</3

</3
Continue reading “</3”

Advertisements

Z ręką na pulsie (#47): Brzoska/Marciniak/Markiewicz, Ghost, Weedpecker

Brzoska/Marciniak/Markiewicz – Brodzenie
brzoska-marciniak-markiewicz.jpg
Warstwę literacką podsumuję konstatacją, że to JEST poezja, co trudno nazwać wnioskiem jakkolwiek odkrywczym, a więc ciekawsze byłoby utrzymywanie, że Wojciech Brzoska poezji nie pisze, choć np. chciałby. Nie grzęźnie w bełkotliwości, przez którą zatracałaby wymowę, pozostaje na tyle klarowna, by o czymś mówić, a nie nakazywać innym jakieś nadpisywanie sensów nieuświadomionych. Większy wysiłek muszę podjąć, by nie pomylić pana Brzoski z panem Brzóskiewiczem, również poetą. Właściwie “Brodzenie” jest mi bliższe niż twórczość poety Świetlickiego, co nie wynika wcale z faktu, że pływać umiem niespecjalnie i byłbym się w latach odległych nieomal przez to utopił. Chociaż to nie jest płytkie dzieło. Łukasz Marciniak na gitarze i Marcin Markiewicz na trąbce odpowiednio oprawiają te wszystkie obrazy. Pewnie z tej, jak to się ponoć określa, waty słownej wynika niewiele, więc odsyłam tam, gdzie materia słowna jest gęstsza i głębsza, a sam cicham.

Posłuchać można tutaj.

Ghost – Ceremony and Devotion
ghost
To tylko koncertówka, przynajmniej teoretycznie, ale w przypadku takiego zespołu jak Ghost każda kompilacja typu “the best of” ma spore szanse, by rządzić. A wyborowi utworów trudno cokolwiek zarzucić. Może brakuje jakiegoś coveru (szczególnie “Here comes the sun” The Beatles, z osobistych względów bardzo lubię, choć słuchanie tej wersji nie sprawia mi przyjemności, a raczej ból), ale setlista jest przekrojowa, nie ma męczenia buły, a na koniec dostajemy dwa najpewniej najlepsze utwory zespołu (“Ritual” i “Monstrance clock”), więc dodawszy do tego pełne klasy wykonanie oraz majestatyczne brzmienie, otrzymamy album, który naprawdę dobrze sumuje dotychczasowy dorobek Ghost.

Weedpecker – III
weedpecker.jpg

Taka leciutka, nieskrępowana konceptualnym ciężarem, a dzięki temu naprawdę dryfująca gdzieś w kosmos wersja “Crack the Skye” Mastodon. Oczywiście upraszczam, pewnie z powodu konwencjonalnego wymogu zestawiania, jednak momentami podobieństwo wydaje się niemałe, co nadal nie wyklucza, iż jest przypadkowe. Nie umniejszam jednak “III”, bo płyta wartość ma bez wątpienia. Skoro najchętniej powtarzałbym, że psychodelia skończyła się wraz z końcem lat 60. XX wieku, a etykietka “space rock” jest raczej stygmatyzującą łatką, to to, że to, co nagrali panowie z Weedpecker, podoba mi się, już o czymś świadczy. Nawet jeśli znaczy niewiele.

Posłuchać można tutaj.

Dorota Koman – Maszyna do czytania (2015)

dorota koman

Zapewne to, że sięgam po poezję, i na półce piętrzą się tomiki, a nie jakieś prozy (chyba że biografie), nie wynika z żadnego wysmakowania. Nawet nie z niechęci do fikcji literackiej (“fikcja literacka” to coś mniej więcej jak “kupa kupiasta”, i nie mam na myśli pleonastyczności). Tak jak piłkarza, który w najlepszych latach kariery imponował szybkością, siejąc popłoch w szeregach defensywnych przeciwnika, przesuwa się z czasem do środka pola, by dzięki swemu doświadczeniu i mądrości dyrygował drużyną, której niegdyś był mózgiem (teraz jest sercem), tak mnie, z racji pogłębiającej się tylko przykrej niedyspozycji psychofizycznej, osobę, która niegdyś biła rekordy jakieś w konsumpcji książek, zostają tylko takie, które można chłonąć w półminutowych podejściach. Takie jak “Maszyna do czytania”.

Z tego przydługiego wstępu zasadniczo nie wynika nic. Dla samego pisania rzeczony fakt ma takie znaczenie, że piszę o tym, o czym piszę, a nie o czymś zupełnie innym, w dodatku robię przy tym multum dziwnych błędów, jakbym zapomniał wszelkie zasady gramatyki. Podczas wizyty w jednym z salonów sprzedaży popularnej sieci, zaplątałem sie między regały z literaturą, co zdarzyć się może każdemu, i wpadł mi w ręce tomik wierszy Doroty Koman. Dziwne było to, iż właściwie niezależnie od tego, na której stronie go otworzyłem, coś mnie zaraz bawiło (pozytywnie!) lub urzekało (a to już w ogóle). Zanim zdążą wrócić myśli, które przecież mnie nie opuszczają, przeczytam kilka zgrabnych – nic dziwnego, skoro kobiecych! – strofek. I nawet jeśli przy próbie mniej “doraźnej” i “przygodnej” lektury w końcu zapomnę, co czytam, że to robię właściwie, to zapamiętam, co czytałem. Dlatego zależało mi, by nie była to przygoda na jedno popołudnia, równie miła co przypadkowa, więc choć do domu wróciłem wówczas sam, to nazajutrz – jeśli to “nazajutrz” nie jest niezamierzoną figurą – już obyło się bez wahań. Co jak na kogoś, kto potrafi pójść kilka kilometrów do sklepu po konkretny produkt, po czym go nie kupić (i robić tak raz za razem), jest pewnym osiągnięciem.

Dorota Koman (ur. 1961) istnieje na scenie poetyckiej – jakkolwiek to brzmi – od przeszło ćwierćwiecza. “Maszyna do czytania” o tym zaświadcza, bo choć to tytuł nowego tomiku autorki, to jest nim również opatrzony zbiór, który obejmuje wybór wierszy z niemal wszystkich tomików wcześniejszych. Podoba mi się ta przekrojowość, możliwość szerszego spojrzenia na autorkę przez pryzmat jej dorobku, obserwowania przemian i stałości, rozwoju i wierności. W posłowiu do książki Bohdan Zadura mówi o paradoksie jako pewnym fundamencie i znaku firmowym poezji Doroty Koman, sam podobnej sprzeczności nie dostrzegam, bo rządzi tym wszystkim pewna swadliwa logika, czasem chmurna, czasem bardziej pogodna, a kolejne wiersze są pełne w swojej zdawkowości, takie niewymuszone i kunsztownie proste. Istotna część z nich pozbawiona jest tytułów, zamyka się w raptem kilkunastu słowach, ale w mówieniu o czymś ważne jest to, czego się nie powie. I jedno, i drugie jest w tej poezji ważkie i… dotkliwe. Jasne, wśród tych przeszło dwustu wierszy są lepsze i gorsze, nie mogę też pozbyć się natręctwa w formie przeświadczenia, że czasem coś w nich gryzie, że sam zrobiłbym niekiedy drobne poprawki formalne, niekiedy pewnie niedostępność całości doświadczenia, z jakiego wynikają, nieco osłabia ich wydźwięk, ale to, co nieosobiste, zaskakująco łatwo daje się przyłożyć do tego, co samemu się przeżyło. Może z czasem zatracają one pewną część uroku, bo nie można tracić złudzeń po raz kolejny, człowiek się zmienia (bodaj nigdy na lepsze, ale zbyt często na dobre), więc te nowsze tylko mówią do mnie, a nie przemawiają, ale człowiek, który w nich mówi – co i tak rzadkie – jest mi bliski.

Dlatego warto. Ktoś kiedyś stwierdził – przeczytawszy wiersz, który był wymierzony w moja skromną osobę – stwierdził, że warto było wycierpieć to, co wycierpiałem, by powstał. W istocie, mowa była o osobie zdolnej wręcz niesłychanie. Nie wiem, czy ktoś może powiedzieć to samo osobom, które żyją w poezji Doroty Koman, ale myślę, że byłoby to uzasadnione. Tak samo jak sięgnięcie po nią.

(Dorota Koman, Maszyna do czytania, Warszawa 2015)

Z ręką na pulsie (#46): Czechoslovakia, Deszcz, Falowiec

Czechoslovakia – malimy (2017)
czechoslovakia
Zdaję sobie sprawę, że samo wspomnienie o zespole Ewa Braun może być zarówno wielkim komplementem, jak i krzywdzącym uproszczeniem. Ale osoby, które za tą legendarną formacją tęsknią (zreflektowałem się na tyle, by samemu zaliczać się do tego grona”, powinny sięgnąć po “malimy” (“małychich”?), bo to takie “Stereo” przepuszczone przez kolejne piętnaście lat zdobyczy i doświadczeń uczniów, epigonów i następców słupczan. Może Czechoslovakia nie proponuje muzyki tak chłodnej i rozpoetyzowanej (“Wersal” na przykład jest dość… przyziemny), ale czemu to gdańskie trio miałoby nie narobić hałasu, skoro hałas – tu pozwolę sobie posłużyć się niejednoznaczną i paskudną kalką – robi dobrze?

Posłuchać można tutaj.

Deszcz – III
deszcz
Konkretne oberwanie chmury, burza z gradobiciem. Trudno znaleźć wyszukane metafory. Mówi się, że do trzech razy sztuka, tymczasem w przypadku Deszczu sztuka udała się po raz trzeci. Sztuka tak inteligentnego posługiwania się prostymi środkami, że w pozornej crustpunkowej sieczce mamy nie tylko mięso, nie tylko (gruchotany) szkielet, ale i serce (czyli w sumie też mięso), i duszę.

Posłuchać można tutaj.

Falowiec – EP
falowiec.jpg

Kupuję koncept (choć o sprzedaniu się nie ma tutaj mowy), charakterystyczne dla oldskulu toposy, prawdę i wprawę w starannym tworzeniu iluzji, wierność ideałom, które również są li literaturą (“przestrzegam zasad / których nie mam”). Nie wiem, czy takich retrowycieczek nie nazywać postrapem, faktyczną kontrą do tego, co w kontrze pozornej. Ale chodzi o doniosłość głosu, głosów właściwie, o tę harmonijną, choć rozedrganą polifonię. Utyskiwać na to, że za rap biorą się ludzie, dla których nisza ta jest zbyt wąską, bo krępuje i tłamsi pełnię ich potencjału, nie będę. Na ośce panowie pewnie są pany. I jak zasiądą na ławeczce pod falowcem, to od razu widać, że chłopcy z Przymorza, a żaden sąsiad, który wyjrzy przez okno, pewnie ani myśli spojrzeć na nich z góry.

Posłuchać można tutaj.

Z ręką na pulsie (#45): Shining, Summoning, Watain

Shining – X – Varg utan flock
shining.jpg

Wydaje mi się, że opatrywanie “X – Varg Utan Flock” tagiem “depressive black metal” to rzecz podobna do uwzględnienia nowych płyt zespołu Ulver w metalowych rankingach rocznych. Nie mam z tym problemu. Nie przeszkadza mi również postać Niklasa Kvarfortha, bo choroba to choroba. Pewne “predyspozycje osobowościowe” nie dają mu jednak istotnej przewagi, która pozwoliłaby na nagranie wraz z kompanami czegoś przekonująco przejmującego. Więcej w tym progresji niż depresji, choć i ona jest taka grubo ciosana. Mimo to słucha się przyjemnie, nawet tych przywodzących na myśl Michała Wiśniewskiego czystych wokali i kiczowatych solówek, a niewykluczone, że nawet lepiej niż poprzednim razem.

Posłuchać można tutaj.

Summoning – With Doom We Come
summoning.jpg

Summoning. Gdyby wziąć związki zespołu z Tolkienem i przyłożyć mój nieprzekładalny na racjonalne argumenty uraz do fantastyki jako takiej, wyszłoby, że “With Doom We Come” znajduje się bardzo daleko w kolejce albumów, które mógłbym chcieć poznać. Co więcej, mając względne pojęcie o albumach wcześniejszych i formie duetu w ostatnich latach, już z całą pewnością nie mogłem oczekiwać cudów. I słusznie, bo cuda się nie zdarzają, ale nowy materiał Szwajcarów jest zaskakująco solidny, w pewnym sensie świeży, mimo że formuła pozostała niezmienna, a panowie nie doczekali się nieśmiesznych naśladowców. Wiążący mnie w pewien sposób z ich muzyką pierwiastek heroicznego smutku, jakiejś takiej bohaterskiej samotności, został tutaj zachowany, a niemal tytułowy utwór wieńczący dzieło mieści się pewnie w TOP 10 Summoning.

Watain – Trident Wolf Eclipse
watain.jpg

“Trident Wolf Eclipse” każe myśleć, że wydana przed przeszło czterema laty płyta “The Wild Hunt” – dość kiepska, a przy tym nieprawdopodobnie nierówna – była swoistym badaniem rynku. Szkoda, że jego wyniki okazały się widocznie takie, iż ostatecznie wywalono wszystko, co poprzednio było w mojej opinii wspaniałe (czyli krótko mówiąc, wycieczki w stronę Bathory), a cała reszta została zgrabnie odchudzona do wersji lite. Ale Watain to przecież marka. I mam na myśli ekonomiczne rozumienie tego pojęcia. Dostajemy więc materiał ładnie skrojony, rzemieślniczy, niezapadający w pamięci, z kilkoma sygnałami, które nieśmiało przypominają, dlaczego Watain ową marką się stał.

??? – W lesie indygo (very raw demo) (2018)

w lesie indygo

Mam problem. Bo chcę – choćby to była fanaberia – napisać o płycie. Tak wyjątkowo. Zebrać refleksje, w uporządkowany i chłodny sposób spróbować je wysłowić, a następnie zgrabnie podsumować. Jednak za każdym razem, próbując zasiąść do tego, uciekam w siebie. W tę część, która została. Powzięty zamiar przypomina próbę zanurzenia się w sięgającej kostek wodzie. I wtedy szukam – tak teraz myślę – swoistego zrozumienia w dziele, które sam chciałbym zrozumieć. Myślę o czymś, czego przecież nie stworzyłem, jako o tym, co mogłoby wyrażać moje własne lęki i bolączki, być przyzywaniem osobistych demonów. Wynajduję paralele, znajome dykcje, pokrewne stany, znajome emocje. Tak myślę, czy to nie jest poniekąd to, o nader często mnie posądzano w ostatnim czasie, a mianowicie pewna przemądrzałość, poczucie, że sam wiem lepiej, co autor miał na myśli, jak się czuł… Jedna mądra osoba – jedna z wielu, które wydaje się, że w minionym roku utraciłem – z pełnym przekonaniem mówiła mi o tym, że empatia opiera się na rozumie. Potrafię, i chcę, zgodzić się z tym dopiero teraz. Trochę późno. Ale jeśli już myślę, to wolno. Toteż sądzę, że nie chodzi tu o to, iż świadomość, że ktoś, choćby ktoś zupełnie obcy, może przeżywać coś podobnego, podobnie głęboko, osłabia dojmujące poczucie samotności absolutnej. Rozumiem porywy serca. Nawet takiego, które zostało już porwane. Na strzępy. Wiem, że czas absolutnie niczego nie zmienia, nie leczy ani nie zabliźnia ran; wiem, że rozpacz wprawdzie krzepnie, ale wciąż jest wrzącą lawą, skrytą jedynie nietrwale pod cienką skorupką. Rozumiem poczucie winy, przeświadczenie o słabości dzieła, gdy taki poryw już się dokonał. Pomijam fakt, że walor jakichkolwiek tutejszych tekstów jest w najlepszym razie znikomy, większość z nich powstała w swoistych stanach rozpaczliwej manii, albo manii zwyczajnej (jeśli nie są rozżalone), “natłukłem” w ten sposób mnóstwo wierszy, próz, bzdur jakichś do szuflady albo na porzucone już facebookowe strony, i ogólnie rozumiem, jak to jest obudzić się następnego dnia na kacu po czymś takim (bo ktoś – nie daj boże – przeczytał albo co gorsza, wysłał wiadomość); rozumiem też, co to poczucie winy, jakiekolwiek, mógłbym książkę o tym napisać, gdybym był trochę zdolniejszy; mógłbym bo zachciało mi się dać opętać socjopatce, i tak nie wyswobodzić się przez kilka lat, co pozostawia w człowieku ślad tak wyraźny, że nikomu bym nie życzył podobnej przeprawy. Wtedy usprawiedliwiała mnie swoista dobrotliwa naiwność, jakże charakterystyczna dla równie zwyczajnych i prostych osób jak ja, teraz zaś mój wywód może usprawiedliwiać fakt, iż garścią refleksji podzieliłem się drogą mniej formalną z samym autorem, co samo w sobie ma dla mnie wagę i wartość, więc po trosze mam z głowy, ale jednak chciałbym coś powiedzieć, coś dodać. To demo może dotrzeć do szerszej publiki, jeśli tylko będzie mieć szansę. Polecałbym je fanom muzyki gitarowej, w ogóle osobom, które posługują się terminem “muzyka gitarowa”, i nawet jeśli byłaby w tym pewna przewrotność, pewnie i złośliwość, to przecież nie ma nic zdrożnego w polecaniu tego, co wartościowe. Powiedziałbym, że to (neo)folk, jakiego nie było, mając przy tym nadzieję, że takie hasło nie wybrzmi po czasie jakże smutno i smętnie, jakże głucho i cicho. Na tym demie wszystkiego jest jakby mniej niż wcześniej, wszystko jest jakby bardziej stonowane, ale to dobrze, tylko lepiej, wszystkie interludia, wstępy i postludia wzmacniają wybrzmienie oszczędnie dawkowanych partii wokalnych, przywodzących na myśl zarówno drugą, jak i trzecią Siekierę, całość nadal osnuwa charakterystyczna dla tego projektu nadrealność, dwojako rozumiana senność, umownie potraktowana warstwa brzmieniowa, ogólnie to rzecz bardziej wymagająca intelektualnie niż dema wcześniejsze (dla mnie za bardzo, ale dla mnie strona tekstu jest epopeją), bo nie uderza w nas fala rozpaczy, tylko musimy sami pogrążyć się w jej toni, w jej tonach, tak emocjonalnie-chłodnych, tak w dalszym ciągu przesiąkniętych, przesyconych bólem, który zdążyło się przeżyć, przeżuć i pojąć, przez co wrósł mocniej, zakorzenił się jeszcze skuteczniej. Nie sądziłem, że ??? zostanie  “wskrzeszone”. Mam za to pełne przekonanie, że warto się z nim zapoznać.

Posłuchać można tutaj.

Dobre darmowe płyty (styczeń 2018)

Aborcja Mózgu – Mizantropia (6/10) (alternative rock) (2017)
aborcja mózgu
Trzeba odwagi – może buty i bezczelności – by porwać się na coverowanie Vica Chesnutta. Z autorskimi przekładami. Na debiutanckiej płycie. Albo może trzeba Aborcji Mózgu właśnie. To mniej więcej tak, jakby ładować lwu łapę do paszczy (przeróbki), trącając przy tym zwierzę kijem (tłumaczenia). Ale nie da się sprowokować. Wolę bowiem czuć, że pisałem gdzieś kiedyś o epce (“Nic ciekawego”, 2015), i że teraz mogę zobaczyć, jak zespół spoważniał i rozwinął się. Ponoć zawsze muszę mieć rację. Oczywiście osoby, które tak twierdzą, mylą się, ale tym razem – nawet jeśli chodzi bardziej o samo spostrzeżenie niż jakiekolwiek spostrzeżenia – nie myliłem się ja.

Aha, żeby nie było. Wspomniane utwory to tylko 1/3 płyty. Pozostałe dwie trzecie stanowi całkiem dorzeczny materiał autorski i nowa wersja – także polskojęzyczna – wersja “Triumph ’73” The Fenice Brothers. Teraz wypada tylko życzyć szczęścia, bo jego łut jest potrzebny, by Aborcja Mózgu przedarła się do manistreamu alternatywy (pozorny oksymoron).

POBIERZ (Bandcamp)

Chryste Panie – Chryste panie (2017) (avant-garde jazz) (6/10)
chryste panie
Pani, która zna się na jazzie, napisała, że bardzo fajne. Zasadniczo myślałem już wcześniej podobnie, tylko z odpowiednio mniejszym entuzjazmem. Cóż, nie jestem pewnie kimś z jazzowej publiki, więc nie tyle powołuję się na zdanie kogoś zorientowanego, ile mam je na uwadze, jedynie częściowo jemu zawierzając. Tę notkę.

POBIERZ (Bandcamp)

Smar SW – Samobójstwo (1997) (post-hardcore / hardcore punk) (9/10)
smar sw
Ktoś może mi wytknąć, że było na poprzednim blogu, ale głupio nie wspomnieć – choćby najkrócej – jednej z najlepszych polskich płyt lat 90., o! I pewnie najlepszej, gdy idzie o rodzimy post-hc. “Samobójstwo” może było w istocie samobójstwem Smar SW, co zresztą zostaje w ten sposób ujęte w historii zespołu, ale tylko pozazdrościć takiego pożegnania.

I jak to jest, że dużą część najważniejszych dla mnie polskich płyt poznałem 4 ( a 17 maja 2016 roku… Tę również. Ma to jakiś kontekst “biograficzny”, ale i tak nie mogę pojąć…

No nic. Literalnie.

POBIERZ (strona zespołu)

Z ręką na pulsie (#44): Kara-Lis Coverdale, Młodszy Joe & ka-meal, Pink Freud

Kara-Lis Coverdale – Grafts
kara-lis coverdale

Dotychczas tego nie zrobiłem, a wypadałoby. “Grafts” to jedna z moich ulubionych płyt 2017 roku. Może nie jeden z dziesięciu czy dwudziestu, ale na nieco obszerniejszą listę (tę nieśmiało tworzę) już się łapie. Ulver z dwóch pierwszych nagranych w XXI wieku epek przełamany Basinskim i podany w przystępnej formie. Bardzo fajne.

Młodszy Joe & ka-meal – Joetown
młodszy joe

Złe, źle nawinięte na dobre podkłady wersy, czyli to, czego się spodziewałem. Określenie “smutny” pasuje do tego materiału tylko wówczas, gdy odnosi się do jego poziomu. Szkoda, ale tylko tych bitów.

Pink Freud – PunkFreud Army
pink freud

Cały absurd tej płyty ukazuje odcinający się przy każdej możliwej okazji od Siekiery wieczny neofita Tomasz Budzyński, który przypomina wraz z zespołem niezapomnianych “Ludzi wschodu”. Ta płyta nie jest jakaś bardzo zła. Wydaje się jedynie zupełnie zbędna. Pojawia się tutaj kilka innych ważnych postaci (Matera, Brylewski, Lipiński), ale choć ich własne kultowe wersy, które wyśpiewują, wciąż są może aktualne i istotne, to jednak wychodzi skansen.