Lech Roch Pawlak – Żeli papą

Mam sentyment do tego tekstu. Jesienią 2013 roku ktoś zaproponował, bym przetłumaczył na polski “Żeli papą” Lecha Rocha Pawlaka. Pierwsza myśl: to niemożliwe. Niewykonalne. I nawet nie o to chodzi, że nie jestem asertywny. Zwyczajnie nie była to osoba, której mógłbym w ogóle chcieć odmówić. Pewnie mnie już nawet nie pamięta, a by nie wychodzić poza blogowe ramy, powiem, że nikt nigdy nie podchodził do tego, co piszę, z podobną wnikliwością. Jeśli istnieją jeszcze wielcy poeci czy pisarze, to jest to niewątpliwie ktoś, komu takie jednostki mogłyby dedykować swoje największe dzieła.

A ja mogę – przynajmniej tutaj, bo to, co w szufladzie, to osobna kwestia – tylko takie wygłupy.

I ze względu na to, że prośba dotyczyła przekładu, interpretacja jest dość pobieżna i lakoniczna.

Zapis słów utworu pochodzi z nagrania, którego nie ma już na Youtubie.

———-

Żeli papą fasamik tonem a selawi
Szukametele pakhawi a sawi
Żimema fe akodemate mła pfu
Akode ma a rahtyny nas na

Szążyno
Rapapadziej
Ątre kanante ą prapapasej
Safafira raha grega nakanokanaka dej

Ohtopa fe asik tamadej otużór
Ewira. Ewira maseta syl syl syl kamadyh tu ni mła tła
Kanamietar kadwerka toa hater mata ga
O-ątre kala styla kha

Arkyrka dyj, arkyrka di kawaj
Prapapasej a tyntyn tyny naj naj naj
Fotomina eta gyna a oso fa dy kadej
Hokrakypolakafrykaneraweteasonej

Popapeo. Popapeo. Popapeo atamej
Fohto pa chlep, a toka patare
Anaketo matelka ketetopa rakato łaske
Prakacieja a praka da kanapke

He. He. Ży la porta dyrkanomakke terekatolowa
Tatsus la parento lędi marta
Tako to a telewe sko e
Bię tępa din a liwiem pam de

Po naszemu to będzie mniej więcej tak:

Powiedziałaś mi “żegnaj” prosto w twarz
Szukam sensu, serce krwawi, oko łzawi
Nic już nie ma; zimno, mdłości, wstręt
Zabiła nas rutyna

Rozpacz nieprzebrana
Rozdrapywanie ran
Budzę się, wstaję i pytam: po co
Dostaję świra; na co mi kolejny dzień?

Rozpadam się, choruję
Wróć, ukochana, wróć, bez ciebie życie jest takie mdłe
Nie wiąż mi kamienia u szyi, nie każ mi upaść
Obudź w sobie miłość, która jeszcze dycha

Czekam na ciebie, czekam cały czas
Choć już w oddali słyszę dzwon
Bądź znów moja i niech ja będę twój
Niech na powrót się połączy ogień z wodą

Spójrz, spójrz, spójrz na mnie
Wszystko płynie, a ja trwam
Zdany na twoją łaskę
Jem kanapkę na ławce w parku

Szlocham. Czy otworzysz drzwi swojego serca?
Wierzę w twą cierpliwość i mądrość
Tylko to mi pozostało
Przez mą głupotę i pychę

Postanowiłem, w dodatku nie do końca z własnej inicjatywy, zmierzyć się z niekwestionowanym geniuszem, jedną z największych postaci na krajowej scenie rapowej i mistrzem słowa w osobie Lecha Rocha Pawlaka. Być może nie oddałem w pełni w swoim przekładzie poetyckiego piękna oryginału, ale będąc zmuszony wybierać między skrajnościami, postawiłem na wierność, jak najuczciwsze oddanie autorskich intencji. A te wydają się być jasne. “Żeli papą” to utwór o rozstaniu, o końcu i wszystkich jego konsekwencjach, ale też o nadziei, że ów koniec stanie się nowym początkiem; o czekaniu, trwaniu (w rozpaczy), ale także sile (“trwam / zdany na twoją łaskę”), niewpadaniu w zupełne zobojętnienie, niepoddawaniu się, biernej walce.

Podmiot utworu czymś zawinił (głupotą i pychą, ale nie wiadomo, w jaki sposób), a całą sytuacja jest tego konsekwencją. Dlatego nie ma pretensji do swojej ukochanej (w końcu nadal darzy ją uczuciem), a jedynie do siebie. Wie, że zawinił (wers \”zabiła nas rutyna\” nie wyklucza owej winy), być może ją zranił, a teraz cierpi także z tego powodu, ale pozostaje mu wiara w cierpliwość i mądrość jego wybranki – nawet jeśli, z czego być może zdaje sobie sprawę – na nie (i tym samym na nią) nie zasłużył.

Największym wyrazem niemocy jest wers \”jem kanapkę na ławce w parku\”. Dobitnie pokazuje, ile podmiot utworu jest w stanie zrobić, by coś zrobić, odmienić swój los, wyjść ze stanu, w którym się znalazł. To nic, że nie wie, po co żyć, że może chcieć ze sobą skończyć, co sugeruje. Najgorsze jest to, że nic już od niego nie zależy. Może czekać, patrzeć, prosić i jeść tę cholerną kanapkę.

Aż mi się serce kraje. Wróć, dziewczyno, do Lecha Rocha – to dobry chłopak. Lepszy od tego rymu.

POSŁUCHAJ

nieznane / zapomniane: Janusz Rewiński – Zadyma (1987)

janusz rewiński

Rokrocznie słychać lament, że Polacy nie czytają książek. Po pierwsze, ich sprawa. Po drugie, nieprawda, o czym za chwilę. Po trzecie, czytanie samo w sobie to zwykła czynność, nieprzynosząca istotnych korzyści, i to jakby płakać, że nie oglądamy latynowskich telenowel albo nie słuchamy tandetnego popu (tylko że to, jak się zdaje, byłaby niestety nieprawda). Nikt nie zwraca uwagi, że książka książce nierówna, a nie widziałem, żeby gdziekolwiek padało dookreślenie dotyczące poziomu rzeczonej literatury. Miało być jeszcze po czwarte, ale tak dumam i dumam, i wychodzi na to, że się wysłowiłem (tj. wyzbyłem [zasobu] słów), co nie ma związku z niedoczytaniem.

W ostatnich dniach odczuwałem palącą potrzebę, potrzebę serca, polegającą na pozbyciu się niewielkiej części posiadanych publikacji książkowych. Ich poziom i waga nie miały znaczenia. Gdyby było inaczej, nie byłoby problemu, bo wystarczyłoby je komuś podarować. Niestety część stronic wypełniał nie tylko tekst drukowany, ale również zapiski osoby, która podarowała mi owe pozycje, a natura poczynionych tam refleksji, nawet jeśli w moim odczuciu wyzutych z uczuć, uniemożliwiała wspomniany manewr. Pomyślałem o koledze, który byłby je z chęcią spalił, gdybym tylko w stosownych okolicznościach o to poprosił, ale jeśli już uciekać się do takich barbarzyńskich metod, to z racji doniosłości aktu musiałbym to zrobić sam. A że nie mam nic do nikogo, kto pisze, a nie chciałem – nawet gdyby to było wyłącznie przekorne – kultywować wątpliwych “tradycji”. Dlatego zdecydowałem się je zostawić. Może to już niemodne, ale pamiętam, że przed kilkoma laty książki “krążyły” po miastach. To byłoby jednak za proste – pójść do parku, przez który w ciągu godziny przetoczy się kilkaset osób, i zostawić książkę na ławce. Lepiej było to zrobić w miejscu, w którym mógłbym przesiedzieć pół dnia i przy odrobinie szczęścia nikt w tym czasie nie przechodziłby obok. I tak się stało. Choć przyznaję, że miałem opory, takie już zupełnie osobiste (post factum moje samopoczucie było tragiczne), i dopiero trafiwszy po raz kolejny na zapisany piórem wiersz, którego pierwsze wersy – bez stosownej sygnalizacji – zostały skradzione z tomiku Tadeusza Śliwaka, zakląłem cicho i szpetnie. Dwa dni później po książkach nie było śladu. Mam nadzieję, że się podobają.

Czemu służy to bezczelnie pretekstowe pisanie? Co wnosi? Zapewne niczemu nie służy i nic nie wnosi, ale sam blog pełni funkcję terapeutyczną, przynajmniej w pewnym zakresie, a produkowanie się na nim – przy zachowaniu uczciwości i szacunku względem Czytelnika – ma sprawiać przyjemność. Chcę powiedzieć, opierając się na dowcipnym przykładzie, że nie jest z nami źle. Mimo że coraz częściej myślę, iż żyjemy w jakiejś kulturze obrazkowej, a teksty to najlepiej by mieściły się w wyznaczonym przez Twitter limicie znaków. I towarzyszyły zabawnemu zdjęciu. No ale do rzeczy.

“Szanowny panie / Wojciechu Mannie” – to pierwsze wersy otwierającego “Zadymę” utworu “Star-a-nie”, który jest chyba wielkim przebojem wśród truckerów, acz funkcjonuje w świadomości ludzkiej pod pozbawionym magii tytułem “Mój stary star”. I teraz tak. Mamy rok 2017. Te słowa zostały napisane trzy dekady wcześniej, a nie dość, że nikt się nie zbliżył do poziomu, jaki wyznaczyły w kategorii “najlepsze wersy rozpoczynające płytę”, to jeszcze wydają się takie… nowoczesne. Wyprzedzające epokę. Wiadomo, te całe hashtagi i w ogóle. Co więcej, nie ma mowy o jakimś niewytłumaczalnym przypadku, niesłychanym farcie albo czymś podobnym, bowiem poziom wcale później nie spada, a stwierdzając swego czasu, że warstwa literacka “Zadymy” to Mount Everest polskiego tekściarstwa, wcale nie przesadzałem. I podtrzymuję swoją opinię.

Zresztą jeśli chodzi o pojedyncze (dwu)wersy, to jest jeszcze lepszy. Mianowicie taki: “mój nowy star po mlecznych ćwiczy drogach / na drodze tej furmanka, chłop i krowa”. Jeśli to nie są rzeczy wielkie, to jako ktoś, kto próbował coś tam w życiu napisać, mogę tylko bezradnie rozłożyć ręce.

Janusz Rewiński, nakreślając subtelnie bohatera (Heniek Star) i pewną sytuację (nieprzyjemne zdarzenie na przejeździe kolejowym), w teorii pomstuje na infrastrukturę drogową, a w istocie dokonuje satyry społecznej, szkicuje obraz Polski lat 80., pełnej osobliwości i absurdów. Wciela się w kolejne postaci, snując swą narrację z perspektywy kolejnych świadków owego zdarzenia, składających zeznania przed sądem. Oczywiście najpierw głos ma sam poszkodowany i oskarżony. Mógłbym poopowiadać o grach słów, zachwycać się kolejnymi fragmentami tekstów, egzemplifikować przenikliwy i niezwykle inteligentny humor, ale zamiast to wszystko robić, zacytuję strofę utworu “Anholik”.

I wtedy, jak już będzie wiadukt
Rozbierze się dróżników budki
A cegłę odda do zakładu
Tam, gdzie mnie wyleczyli z wódki
Koledzy z tego cegieł stosu
Zbudują nam w ramach odwyku
Klub-pomnik ofiar Polmosu
Klub anonimowych alkoholików

Nie będę rozstrzygał, czy lepiej posłuchać kilka razy “Zadymy”, czy przeczytać romansidło albo kryminał. Zresztą wiadomo, co myślę. Bo tu nie chodzi o to, by pożerać kolejne lektury, tylko by robić to z głową. Płyty też są lekturami. A już szczególnie taka jak ta, którą nagrał Janusz Rewiński, bowiem nawet jeśli muzyka sprowadza się tu do swoistej ilustracji, do tła, niemal jak w słuchowisku, to nadal świetne piosenki, niesłusznie niezauważone. Właściwie nie mam pojęcia, czemu tak się stało, że nie mówi się o “Zadymie” jako o jednej z najwybitniejszych polskich płyt lat 80. I pewnie nigdy się nie dowiem. Ale skoro ktoś znalazł pozostawione przeze mnie pośrodku niczego książki, to może dzięki tym kilku akapitom na świecie przybędzie choć jedna osoba zachwycona dziełem Janusza Rewińskiego.

Na zachętę zostawiam piosenkę o Heńku Starze, co stara ma.

Z ręką na pulsie (#12): Gars, Typol, Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi

Gars – Gone Away, Return to Sender
gars

Jeśli chodzi o post-hardcore, to punktem odniesienia i wzorcem jest dla mnie, dyletanta i laika, jest “Samobójstwo” Smar SW. Jasne, że takie porównanie jest trochę niesprawiedliwe, bo to prawie jak zestawiać każdą wrażliwą niewiastę śpiewającą wiersze z Ewą Demarczyk. Ale takie skojarzenia same się nasuwają, tutaj dodatkowo podsycane od pierwszych wersów “Płyniemy”, przywodzących na myśl “Skowyt”. Trójmiejska formacja Gars na swojej czwartej płycie nie próbuje na nowo wymyślić koła, co nie jest ujmą. Zresztą nie wykluczam, że “Gone Away, Return to Sender” może się okazać dobrą propozycją dla kogoś, komu takie klimaty nie są bliskie, bowiem materiał nie stawia sztucznych murów czy barier, a przy tym trudno powiedzieć, by był “odchudzony” o zaangażowane treści. Choć to rzecz bardziej dla metali niż punków, gdybym cciał rzecz ująć prosto. No i pewnym problemem – jak w moim przypadku – może być nie nastawienie, że to jakieś darcie japy, tylko egotyczna natura, która utrudnia wchłonięcie tekstów, które są raczej ekstrawertyczne. Podsumowując, może Gars nie wychodzi zwycięsko z konfrontacji ze Smar SW, ale przynajmniej wychodzi obronną ręką.

Typol – Shimano Tape [SIDE A] (ep)
typol
Niewykluczone, że najlepszy hip hop to instrumentalny hip hop. Czasem trafi się dobra nawijka, tak jak kiepskie podkłady, ale tutaj nie uświadczymy ani dobrych nawijek (bo nie ma ich w ogóle), ani kiepskich podkładów (bo wszystkie są dobre łamane przez bo to pełnowartościowa muzyka). No i czas trwania, bez problemu zamykający się w kwadransie, wydaje się optymalny. Można sobie puścić “Shimano Tape [SIDE A]” po Noonie i nie odczuje się żadnego dysonansu. Teraz jeszcze życzyłbym sobie kogoś, kto by dorównał Pezetowi.

Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi – Korpus Czechosłowacki (ep)
wędrowcy-tułacze-zbiegi
Ubiegłoroczna płyta była naprawdę interesująca, jeśli nie przywiązywało się większej wagi do tekstów, często w samym obrazowaniu czy używanym słownictwie niebezpiecznie nawiązujących do niewartych uwagi poetyk liryków zespołów odchylonych w prawo (czy-li zwyczajnie odchylonych), ale tutaj ten sprytny zabieg jest niewystarczający czy wręcz nieskuteczny. Muzyka bowiem nie jest dość zajmująca, by odwrócić uwagę od osobliwych wersów, które można by nazwać młodopolskimi jedynie ze zjadliwą ironią. Pewnym przebłyskiem nazwałbym początkową część “Czerwonych plaż Władywostoku”. Trochę mało. I prawda: “zła nie trzeba wyśpiewać / ono już tu jest”. Najsłabszy materiał tego osobliwego ansamblu. Trzeba było chociaż postawić Szturpaka za mikrofonem.

Kazik & Kwartet ProForma – Tata Kazika kontra Hedora (2017)

kazik & kwartet proforma
Obawiałem się tej płyty. No, marzyła mi się pewnie, gdy w Kulcie grał jeszcze Banan, ale wtedy bodaj jedynym śladem twórczości poetyckiej Stanisława Staszewskiego, która w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia trafiła pod strzechy, była swobodnie potraktowana strofka, przytoczona w “Czarnych słońcach” Kultu (“a w mojej głowie słońc milionami…”). Pewnie dzięki temu Kazik mógł swobodnie autoironizować rok po premierze “Taty 2”, w tytułowym utworze ze swej najsłynniejszej solowej płyty, nie mając pojęcia, że jego słowa staną się – jak sam mówi – samospełniającą się przepowiednią. Po dwudziestu latach. Za sprawą Piotra Lembicza, Przemysława Lembicza, Wojciecha Strzeleckiego, Marka Wawrzyniaka, Marcina Żmudy, a także Janusza Zdunka. I osoby, która dokonała własnej przeróbki wcześniejszej wersji okładki.

Jeśli miałbym wskazać trzy ulubione płyty Kultu, to pewnie znalazłoby się wśród nich miejsce dla “Taty Kazika”, ale gdyby poszerzyć krąg o cały dorobek fonograficzny Kazimierza Staszewskiego, to już raczej nie. A jednak to właśnie obie “tatowe” pozycje są tymi, do których wracam po latach zdecydowanie najczęściej. Pierwsza część wydaje mi się zbyt hiciarska, mimo wszystko, a druga… Cóż, dzieli się tak naprawdę na dwie płyty, przy czym ta “właściwa” kończy się na siódmym utworze. I jest niemal doskonała. Ale szczerze mówiąc, nie wiem, czy one powinny stanowić punkt odniesienia. Właściwie targają mną sprzeczne uczucia, sam się ze sobą kłócę i nie zgadzam. “Tata Kazika kontra Hedora” to zarówno coś nowego, jak i zanurzenie się – w chlubnej przecież – przeszłości. Inny zespół, nawet jeśli zespół towarzyszący, inni muzycy, inne podejście i ujęcie, a jednocześnie odwołanie się do sentymentów (vide oprawa graficzna płyty – i to w najdrobniejszych szczegółach). Na pewno dobrze (albo lepiej: szczęśliwie) się stało, że nie słuchamy interpretacji Kultu, tylko pięcioosobowego (ha!) Kwartetu ProForma. Może są to zbyt często takie “interpretacje środka”, nieco zachowawcze, może czasem słyszalny jest brak pewności siebie (także gdy idzie o ocenę wartości własnego odczytania intencji Poety), a sam Kazik głos ma już trochę inny (niemniej niuans, taki zupełnie drobny, w postaci wybrzmienia wersu “w ogóle cóż jest miłość warta” w “Moście” to coś pięknego), ale z drugiej strony, pozwoliło to uniknąć oczywistych wpadek, względnie propozycji co najmniej mocno dyskusyjnych odczytań.

Inna sprawa, że wybór tekstów (a raczej wierszy) jest… jaki jest. Panowie mieli wybór i jakiegoś musieli dokonać, ale jak można się dowiedzieć z niedawnych wywiadów, nie pozostali konsekwentni i niekiedy sama muzyka odgrywała decydującą rolę. To przypomina mi, jak jeden z moich profesorów powtarzał, iż tekst jest niejako usłużny w muzyce, podkłada się pod melodię i jej jest podporządkowany. Wprawdzie tutaj trudno mówić bezpośrednio o czymś podobnym, ale jeśli wybór materii słownej determinowało cokolwiek poza nią samą, to… Być może żalę się tylko dlatego, że w głębi duszy chciałbym powtórki z rozrywki, takiego dławiącego sentymentalizmu, jakiejś z trudem i bez istotnego powodzenia skrywanej rozpaczy, a tutaj, nawet jeśli to dostaję, to muzyka często wyhamowuje impet, z jakim uderzają wersy, zaokrągla ich ostrze, by słuchaczowi nie stała się krzywda. Choć skoro chociażby w “Gdybym miał kogoś” sprawdza się doskonale, przede wszystkim dzięki zdumiewająco dobrej formie wokalnej pana Kazimierza, to czemu nie?

Albo jeszcze inaczej: po prostu brakuje mi pewnego wiersza, w którym sytuacja liryczna sprowadzała się do tego, że podmiot czekał na autobus (nie żeby tak całkiem dosłownie i zwyczajnie), a całość kończyła się słowami “będzie nic”.

Ostatecznie dostajemy kawałek wartościowej poezji, a już samo to jest wartością. Szczególnie jeśli nie kupiło się – tak jak ja – “Samotnych ludzi”. To, co znalazłem swego czasu w “Tacie mimo woli” przepisywałem sobie, poddając teksty na potrzeby własne subtelnej redakcji, a samego Staszka, jako poeta-naturszczyk (niekoniecznie samozwańczy, bo zwykłem się obrażać, gdy komuś przyszło do głowy nazwać mnie nieiroicznie poetą, bo tak to sobie może każdy), traktuję właściwie na równi z tymi, których przyjęło się uważać za największych. A gdy idzie o pewną bliskość, o prawdę, która zawsze jest najważniejsza, to był i jest mi bliższy niż większość rzeczonych twórców. I nie wiem, czy kiedyś ujął mnie w taki sposób jak teraz, konkretnie utworem “1947”, w którym z goryczą i swadą rozlicza się ze sobą i z recepcją (czy raczej brakiem tejże) swojej poezji, przywołując choćby nazwiska wielkich krytyków literackich tamtego czasu, którzy pozostają w nieświadomości, a Poecie musi wystarczyć panna Kasia. Rozumiem i znam ból, toteż moje rozbawienie jest wyłącznie oznaką głębokiego współczucia.

Wzruszeń nie odnotowałem, ale momentów tak dobrych, że podobnych musiałbym chyba szukać – ja wiem – na “Czterdziestym Pierwszym” (a może nawet na niesłusznie niedocenianym “Salonie Recreativo”), jest już sporo. I przez owe momenty należy rozumieć całe utwory. Choćby te klamrowe (“1947” i jakże kultowe, w tym najlepszym sensie, “Nic nie słyszę”), swawolną i przeuroczą pioseneczkę “Jest między nami obcość”, przypominającą nieco w konstrukcji “South of heaven” Slayera w wersji Acid Drinkers, a także “Most”, który z miejsca umieściłbym w kanonicznym zestawie, gdybym miał sobie ułożyć jednopłytowe “the best of” całej “trylogii”. Niewykluczone, że tak samo uczyniłbym z “Gdybym miał kogoś”, bo tutaj świetny wiersz bezsprzecznie zyskał na znaczeniu. W każdym możliwym sensie.

Próbując sobie to wszystko usystematyzować i dojść do ładu ze sobą, (za)uważam, że wiele zależy może nie tyle od dobrotliwości, ile od nieoglądania się na to, co było i mogło być. Odczytać wszystkie nawiązania i kontynuacje jako odnoszące się tylko do osoby Stanisława Staszewskiego, względnie sprytny zabieg marketingowy, a do meritum podejść z czystą głową. Ludzi też nie należy w podobny sposób porównywać; ot, że ktoś, kto był, ale nie wróci, był lepszy, a teraz ktoś inny, kto jest sobą i obiektywnie stanowi wartość, będzie jedynie cieniem kogoś, kogo już nie ma, a jak wiadomo, czas sprzyja idealizowaniu. To, co było, było. I niekoniecznie “będzie nic”. Pewne rzeczy sam powinienem w końcu zrozumieć w szerszym kontekście.

“Tata Kazika kontra Hedora” to dobra rzecz. Inna i znajoma. Bliska i nowa. Lepsza niż się obawiałem, gorsza niż marzyłem. Do listy rocznej powinno wystarczyć, a to jakkolwiek spojrzeć, zaskakujące.

Z ręką na pulsie (#11): Dr Misio, Kobieta z Wydm, Piernikowski

Dr Misio – Zmartwychwstaniemy
dr misio

Krzysztof Varga i Marcin Świetlicki dostarczają teksty, Arkadiusz Jakubik śpiewa. Na papierze wygląda to dobrze, a przynajmniej względnie dobrze. Na papierze, bo jak się okazuje, Vardze niekoniecznie służy ta forma (wychodzi taka piosenkowa proza), a rzetelne wywiązanie się z zadania i służenie warsztatem miast talentem to trochę za mało. Poza tym same teksty są takie na aktualne i na czasie, że aż wydaje mi się, iż przybyłem z innej epoki i zupełnie nie rozumiem, o czym (ani dlaczego) chce się tu powiedzieć. Dziwne uczucie. Z “Ochroniarzem” Świetlickiego lepiej poradził sobie inny aktor, mianowicie Bogusław Linda, choć akurat do frontmana zespołu trudno mieć większe zastrzeżenia, bo z pewnością zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest wybitnym wokalistą. I nawet jeśli do kogoś przemówią zaproponowane treści i to, jak zostały sformułowane, to zostanie problem z samymi piosenkami, a więc z tym, co najważniejsze. “Pismo” jeszcze się obroni, choć chyba przeboju z tego nie ma (ale teledysk wyreżyserował Wojciech Smarzowski), tylko że słowa, jakie padają w refrenie, można odnieść do całej płyty, nie pomijając ich gorzkoironicznego wydźwięku.

Kobieta z Wydm – Bental
kobieta z wydm.jpg

Dostrzegam podobieństwo, przynajmniej w osobistej recepcji, do ubiegłorocznej płyty [Błażeja] Króla. Tym razem wsparła go jego żona Iwona. A rzeczone podobieństwo polega na tym, iż przez dłuższy czas odnoszę wrażenie, iż to nie dla mnie, że nie umiem wsiąknąć w muzykę, która przez samą swą nienachalnie pochłaniają naturę zdaje się tego wymagać, ale jest taka… nieprzenikniona i nie umiem zrozumieć, choć rozum jest tu w zasadzie najmniej potrzebny czy zdatny. Aż w końcu przychodzi taki moment (“Nuda”), że wszystko okazuje się logiczne i proste. I zamiast utyskiwać, można coś poczuć – ot, przyjemność chociażby – i przeżyć. Dlatego choć nie twierdzę, że trzeba, to na pewno warto przynajmniej dać szansę.

Piernikowski – No Fun
piernikowski

W 2015 roku, zresztą przy współudziale autora “No Fun”, nagrano taką jedną płytę, “Orient” się nazywała. A w 2014 roku inną, która nosiła tytuł “Społeczeństwo jest niemiłe”. “No Fun” jest gdzieś pomiędzy. Paradoksalnie, gdybym nie słyszał wyżej wymienionych pozycji, z których jedna jest… no… zakalcem, a druga (ale niekoniecznie druga z wymienionych) to taka ciekawostka, tobym może bardziej docenił to dzieło. Albo inaczej: nie czułbym… rozdrażnienia. I nawet nie chodzi o to, że coś tu jest ewidentnie złe czy nieudane (choć warstwa literacka i nawijka szczególnie dobre nie są), tylko o… Sam nie wiem, jak to ująć. Taki źle pojęty artyzm chyba. O coś, co trudno zakwalifikować jednoznacznie jako pozę czy wygłup, a wydaje się wygłupem i pozą. Nie wiem, czy to nie jest muzyka dla hermetycznego środowiska, jakichś bywalców galerii (nie handlowych, chociaż…), którzy odnajdują tu ukryte znaczenia, kody, symbole i całą resztę, może tam powinna rozbrzmiewać jako element instalacji czy innych performensów… Choć muszę przyznać, że podkłady, szczególnie pod koniec, są ka-pi-tal-ne (“Bunin”, “Outro”), ale całości wypowiedzi, jej z(a)mysłu i zasadności, nie rozumiem. Nie podoba mi się, a z drugiej strony, mam ochotę wracać. Pewnie gdyby autor nawijał normalnie normalne teksty, to już by nie było takie hipsterskie i świeże, choć by zamknąć klamrą te narzekania wspomnę, że w 2003 roku ukazała się płyta zatytułowana “Pyk”, na niej znalazł się chociażby taki utwór jak “Logo” i…

Stachursky – Chłosta

Chłosta!
W ogóle, centralnie, kamieniem go, bez kitu!

Chłosta!
Sianie!
Viagra!
Jaranie!

Kamieniem go, bez kitu!
W ogóle, centralnie, kamieniem go, bez kitu!

Nie trzeba wgłębiać się zanadto w powyższe strofy, by dojść do przekonania, że mamy do czynienia z utworem o niezbyt wesołej, a wręcz pesymistycznej i jednoznacznie krytycznej wymowie. Jak już z naszych wcześniejszych przemyśleń dotyczących twórczości pana Łaszczoka wynikało, nie jest on apologetą pokoleń współczesnych, nie szuka usprawiedliwień dla ich marnej kondycji moralnej, umysłowego zniewolenia i autodestrukcyjnych ciągot. Nie próbuje ludzi dźwigać, podnosić czy nobilitować. Nie bawi się też ani w pretensjonalne moralizatorstwo, ani w wysilony dydaktyzm. Po prostu celnie ukazuje problemy, wyraźnie je nakreślając i precyzyjnie nazywając, ale jednocześnie nie podsuwając autorskich koncepcji ich rozwiązania (jak czynił to, dajmy na to, Prus w swoich felietonach), choć z pewnością jego potencjał intelektualny pozwoliłby mu na to. Podobnie jest w  \”Chłoście\”.

Warto w tym miejscu poczynić dygresję i zauważyć, czego przez karygodne zaniedbanie nie uczyniliśmy przy okazji któregoś z poprzednich tekstów, że pan Łaszczok odwołuje się do antycznych źródeł poezji, kiedy to była ona publicznie prezentowana przy akompaniamencie liry. Zmienia on jedynie instrumentarium, wpisując się z wyczuciem i taktem w kontekst współczesności, unikając anachroniczności i nie narażając się na niezrozumienie bądź wręcz wykluczenie z powodu tejże. Choć i tak śmiem sądzić, że nie rozumiemy w pełni tego, co poeta za wszelką cenę chce nam powiedzieć, a nierzadko wręcz wykrzyczeć.

Nie zważając jednak na dramat niepełności i niepewności interpretacyjnej, spróbujemy poczynić nasze rozważania. Najpierw kilka słów o tytule. Może on być rozumiany dwojako:
a) jako forma niewyrafinowanej przemocy fizycznej;
b) jako zespół narzędzi służących massmediom do umysłowej tresury obywateli i programowania ich poglądów;
Poecie zapewne nie chodziło o chłostę w tradycyjnym rozumieniu, dlatego skupmy się na punkcie \”b\”. Otóż poprzez użyte w nim pojęcie “massmedia” rozumiemy świat, jaki kreują i przedstawiają. Fakty wprawdzie nie są i tak w żaden sposób dostępne obiektywne, bo przefiltrowujemy je, poddajemy subiektywnej interpretacji, opierając się na własnej wiedzy, doświadczeniu i odnosząc się do posiadanego, wyrobionego już w jakimś stopniu, choć wciąż “plastycznego” i podatnego na “modelowanie” światopoglądu. Pan Jacek mówi nam o tym, że jesteśmy stale zanurzeni w ich strumieniu, bezsilni wobec szumu informacyjnego, nie potrafimy się wyzwolić z poddańczego stosunku wobec tego, co i kto nam (się) mówi. Biernie, bezwiednie, bezrefleksyjnie aprobujemy bądź negujemy, posługując się tą samą argumentacją, jaka służyła innym do jej (nam) wtłoczenia.

Wiersz posiada bardzo przemyślaną strukturę stroficzną. Kolejne zwrotki wynikają z poprzednich, poszerzają grupę poruszanych spraw, stanowią rozwinięcie myślowych koncepcji poety i na pewno nie można powiedzieć, że są dziełem przypadku. Ktoś, owszem, mógłby wnieść do dyskusji argument o lapidarności tego utworu i powołując się tylko na nań, zakrzyknąć, że i treści musi być w nim mało, ale myliłby się on, wykazując się jedynie niewrażliwością na poezję, ignorancją, a być również – jeśli by pójść dalej – zdradzając niewielki potencjał intelektualny. Udowodnimy to w kolejnym akapicie.

Po pierwsze, wiersz ma budowę klamrową (pomijam w tym wnioskowaniu słowo \”chłosta\”, stanowiące pierwszy wers utworu, ze względu na jego hasłowość i silniej naznaczony związek z środkową częścią rozważań poety, a nie którąś z krańcowych), dzięki czemu jest domknięty i wybrzmiewa mocniej. Początek i koniec wiersza (“w ogóle, centralnie, kamieniem go, bez kitu”) jest przesycony żywiołem mowy potocznej, żywej, dynamicznej, emocjonalnie zaangażowanej. Jednakże podmiotu, który je wypowiada, nie należałoby utożsamiać z samym autorem, ale raczej z postacią, poetycką kreacją, którą stworzył poprzez te słowa.. Można zresztą o niej, wbrew pozorom, sporo powiedzieć. Na pewno jest to człowiek prosty, niewykształcony, silnie reagujący na zastaną rzeczywistość (ekspresywizmy). Jest to w pewnym sensie homo faber (choć raczej w węższym niż wynikałoby to z sensu tego sformułowania zakresie), który transponuje to, co zasłyszał lub przeczytał w przekazie oficjalnym (tj. medialnym), na dyskurs niepubliczny, wręcz intymny, prywatny, w czym ujawnia się także jego rola reporterska, choć sam podmiot nie stanowi źródła, lecz pełni rolę medium, samemu ingerując wyłącznie w formę, by móc przekazać informacje bez dystansu (na płaszczyźnie prywatnej ten jest wszak ograniczony do minimum, co byłoby nie do pomyślenia w przypadku aktu komunikacyjnego typu redaktor czytelnik/widz/słuchacz). Rola, jaką odgrywają w tym media, jest jednakże niepoślednia, bowiem “naprowadzają” one na taki sposób nieformalnego przekazu poprzez samo jego tworzenie. I tak tutaj, załóżmy, informując o jakiejś tragedii (łączenie słowa “kamień” z kamienowaniem, co wcale nie jest nieuzasadnione, biorąc pod uwagę to, że wykazaliśmy ekspresję, która nie wzięła się przecież znikąd, choć ów “kamień” sprowadza się tu wyłącznie do ujęcia symbolicznego, stanowiąc pars pro toto wzmiankowanej tragedii bądź szerzej, samej informacji), ukazując pewne obrazy, prowokują do ich przenoszenia, tłumaczenia na język kontaktów bezpośrednich, codziennych.

Tę konstatację konstytuują dodatkowo eksklamacje w strofie kolejnej (“Chłosta! / Sianie! / Viagra! / Jaranie!”). Choć pozornie pozbawione większego sensu, stanowią one sensowny ciąg przyczynowo-skutkowy, unaoczniający proces rozprzestrzeniania się wirusa informacji. Można go przedstawić za pomocą punktów w następujący sposób:
1. Informacja zostaje nadana i za pomocą sygnału zostaje przekazana odbiorcy (człowiekowi) przez nadawcę (media).
2. Informacja zostaje odebrana i zdekodowana przez odbiorcę, wywołując u niego określoną reakcję i wymuszając ustosunkowanie się do niej.
3. Informacja wpływa na człowieka, wywołuje u niego reakcję emocjonalną (np. pobudzenie, wzburzenie, szok) i chęć (a czasem przymus) jej dalszego przekazywania.
4. Informacja ( w odpowiednio zmodyfikowanej formie – patrz wyżej) rozprzestrzenia się na płaszczyźnie kontaktów interpersonalnych, jest omawiana i dyskutowana.
Jak widzimy, pierwsze dwa punkty można by odnieść do klasycznego modelu komunikacji Shannona i Weavera (o którym poeta nie mógł nie wiedzieć), kolejne dwa są jedynie prostym nastęstwem tegoż, ukazują dalsze życie informacji, jej rozprzestrzenianie się i wpływ, jaki wywiera na tych, z którymi ma styczność. Widzimy tu ponadto, że zmienia się perspektywa podmiotu – tym razem można ją nazwać autorską. Może pan Łaszczok wyraża się w sposób nazbyt emfatyczny, choć emfazę tę niejako „zbija”, „znosi” wspomnianą już w kontekście całego utworu lapidarnością (tu jest to wręcz hasłowość, o której też napomknęliśmy), więc nie można mu tego wliczyć w poczet jakichś artystycznych uchybień utworu. Stachursky zdaje się bowiem cały czas panować nad swym piórem. To prawda – nie jest w stanie tak dusić wszystkiego w sobie, cyzelować słownictwa jak Staff, ale i czasy mamy teraz inne, i społeczeństwo, więc nie należy nawet takiej postawy twórczej oczekiwać. Poezja musi być adekwatna do tego, do czego się odnosi, a w tym względzie nie możemy mieć do pana Łaszczoka właściwie żadnych zastrzeżeń.

Stachursky to poeta, który pod płaszczykiem atrakcyjnej dla młodego odbiorcy formy i pozornie błahej treści skrywa mocny, wyrazisty i wartościowy przekaz. Mógłby się silić na erudycję, wykazywać, a wręcz chełpić się tym, że partycypuje w kulturze wysokiej i poprzez swoje obycie w niczym nie ustępuje najwybitniejszym polskim poetom ostatnich kilkudziesięciu lat, ale nie czyni tego, a my i tak wiemy, że postawienie go w jednym szeregu z Miłoszem czy Szymborską, polskimi noblistami z dziedziny literatury, nie jest w żadnym razie nadużyciem. Łaszczok to uważny obserwator rzeczywistości, jego refleksje są przenikliwe i trafne, choć często gorzkie, a wręcz skrajnie pesymistyczne. Ale czy w obecnych czasach mogłyby być inne? Czy potrzebni nam są afirmatorzy życia, którzy zachłyśnięci codziennością, śpiewają swoje wyabstrahowane z rzeczywistości pieśni pochwalne o wyjątkowości istnienia w każdej postaci i formie? A może przydaliby się nam tacy twórcy, którzy odnosząc się do tragedii narodowych z przeszłości, chcą wzbudzić w skosmopolityzowanym społeczeństwie ostatnie spazmy patriotyzmu? A może łakniemy awangardzistów, którzy posługując się obrazoburstwem, tanią kontrowersją, rozmytą kontestacją i językową gmatwaniną, będą próbowali nam powiedzieć to, że tak naprawdę nic nie mają do powiedzenia? A możemy wolimy Jacka Łaszczoka, który naszym językiem, będąc jednym z nas, nie ponad lub obok, powie nam, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy? Niech każdy odpowie sobie na to pytanie sam.

Prawdziwa sztuka nawet we współczesnym świecie nie jest bezbronna i powinna się jakoś obronić.

Contra spem spero.

POSŁUCHAJ

———-

Tekst (mocno) archiwalny.

Faczyński x Kidd x Palmer Eldritch – Hikikomori (2017)

faczyński kidd

Coraz mniej rzeczy mnie dziwi i zaskakuje, a jeszcze mniej cieszy. Trudno powiedzieć, czyja to wina lub zasługa. Bez znaczenia. Być może to, że nie spodziewałem się nieformalnej kontynuacji kultowej – jakkolwiek patrzeć – “Pansofii”, wynika z nienadążania i gubienia się w natłoku informacji. Dlatego fakt, że słucham “Hikikomori”, dopiero do mnie dociera.

Akapit wprowadzający powinien zawierać encyklopedyczną notkę (ta, dobrze by było, gdyby encyklopedyczną), która pokazuje, że piszący wie, i to wie lepiej, i dobrodusznie śpieszy podzielić się swą wiedzą, ale mógłbym obrazić nie tylko czytelników, tłumacząc, kto to taki Kidd czy Faczyński, albo co to za jedni ci Palmer Eldritch. A na pewno robiłbym głupka z siebie, gdybym korzystając z magicznych formuł ctrl+c i ctrl+v, objawił głęboko skrywaną wiedzę nt. znaczenia tytułu płyty, mimo że sama nazwa zjawiska to jedno z kilku japońskich słów, które cokolwiek mi mówią. A nazwanie mnie erudytą byłoby kąśliwością.

Moja pierwsza, chyba dość gorzka refleksja zawierała się w poczuciu bliskości samego sposobu wyrazu, swego rodzaju “natchnionego” prymitywizmu, wulgarności od serca. Takiej trochę postawy chłopaczka, który fika do każdego w zasięgu wzroku, ale nikt nie da mu w pysk, bo to byłoby niegodne. Przywołałbym słowa Jonasza Kofty, te o młodych gniewnych, ale motto tego kiepsko nazwanego blogu powstrzymuje mnie przed używaniem słów wulgarnych – nawet w przytoczeniach. Faczyński i Kidd podobnych problemów nie mają (za to mają masę innych) i choć to nadal wrażliwcy, może tylko już wyzuci z idealistycznych postaw, to wrażliwi na słowo i kulturę wysłowienia mogą poczuć się dotknięci. I jak na “Pansofii” mieliśmy do czynienia raczej z samobiczowaniem, tak na “Hikikomori” dostaje się wszystkim. Nie wiem, czy bez wyjątku i powodu. Ale by wyprowadzać takie ciosy, nie wystarczy para w łapach.

Imponujący jest swoisty follow-up do “Wychowania” T-Love (“Kocha i szanuje”), który niejednemu rozmiłowanemu w osobliwym uczuciu do ojczyzny troglodycie podniósłby ciśnienie, co zapewne i tak nie wpłynęłoby wydatnie na procesy myślowe rzeczonego osobnika. Mnie cała wizja – powiedzmy – polskości (nakreślona jeszcze chociażby w  “Ryjach”) odpowiada. Gościnne zwrotki są w większości dobre i potrzebne, a taki Cruz przypomniał, że i na jego kolejny materiał czekam już zdecydowanie zbyt długo. Faczyński pozostaje nieco nonszalancki, jakby przyszedł do studia z “analogową” poezją, która dopiero będzie musiała się zaadaptować w fonicznym środowisku, Kidd nie zatracił wyrazistości i dykcji rozumianej jako indywidualny, niemożliwy do nierozpoznania tok wypowiedzi. Puls. A “Evil K. Ddik”, właściwie ostatnie dwie minuty tego utwory, utwierdzają mnie w przekonaniu, że to zwyczajnie jeden z moich ulubionych współczesnych poetów. Myślę, że potrafię powiązać z wierszami dostatecznie dużo nazwisk, by móc wskazać najbardziej znaczące. Oczywiście w moim odczuciu, które nie jest odczuciem znawcy.

Tak naprawdę nie wiem, czy nie powinienem napisać o tej płycie później, dużo później, niejako po czasie, na przykład za pół roku, jakbym ją odkrył z istotnym opóźnieniem, bo choć nie mamy do czynienia z przerostem formy nad treścią czy z przerostem ego (wersy w rodzaju zawsze jara mnie fakt, że ktoś słuchając tej płyty, wybija zęby faszyście albo podcina sobie żyły traktować należy raczej jako pewną deklarację światopoglądową i dobre, czyli skuteczne, nastrojenie do specyficznego poczucia humoru), ale treści jest tu sporo. I nie chodzi o pusty słowotok. Treści z serca, z wątroby, z żołądka, z… Nie, lepiej nie wyliczać dalej, bo zrobi się niesmacznie.

To niezbyt wesoły i bez wątpienia dojrzały materiał (vide “T.Ł.A.”). Nie napisałem nawet, że z klasą wyprodukowany, bo przecież wiadomo, kto za to odpowiada. Napiszę za to, że jedną z tych niewielu rzeczy, które jeszcze mnie cieszą, jest to, że tacy ludzie mają wciąż coś do powiedzenia. Choć prawdę mówiąc, nie wiem, czy nie powinienem im życzyć – tak bez złośliwości – by jednak nie mieli. Mimo że chciałbym usłyszeć także kolejne “Działa zabrane”.

Płytę można znaleźć tutaj.

nieznane / zapomniane: Cezary Pazura – Płyta stereofoniczna (1999)

cezary pazura

Jak byś ukryć się nie starał / dopadną cię pazury Cezara – śpiewał Kazik, używając być może (a nawet na pewno) błędnej konstrukcji składniowej, w niekoniecznie pamiętnym utworze El Dupy. Wprawdzie nie da się użyć przytoczonych słów w charakterze myśli przewodniej, ale sens ich przytoczenie jest dwojako motywowany (to raz), a dwa – wstęp mamy z głowy.

Zapewne niewiele napiszę o płycie, o czym lojalnie uprzedzam, zadowoliwszy się faktem samego o niej wspomnienia, więc kto ciekaw samej muzyki, winien sięgnąć właśnie po nią. Zresztą tak czy owak, innej drogi nie ma.

To na pewno były czasy podstawówki. Historyczka – o dość histerycznych skłonnościach, co zdaje się, ostatecznie rzeczywiście odchorowała – postawiła przed nami zadanie, którego zasadniczej treści nie umiem odtworzyć. W każdym razie, w celu jego wykonania (a zostaliśmy podzieleni na całkiem liczne grupy) udałem się do koleżanki, w czym naturalnie zawtórowało mi kilka osób. Być może wówczas szukałem rozproszenia, z którego obecnie rad byłbym się wyswobodzić, i w pamięci (z) tamtych dni zachowała się postać pana Pazury właśnie. No, może nie dosłownie postać, przynajmniej nie fizyczna, bo to chyba nie była powtórka “Kilera” (a może była, kto wie…), tylko prezentowanie fragmentów świeżej wówczas “Płyty stereofonicznej”. I tak po trosze nawiązując do widocznej powyżej okładki, dokończę dygresję stwierdzeniem, że wprawdzie nie mogłem być Apollem ani Dionizosem, ale widać nie ma tego złego, bo ostatecznie i tak wyszło ironicznie, bowiem na człowieka tak skromnego formatu schodzi – jak się okazuje – stosunkowo niewiele kartonu i srebrnej farby potrzebnej do jego pomalowania, więc po raz pierwszy i ostatni byłem rycerzem. No i przynajmniej nie paradowałem przez szkolne korytarze w prześcieradle, co by na dobre nie wyszło.

Trudno rozstrzygnąć, czy ta płyta zrodziła się z dystansu aktora do siebie i rzeczony dystans wyraża, czy jest przejawem narcyzmu. Nie podejmuję się choćby próby odpowiedzi, bo wszystko – począwszy od pomysłu, przez teksty i autorskie (?) przerywniki (i “featuringi” Lindy czy Lubaszenki w tychże), aż po okładkę – wymyka się jednoznacznej konkluzji. I może w tym tkwi urok “Płyty stereofonicznej”. Śpiewający aktor to nic dobrego, jeśli uwidzi mu się piosenka aktorska, ale w tym przypadku wszelkie ewentualne nadęcie (ego) jest umowne i cudaczne. Słuchamy wersów Bryndala (tego Bryndala), Majewskiego (tego Majewskiego) i Bukartyka (tego Bukartyka, niestety), których humor objawia się i w nich samych, i w samych zastanych okolicznościach. I teoretycznie tu się nie powinno nic, ale to absolutnie nic udać, ewentualnie nie udać się do tego stopnia, że zło i niesmak nabiorą posmaku wybitności, ale muzyka się broni, a ja polegam. Nie wiem, czy nie stosuje przy tym technik, które zaobserwowałem niegdyś w wykonaniu znanego trenera piłkarskiego, Janusza Wójcika, który atakowany w programie na żywo przez dziennikarza zarzutami o korupcję, wytrącał mu z rąk wszystkie argumenty, komplementując inteligencję, przenikliwość i ogólną wspaniałość adwersarza. A ten tylko pokornie się rumienił.

Wprawdzie to nie “P.O.L.O.V.I.R.U.S”, ale nieoczywistość czy też randomość (cóż za słowo!) poczynań Cezarego Pazury widocznie wymuszała zamknięcie w szufladce z napisem “novelty”, co w takim przypadku, istotnie smutnym, jest jednoznaczne z niemetaforycznym zamknięciem w niemetaforycznej szufladzie. Albo w szafie. Bo mija lato, rok, a taka płytę można porównać do sukienki, której panna powabna i umiejąca się ubrać już nie założy, bo skończył się sezon. Zatknie gdzieś i zapomni, że ją ma. Ale dobrze jest odnaleźć ten kawałek materiału po latach, bo nawet jeśli okaże się zupełnie niemodny i nie będzie leżeć najlepiej, to niewątpliwie zdąży zyskać na wyjątkowości.

Wystarczy odrobina narcyzmu. Albo dystansu.

Z ręką na pulsie (#10): Black Cilice, The Afghan Whigs, Yucky Duster

Black Cilice – Banished from Time
black cilice

Podoba mi się to, jak ta płyta została wyprodukowana. A raczej fakt, że nikt sobie nie zaprzątał specjalnie głowy produkcją. Wyszło takie lo-fi bez wygłupów. Sama muzyka jest taka, jaka jest. Niekoneserom spodobać się może z wyżej wspomnianego powodu, jeśli tylko będą poszukiwać nietypowej muzyki kontemplacyjnej. Entuzjaści black metalu słyszeli to już tysiąc razy i pewnie tysiąc razy jeszcze usłyszą, więc ich powieki też mogą nagle stać się ciężkie, choć z zupełnie innych powodów.

The Afghan Whigs – In Spades
the afghan whigs

Nie mamy wprawdzie do czynienia z powrotem po latach (chyba że liczy się, jeśli po trzech), ale sam nie śledziłem dokonań The Afghan Whigs po ich pierwszej (no, może drugiej) płycie, więc patrzę inaczej i perspektywę mam chcąc nie chcąc odmienną. Działa to na niekorzyść “In Spades”. Bo cieniem na ich wcześniejsze nagrania się wprawdzie nie kładzie, cokolwiek miałoby to znaczyć, ale stanowi siłą rzeczy ich cień. Gdyby to chociaż była ewidentnie zła płyta… A tak to można posłuchać. I można równie dobrze odpuścić.

Yucky Duster – Duster’s Lament
yucky duster

Kilka lat temu pewien “zmęczony” komentator kwitował wieczorową porą w jednym z kanałów sportowych swoimi refleksjami skróty meczów eliminacyjnych do piłkarskiego turnieju znaczącej rangi. Odnosząc się do jednej z bramek, zauważył, że była ładna, ale też nie omieszkał podzielić się chwilę wcześniej konstatacją, że cóż z tego, iż została strzelona. Tak mi się jakoś przypomniało, gdy słuchałem “Duster’s Lament”.

Grałem w grę: Beat Cop (2017)

beat cop

Epokę kaset VHS i filmów z Van Damme’em, Stallone’em czy Schwarzeneggerem pamiętam jak przez mgłę. Albo inaczej: nigdy nie był dla mnie specjalnie zajmujący. Tamten świat najmocniej może mi się kojarzyć z emitowaną w telewizji z ponaddziesięcioletnim poślizgiem “Drużyną A”, ale i wtedy oglądał ją raczej mój kolega, z którym częstokroć wyruszałem do szkoły we wczesnej podstawówce. Mnie w pamięci zachował się temat muzyczny. Za dzieciaka wolałem raczej horrory, Freddy’ego Krugera i innych takich, niż Rambo. Z czasem mi przeszło i wolę bezkrwawe, pozbawione akcji produkcje. Filmowe, bo gier to nie dotyczy.

BeatCop 2017-04-29 23-46-44-40

Trafiamy do Nowego Jorku, na Brooklyn. Jest rok 1986. Niekoniecznie jest to spełnienie marzeń naszego protagonisty, ale nie chcę opowiadać pełnej uroczych klisz fabuły. Rzecz w tym, że chcąc nie chcąc musi zaprowadzić porządek w swoim rewirze. Komendant, poprzeklinawszy trochę, zwykle nakazuje nam pokaranie określonej liczby kierowców. A to za parkowanie, a to za zużyte opony czy rozbite światła. Oczywiście musimy (a przynajmniej powinniśmy) sprawdzić, czy coś jest nie tak, zanim zostawimy kwitek za wycieraczką. Inaczej możemy spodziewać się skargi. A jeśli zostaniemy “przyłapani” przez właściciela pojazdu podczas wykonywania służbowych czynności, da nam to możliwość odstąpienia od czynności służbowych w zamian za drobną gratyfikację finansową. A dość powiedzieć, że pieniądze są nam parokrotnie potrzebne, więc dobrze znaleźć dodatkowe źródła dochodu.

BeatCop 2017-04-29 23-05-28-89

O wpływy na ulicy walczą gangi (pełne czarnoskórych, wiadomo) i mafia (Włosi, a jakże!), to nasza rola nie ogranicza się do wystawiania mandatów i wyrobienia ich dziennej normy. Życie krawężnika okazuje się życiem na krawędzi. Wprawdzie nie musimy się z nikim specjalnie układać (miałem na koniec raczej neutralne notowania zarówno u tych grup, jak i na komendzie), ale byciem chłopcem na posyłki często się opłaca. Nawet bardziej niż gonienie za sklepowym złodziejaszkiem czy udaremnianie prób wymuszania haraczy. Niemniej jednak warto wykonywać polecenia podwładnych, nawet jeśli są opcjonalne i za niewywiązanie się z nich grozi jedynie spadek wspomnianych notowań i obcięcie o połowę niewysokiej dniówki, bowiem dokonywanie interwencji, szczególnie tych w lokalach, ma sporo uroku, bo nic tu nie jest normalne ani no… grzeczne. Humoru grze odmówić nie można, przy kilku żartach można się nawet zaśmiać (szczególnie tych aluzyjnych – czy to wulgarnych, czy odnoszących się do popkultury), choć być może nie jest to humor najwyższych lotów.

BeatCop 2017-04-30 15-02-33-58

Jak zauważyliśmy, gra opiera się na stereotypach. Tak krzywdzących, tak przejaskrawionych i bezczelnych, że aż nie sposób, by ktoś, kto jest w grze obrażany, mógł poczuć się urażony. Oczywiście nie brakuje tu także pączków, którymi ochoczo raczą się mundurowi, a jak podjedzie wezwany przez nas w charakterze wsparcia radiowozów, to za każdym razem nie tyle wysiądzie z niego, ile wytoczy się korpulentny stróż prawa, co bawi za każdym razem.

BeatCop 2017-04-30 20-24-28-80

Beat Cop jest (nie)typową przygodówką. Zagadek tu wprawdzie niewiele, ale trzeba klikać! Niejednokrotnie musimy dokonywać wyboru aktywności, bo zwyczajnie nie da się być w kilku miejscach jednocześnie. Na czas lub w określonym przedziale czasowym. Ale dzięki temu rozgrywka nie nudzi i rzadko kiedy nie wiemy, co właściwie mamy robić i tylko patrzymy na zegarek, kiedy wybije 18 i będziemy mogli rozpocząć kolejny dzień. I właśnie “rozpocząć”, a nie “wyjść do głównego menu, a potem do pulpitu”, bo grywalności produkcji 11 bit studios odmówić nie sposób.

BeatCop 2017-04-29 23-04-24-73

Kluczem do tego, by jakoś sobie poradzić, jest poznanie rewiru. Wprawdzie cały świat gry to jedna ulica, ale liczba rozlokowanych przy niej lokacji jest dość pokaźna. Mamy tu sklepy, lokale gastronomiczne, punkty usługowe, kościół… I właściwie w każdym z tych miejsc trafimy na charyzmatyczną, nietuzinkową i zabawną postać. Zresztą nasz posterunkowy również nie jest jakąś ciapą bez osobowości, czego się początkowo obawiałem. Umie przekląć, postraszyć, zażartować…

BeatCop 2017-04-29 21-35-53-51

Muzyka. Jest bardzo dobra. Jest jej bardzo mało (soundtrack mieści się w niecałym kwadransie). Słyszymy ją bardzo rzadko. Dałbym głowę, że pominąwszy “właściwe” utwory, słyszymy tu wariację na temat “Full clip” Gang Starr (z boomboxa na chodniku; tyle że nie zgadza się rok) i “Raining blood” Slayera (z okna, w którym wystaje headbangujący metalowiec – tutaj rok pasuje). Niewątpliwie uprzyjemnia to patrole. Warstwę audio uzupełniają dźwięki ulicy i różne… odgłosy. Także te z filmów – powiedzmy – “przyrodniczych”.

BeatCop 2017-04-30 17-33-33-21

O oprawie graficznej można powiedzieć tyle, że trzyma poziom i ma klimat. Patrzenie na rozpikselowane ludziki i ich pocieszne animacji jest frajdą samą w sobie. Pewna nieoczywista komiksowość może się podobać. Tym bardziej że wszystko pozostaje czytelne i całkiem ładne.

BeatCop 2017-04-30 15-21-19-73

Niewiele tu niedoróbek. Może razić pewna niechlujność w tekstach, bo nietrudno wyłapać błędy, których można było uniknąć, czasem coś się nie zgadza (np. pojazd, który mieliśmy rozpoznać m.in. po rozbitym reflektorze, był nienaruszony), minigierka z przeszukiwaniem bagażnika bywa frustrująco i niekoniecznie pasuje do “klikanej” mechaniki… No i najgorsze: gra właściwie w żaden sposób nie informuje, co jest istotne, w dodatku przyzwyczaja do pewnej swobody, przez co musiałem powtarzać kilka ostatnich dni, nie mając do końca pewności, dlaczego tak się dzieje ani co (i kiedy) właściwie mam zrobić, by zobaczyć napisy końcowe. Zresztą zakończenia też są rozczarowujące. Przynajmniej formalnie.

BeatCop 2017-04-30 23-45-56-11

W każdym razie, całość oceniam pozytywnie. Jeśli kogoś nie odrzuca konwencja, nie jest przewrażliwiony i nie ma nic przeciwko pewnemu, że tak to ujmę, nieskrępowaniu, to powinien bawić się przy Beat Cop całkiem dobrze. Gra starczy na jakieś 7-10 godzin (pewnie bliżej dziesięciu niż siedmiu) i powinna być przez cały ten czas równie zajmująca, zabawna i grywalna. Mimo pewnej powtarzalności.

Ocena: 7+/10

+ klimat;
+ humor;
+ grywalność;

– niemożliwe do przeklikania animacje;
– brak porządnej korekty kwestii dialogowych;
– niejasne wymagania wobec gracza;
– zakończenia.