że to nawet gorzej niż wtedy, gdy inni tego nie robią, a trudno mnie czymkolwiek dotknąć i zranić bardziej. W każdym razie, przez cały ten czas zastanawiam się, czemu musiało to trwać tak długo. Czemu nie chciałem sprawić sobie przyjemności sięgnięcia po tę muzykę? Jakby to implikowało przykrość obowiązku opisu i oceny. Trochę wiem, jak mogą czuć się osoby, którym wyskakuję ze swoim “hej, napisałem coś tam, chcesz przeczytać i podzielić się opinią?”, zaraz po tym, jak grzeczność zmieszana ze swego rodzaju entuzjazmem (bo nikt nie odmawia, a nawet czasem ktoś stwierdzi, że nie jestem osobą, która powinna pytać) ustąpi miejsca dociążonej koniecznością krytycznego spojrzenia. A nie taki diabeł straszny… I nie mam na myśli ani Michaela Page, który stoi za projektem Sky Burial, ani nawet ja. Ale o mnie już dość. Ta – jak chce wydawca – “podróż przez mgławicę dronów i dark ambientu” jest wycieczką niezwykle miłą i przyjemną. Pewien industrialny szkielet, który w paru miejscach podtrzymuje i tak stabilną konstrukcję, nie konkretyzuje dźwięków w sposób, który udzierałby je z jakiejś tajemnicy. Jest w tym bezsprzecznie bezustannie zachowana pewna kosmiczna głębia, mimo że artysta nie odwołuje się wprost do “kosmicznej” stylistyki. I z jednej strony, można by rzec, że przez te trzy kwadranse – bo tyle trwa zawierające się w jednej ścieżce płyta – niczym nie zaskakują, bo jak się już wsiąknie, a wsiąknie się szybko, to potem tylko można dryfować, ale z drugiej, unika oczywistości zapętleń i autystycznych repetycji, dzięki czemu nie wyjdziemy z takiej konfrontacji przeczołgani fizycznie czy
mentalnie.

Powiada się wprawdzie, że jak ktoś nie umie komponować i ogólnie muzyk z niego lichy, a pragnie tworzyć i realizować się poprzez tę formę sztuki, to tworzy ambient. To naturalnie stereotypowe uproszczenie, choć to, że dyskografia Micheala Page’a liczy przeszło pięćdziesiąt pozycji, dostarczyłoby kolejnego argumentu takim osobom. Gdy jednak spojrzeć możliwie obiektywnie, trudno się do “Chapel Image” przyczepić. To naturalnie nisza, w dodatku niekoniecznie moja, ale przede wszystkim dobra rzecz. Ot, po prostu. Dla fanów nieco ambitniejszej i angażującej elektroniki – bez podziału na mniejsze kategorie, także wagowe – rzecz warta uwagi. Ale rozważyć może właściwie każdy.

———-

Ciekawostka: chciałem wspomnieć w tekście, że Sky Burial to byłaby dobra nazwa dla postrockowego zespołu, jakoś tak mi się kojarzy, i oczywiście okazało się, że zespół postrockowy o takiej nazwie już istnieje.

Z ręką na pulsie (#37): Antigama, Bell Witch, Ulver

Antigama – Depressant (ep)
antigama
Jeśli chodzi o grindcore, to do szczęścia wystarczy mi w zupełności Cloud Rat. Ale Antigama to marka. A “Depressant” nie nuży, co w przypadku takiej muzyki nagminne. Władomo, że nawet swoim niegłupim i całkiem twórczym podejściem do gatunku nie kupią przeciętnego słuchacza. Pewnie nie uda im się też zagrać żadnego z zamieszczonych na epce utworów w którymś z programów śniadaniowych. Ale panowie niewątpliwie mogą być z siebie zadowoleni. A dla mnie to wydawnictwo na tyle nieoczywiste, że pewnie będę próbował do niego wracać, co jest dla mnie mimo wszystko lekkim zaskoczeniem.

Posłuchać można tutaj.

Bell Witch – Mirror Reaper
bell witch

Stratę po nieodżałowanym Warning (“Watching from the Distance” to być może najlepsza doommetalowa płyta w historii gatunku) w pewnym stopniu wetuje 40 Watt Sun, choć trzeba mieć na uwadze tych, którzy nie zdołają “przesiąść się” na slowcore. I za nic mając fakt, iż “Wider than the Sky” to rzecz tak dotkliwie bolesna, tak dojmująco rozpaczliwa… Ale to, w jaki stan potrafi wprowadzić, jak pokiereszować, nie ma znaczenia. Nie tylko dlatego, że miała być mowa o czym innym. W swoim stylu zmierzam do tego, że panowie z Bell Witch stanowią swoisty pomost między tymi dwoma zespołami, niejako zbierając doświadczenia obu. Najbardziej ekstremalne albumy nagrywa się wtedy, gdy próbuje się wychodzić poza ekstremę. Na “Mirror Reaper” słyszymy wprawdzie doom metal w najbardziej nieprzystępnej odmianie, ale “odciążenie” (dobre sobie!) tych dźwięków poprzez unurzanie ich slowcore’owej apatii sprawia, że całość naprawdę brzmi jak epitafium dla zmarłego w zeszłym roku wokalisty i perkusisty zespołu. Dodajmy do tego odjęcie od muzyki gitar elektrycznych i perkusji. Zostaje sam bas, wokal i organy. Resztę wypełnia pustka. Bezmiar ciszy. Krótszy z dwóch utworów trwa trzydzieści pięć i pół minuty, więc nie ma szans i powodów, by sięgnąć po tę płytę… dla przyjemności, przypadkiem. Ale jeśli ktoś chciałby sprawdzić, z czym to się je, to może nie mieć lepszej okazji.

Posłuchać można tutaj.

Ulver – Sic transit gloria mundi EP
ulver

Niech grają, co chcą. Wszystko im wolno. Nie chodzi o to, że postawiłem na nich krzyżyk. Nawet jeśli każdy rozsądny meloman mnie wyśmieje, to osobiste spojrzenie każe mi patrzeć na “Messe I.X–VI.X” (2013) jako szczytowe osiągnięcie Wilków, a to, że jeszcze im się chce, odbierać jako swoiste postsriptum, takie niewymuszone i lekkie, do ujmującego listu. Zaślubiny z synthpopem to niegłupi pomysł. Nawet gdy mówimy o zespole z blackmetalowym rodowodem. Na epce nie obecnych jeszcze na wydanej w tym roku i przyjętej entuzjastycznie płycie “The Assassination Of Julius Caesar” improwizowanych odjazdów, niepewnych zerkań w kierunku własnej przeszłości i swoistego niezdecydowania. Są “tylko” dwa potencjalne przeboje i cover “Power of love” Frankie Goes to Hollywood. I tyle. Więcej naprawdę nie trzeba. Szkoda, że i tę stylistykę pewnie zaraz porzucą.

Posłuchać można tutaj.

Projekt Poezja Kulturystyczna – Projekt poezja kulturystyczna (2017)

projekt poezja kulturystyczna

Ze wstępem zawsze jest problem. Pierwotnie zamierzyłem, że poświęcę płycie krótką notkę w cotygodniowym wpisie dotyczącym premier, ale o pewnych rzeczach wypada nie tylko wspomnieć, ale i mówić, mówić, i mówić. Projekt Poezja Kulturystyczna niczym nie zasłużył na to, by przepaść. Nawet w takim miejscu.

Muszę przyznać, bijąc się w wątłą pierś, że od lat większe serce miałem do układania strof na parkowej ławce pod wierzbą jakąś niż do układania się na ławeczce pod sztangą. Można mnie strofować i łajać, nawet by należało, choć trzeba również mieć na uwadze, że wskutek krytycznej autorefleksji kajam się i korzę. Nie chcę obiecywać poprawy. Materią słów winni zająć się zdolniejsi ode mnie, bo kończąc myśl, muszę ze spuszczoną głową nadmienić, że na polu kultury nie udało mi się zasiać czegoś więcej poza nieowocującym zwątpieniem w sercach ledwie kilku osób.

No ale dość nawet nie tyle o mnie, ile obok tematu. Jeśli chodzi bowiem o samą płytę, to całość mieści się w szerokich ramach (ramionach?) alternatywy, bez stękania i większego wysiłku dźwigając ciężar założonego (na gryf?) konceptu. Oczywiście przywołany w notce towarzyszącej jej wydaniu “P.O.L.O.V.I.R.U.S.” Kut to raczej rodzaj skrótu myślowego, może lokalny patriotyzm, choć trzeba uczciwie przyznać, że i tutaj goście imponują nie tylko liczebnością (wspomnę tylko Klimt czy Kiev Office – creditsy są naprawdę długie). Muzyka najostrzej – w sensie pastiszowej wyrazistości – skręca w stronę rapu, a pozostałe wycieczki to raczej spacerki, przy których nikt się nie spoci. Rzecz w tym, że piosenki są zwyczajnie dobre, a niektóre dobre nadzwyczajnie. Mnie szczególnie ujmuje zderzenie – wydawałoby się – twardej, męskiej tematyki z kobiecym wręcz powabem i liryzmem (ach, te synthy w “Nakładzie”, no a taki “Dawid” to bez cienia wątpliwości i ironii pierwsza piątka tegorocznych polskich utworów).

Skoro jesteśmy już przy oczywistym w swym braku oczywistości i banału koncepcie, to nie chcę opowiadać o redukcji poetyk, nie chcę też mnożyć osobliwych metafor. Nadmienię jedynie, że niewątpliwie chęć, by odwiedzić jakąś osiedlową pakernię, taką mieszczącą się w blokowej piwnicy, z dala od i szeroko pojętego centrum i modnych klubów fitness (wszakże fit to w zasadzie już jestem, hah), by tam doświadczyć jakiejś (meta)fizycznej, nieskażonej prawdy. Nie chcę też dochodzić, na czym polega cały dowcip i co legło u jego podstaw, bo fundament jest to stabilny i udało się na nim oprzeć solidną konstrukcję słowno-muzyczną. Trójmiejska scena jest zasłużona w śmieszkowaniu, ma w nim długie tradycję, więc tylko dla porządku – i poszerzenia niewątpliwie istotnego kontekstu – odnotuję istnienie tego blogu, i fakt, że Dwutygodnik – mimo pewnej niedawnej wpadki… wizerunkowej – całkiem rozsądnie nie przemilcza zjawiska.  Dla mnie to się zaczęło od prześwietnej epki Rapera Joozefa (obecnego na płycie), o której w paru słowach wspomniałem tutaj. Cieszy mnie, że mogę kulturalnie obcować z czymś… większym. I równie istotnym.

Często zachodzę w głowę, co powodowało osobami, które przyjęły i zatwierdziły dany slogan reklamowy, bo 99% tychże jest w zasadzie do niczego. Przyświecające idei albumu hasło “music for the muscles” jest zaś literacko wyborne. Tak samo jak odezwa wzywająca kulturystów do piór, a poetów – do siłowni. To oczywiście drobiazgi. I nawet nie chodzi o to, że i dobra kultury trzeba umieć opakować i sprzedać. Po prostu takie drobiazgi pokazują staranność, powagę i intelektualne zaangażowanie w – wydawałoby się – niezbyt poważne przedsięwzięcie. I pozwala wstępnie rozeznać się w potencjale twórców.

Podczas gdy ideowo zaangażowane, intencjonalne kopie niezbyt interesujących zespołów grają widmowe trasy po świecie długim i szerokim, wspierane w swym fantomowym wysiłku państwowymi środkami, taki Projekt Poezja Kulturystyczna omijają rządowe granty i dotacje. W warstwie lirycznej wytrzymuje on porównanie ze zjawiskowymi Wsiami, realizacją konceptu nie ustępuje wspomnianym Kurom, a i gdy idzie o samą esencję, czyli muzykę, nie ma się przed kim czego wstydzić.

Niewątpliwie warto.

Posłuchać można tutaj.

Pjus – Słowowtóry (2017)

pjus

Niezależnie od tego, o podejściu do kogo lub czego mówimy, lepiej nie kierować się w nim współczuciem ani litością. Choćby dla własnego dobra. Nie jest to też blog… coachingowy, żebym rozprawiał o tym, że upadek to tylko zwiastun powstania, i że nigdy nie należy się poddawać. Nie. To, że Pjus nie słyszy, ma znaczenie w odniesieniu jedynie do jednej kwestii. Konkretnie do jego nieobecności za mikrofonem. A na “Słowowtóry” wypada spojrzeć bez rozmaitych obciążeń. Jak na każdą inną płytę.

“Life After Deaf” słyszałem (teraz mi głupio, że używam tego czasownika, jakbym nie pamiętał, o czym była mowa w akapicie poprzednim). Nie wiem, jak określić tamtą płytę inaczej niźli… zmaganiem. Nawet jeśli tym razem to, że Pjus się wycofał, było koniecznością, to wychodzi ona wszystkim – jak sądzę – na dobre. To oczywiście raczej tylko dobre hasło reklamowe, ale podejrzewam, że w rapie trudno byłoby znaleźć drugi ghostwriterski album, więc formalnie to rzecz świeża i frapująca, a kto wie, czy nie pionierska.

Ten Typ Mes. Eldo. Kortez. Pablopavo. Małolat. Pelson. Kuba Knap. Sobota. Tymon Tymański. Wdowa. Wymieniłem tylko dziesiątkę spośród zaproszonych gości. Każdy kij ma dwa końce. Z jednej strony, każdy znajdzie coś dla siebie (bardziej wybrednym też powinno się udać, jeśli wykażą odrobinę dobrej woli), a z drugiej, jak coś jest dla wszystkich, to jest dla nikogo. I może wyjść na to, że większość featów (jeśli to w ogóle właściwe słowo) nam z automatu nie pasuje. To, co budzi szacunek, a wręcz zdumienie, to dbałość, z jaką Pjus oddaje własne emocje i uczucie, będącą w głównej mierze troską o osobę, która je później wyraża. To w istocie ghostwriting. Zwrotki można by przenieść na płyty większości z tych artystów, tając ich faktyczne autorstwo, a połapać się, że coś nie pasuje i nie gra, byłoby bardzo trudno. Co istotne, nie są to żadne stylizacje, żadne próby naśladownictwa, tylko wyraz szacunku i zrozumienia.

A o tym, jak każdy z nich się prezentuje, trudno powiedzieć, bo mam jakieś swoje osobiste sympatie i antypatie, a moi faworyci często dostali zbyt mało czasu, by móc ich jakkolwiek ocenić. Zresztą zwykle punktem odniesienia jest gospodarz, więc tutaj zadanie staje się wręcz niewykonalne.

Osobną kwestią są gry słów. Ja tam nie wiem, mógłbym być w najlepszym razie niezbyt zdolnym amatorem, ale część z nich (właściwie wystarczy rzucić okiem na tracklistę) wydaje się nieco wymuszona i… nieszczęśliwa*. Jako pewne sygnalizacje tematyczne mają sens, ale są jak takie dopiski w tekście, które autor robi dla samego siebie, a przed publikacją usuwa. To tym dziwniejsze, że nawet jeśli mogę załatwić te wszystkie starania wygodnym, wręcz nonszalanckim hasłem “nie moja bajka”, to formalnie są bez zarzutu. Ale może za dużo tutaj… nie wiem… wszystkiego? Wszystkiego poza jakąś bolesną prawdą. Tak, że słuchacz może pokiwać głową z uznaniem, a wręcz powinien to zrobić, to jest z nimi trochę jak z tym, co pojawia się na facebookowej stronie Nowe wiersze sławnych poetów, prowadzonej przez Grzegorza Uzdańskiego. Kwestionować talentu nie zamierzam, ale czy jest tam… cokolwiek poza nim?

Muzycznie płyta jest – siłą rzeczy – mniej różnorodna i eklektyczna. Ot, taka (po)nowoczesna i spójna. Może dzięki temu nie staje się pozbawioną wspólnego mianownika składanką, a jest swoistym “rozszerzonym albumem producenckim”. Z naciskiem na owo rozszerzenie.

Myślę, że warto po “Słowowtóry” sięgnąć. Choćby ktoś miał to zrobić tylko po to, by stwierdzić, że nie było warto. Nie wiem, czy taka forma realizacji niewątpliwych uzdolnień pisarskich jest dla Pjusa najwłaściwsza, gdy spojrzeć z perspektywy odbiorcy, ale podejrzewam, że przynosi mnóstwo satysfakcji. W każdym razie, choć trudno to skoordynować, kiwam z uznaniem głowę, ale i wzruszam lekko ramionami. Choć pośród wszystkich płyt, jakich wiele, akurat ta jest wyjątkowa.

* Albo nie lubię neologizmów.

Z ręką na pulsie (#36): Converge, Julien Baker, Lustre

Converge – The Dusk in Us
converge

Szanuję chłopaków, bardzo szanuję, ale chyba dopiero teraz zaczynam lubić i z przyjemnością słuchać. “The Dusk in Us” wypada najlepiej, gdy poszczególne strzały trwają dłużej niż półtorej minuty, a ładunek ekspresji nie zawiera się w samej agresji i bezkompromisowości. Kompozycja tytułowa i “Thousands of miles between us” (potrafię sobie tę drugą zapętlić do oporu) to monumenty, otwieracz (“A single tear”) to singiel-marzenie (tylko kto go zagra?), a całość, summa summarum, wypada naprawdę dobrze. Jak na zespół o statusie największych w swojej bajce przystało.

Julien Baker – Turn Out the Lights
julien baker
Udało się to, co nie wyszło na “Sprained Ankle”. Tym razem jestem w stanie przejąć się bólem młodej songwriterki, przyjąć go, samemu odczuć, a całość nie jawi się jako drażniąco repetetywna i wyjałowiona. Nie brakuje momentów wzniosłych, chwil wzruszeń, a jak na slowcore to całkiem żywe dźwięki. Nawet jeśli oddają tylko żywy ogień, jaki trawi pannę Baker. Bardzo duże zaskoczenie (nawet jeśli oznacza to tylko tyle, że w końcu… zaskoczyło, weszło), bo debiut nie był nawet wprawką. Kilka pań w tym roku wypadło chyba jeszcze lepiej, ale smutasów – nawet smutasów-malkontentów – powinna uszczęśliwić i zadowolić.

Lustre – Still Innocence
lustre

Brzmi jak ponadpółgodzinny wstęp do jakiegoś utworu Midnight Oddyssey. Granie miękkiego i ciepłego black metalu nie jest może samo w sobie powodem, by wieszać psy na jakimkolwiek zespole lub stawiać na nim krzyżyk, na brak bluźnierczości też bluźnić z automatu nie zamierzam, ale tutaj ewidentnie coś poszło nie tak, a właściwie w ogóle nie poszło. Jest to tym smutniejsze, że takie wydane przed siedmioma laty “A Glimpse of GLory” wspominam jako rzecz bardzo dobrą, więc pan Henrik Sunding, który stoi za tym jednoosobowym projektem, to w moim odczuciu ktoś więcej niż szeregowy grajek. “Still Innocence” zaś to materiał raczej dla osób niemogących się odnaleźć w takich klimatach. Niski próg wejścia, ładne melodie, nieproblematyczne partie wokalne… Puryści poczują się brudni, entuzjaści mogą stracić entuzjazm. W sumie szkoda.

Kortez – Mój dom (2017)

kortez

Kortez. Taki zwyczajny chłopak z duszą wrażliwca, o którą trudno go podejrzewać, oceniając samą powierzchowność. Mniej więcej tak był “sprzedawany”. Być może sobie coś roję, ale pamiętam, że gdy sięgałem po “Bumerang”, nie tyle liczyłem, że dostanę – zachowując naturalnie skalę – swojskiego Cohena, ile ktoś mi go musiał obiecać. No i oczywiście figa, a nie Cohen. Męczyłem się, bo i tej szczerości – poza singlem, z tekstem Mesa – nie dostałem. Oszczędzono mi wzruszeń, zamiast ich nie szczędzić. Ale są rzeczy, które potrafię puścić w niepamięć, jeśli nie zostanę bezpośrednio dotknięty, więc postanowiłem dać Kortezowi drugą szansę.

Włączam płytę po raz kolejny i tak sobie myślę, choć oczywiście trzeba tę paralelę rozpatrywać na pozamuzycznym poziomie, że oto polski Ed Sheeran. Nie bard. Ot, taki jeden z nas. Nie mam nic do żadnego z panów. Być może różni ich nieznacznie średnia wieku fanek. Paradoksalnie, gdy przestawię się na taką optykę, nie mam pretensji, żalu i recepcja dzieła staje się lepsza. Choć chyba podobnie jak na debiucie, zaczyna się naprawdę nieźle (a tym razem właściwie świetnie, choć męczy mnie to, że nie mogę sobie przypomnieć, skąd znam melodię napędzającą “Pierwszą”), a potem już bywa różnie. “Dobry moment” to również dobra piosenka, takie radiowe wyższe stany średnie, trochę pociągnięta w dół przez akcentowanie w refrenie. “Nic tu po mnie” ujmuje wysmakowaną ascetycznością, ale choć zabrzmi to absurdalnie, refren wydaje się niepotrzebnie (mimo że nienachalnie) chwytliwy i wybudza ze swego rodzaju transu, w jaki wprowadzają zwrotki.

Na pewno udało się to, co zupełnie nie wyszło na “Bumerangu”. “Mój dom” coś z człowiekiem robi. Coś w nim zostawia. Oznacza to, że płyta kłuje, przydusza, potrafi zaboleć, co świadczy o niej jak najlepiej, ale z drugiej strony, jak pochlebnie pisać o muzyce, którą ma się ochotę czym prędzej wyłączyć? Duża w tym zasługa (bez cudzysłowu) tekstów Agaty Trafalskiej (wspomożonej przez Romana Szczepanka, Mateusza Dopieralskiego i Maksa Kucharskiego), bo koncepty z szufladki “break up album” nie są u nas – jak się zdaje – wcale takie częste, a nigdy nie pogniewam się na kolejną próbę zmierzenia z tematem. Zatem pomijając to wszystko, o czym nie umiem powiedzieć bez snucia jakichś wielopiętrowych dygresji, za pomocą których i tak niczego bym nie zdołał wyjaśnić, płyta jest przyjemnie nieprzyjemna, kojąco niepokojąca. Stanowi krok we właściwym kierunku, tylko dobrze byłoby dostawić drugą nogę. Czemu nie ma więcej tak cudnych momentów twórczego nieskrępowania słupkami sprzedaży, obecnością w playlistach i koniecznością nieodstraszenia mniej wyrobionych słuchaczy jak przez ostatnie trzy minuty finalnego “Wyjdź ze mną na deszcz”?

Uwiera mnie niespodziewane poczucie, że mogło lepiej, że mogłoby być naprawdę dobrze,  a jest… bezpiecznie. Nieco asekurancko. Jakby zabrakło odrobiny odwagi, przekonania, determinacji. Może następnym razem?